Roberto de Mattei: Dwaj biskupi, którzy nie milczą

73524-1.jpg
Biskupi, zdjęcie ilustracyjne

Czy istnieją dziś biskupi, którzy potrafią zwracać się do Rzymu jasnym i stanowczym językiem, nie tracąc jednak szacunku, a przede wszystkim nie naruszając więzi hierarchicznej łączącej ich z Papieżem? Tak, jak pokazują dwa niedawne przykłady.

10 sierpnia Michael Haynes opublikował na blogu „Per Mariam” artykuł autorstwa biskupa Mariana Eleganti, benedyktyna, byłego biskupa pomocniczego diecezji Chur, zatytułowany „Upadek posługi Piotrowej”. Biskup Eleganti zainspirował się prywatną audiencją, jakiej udzielił w lipcu Leon XIV „matce chrzestnej punka” Patti Smith, aby sformułować bardziej ogólną krytykę przemian wizerunku i sprawowania papiestwa w ostatnich dziesięcioleciach. „Od dawna niepokoi mnie osobiście fakt, że począwszy od Jana Pawła II papieże coraz częściej zaczęli wypowiadać się w całkowicie nieformalny sposób przy najróżniejszych okazjach (na przykład w samolocie lub po prostu gdzieś przechodząc, jak to niedawno uczynił papież Leon XIV w Castel Gandolfo)”.

Problemem jest tendencja, która rozwinęła się szczególnie od czasów Jana Pawła II, do mnożenia wywiadów, nieformalnych wypowiedzi, audiencji udzielanych sławnym osobistościom, podróży i wystąpień medialnych. Wszystko to niesie ze sobą ryzyko, że papież zacznie być postrzegany jako „po prostu kolejny członek międzynarodowego establishmentu”, podczas gdy Piotr i Paweł nie szukali rozgłosu, lecz głosili Ewangelię.

Zróbmy to razem!

Bp Eleganti przypomina o relacjach Franciszka z Emmą Bonino i Eugenio Scalfarim oraz o audiencjach udzielanych jezuicie Jamesowi Martinowi. Papież, publicznie przyjmując tak sprofilowane osoby, a zarazem nie korygując publicznie ich błędów, ryzykuje „zaciemnieniem stanowiska Kościoła i, zależnie od okoliczności, może nawet wywołać zgorszenie wśród wiernych”.

Według bp. Elegantiego w ten sposób papieże stopniowo utracili „autorytet i kapitał duchowy”. Papież powinien mówić mniej, a kiedy już zabiera głos, powinien wyrażać się „w niewielu słowach, jednoznacznie i jasno”. Szwajcarski biskup apeluje o autentyczne rozeznanie, przeciwstawiając je aktywizmowi, który prowadzi do mnożenia podróży, audiencji i uścisków dłoni, podczas gdy poważne problemy doktrynalne pozostają bez odpowiedzi.

Ta transformacja nie zaczęła się wraz z Franciszkiem. Jan Paweł II, zwłaszcza poprzez Światowe Dni Młodzieży, przyczynił się do nadania papieżowi cech supergwiazdy. Benedykt XVI również kontynuował publikowanie książek i udzielanie wywiadów podczas pontyfikatu; Franciszek posunął się nawet do publikowania autobiografii. W ten sposób stopniowo utrwaliło się niefortunne rozróżnienie między prywatną osobą papieża, jego osobistymi opiniami a jego autentycznym nauczaniem Magisterium.

[…] Ostateczna teza jest więc taka, że papieże stali się „aż nazbyt ludzcy w sprawowaniu swojego urzędu”: osoba przesłoniła funkcję. Wzorem powinna być natomiast zasada św. Jana Chrzciciela: „On ma wzrastać, ja zaś umniejszać się” (J 3,30). Papież jest przyjacielem i przedstawicielem Oblubieńca, a nie samym Oblubieńcem: w centrum powinien pozostawać wyłącznie Chrystus.

Trzy dni później, 13 sierpnia, w obszernym liście otwartym do papieża Leona XIV, bp Rob Mutsaerts, biskup pomocniczy ’s-Hertogenbosch w Holandii, poddał proces synodalny ocenie podług kryterium nadrzędnego wobec wszelkich innych względów eklezjalnych: zbawieniu dusz. „Salus animarum suprema lex” („Zbawienie dusz najwyższym prawem”) – przypomina, pytając, czy proces synodalny rzeczywiście przybliżył dusze do Chrystusa i do zbawienia wiecznego.

Jak zaznacza, jego krytyka nie wynika z braku szacunku wobec papieża ani nie ma na celu podważania dobrych intencji osób zaangażowanych w synodalność. Intencje jednak należy oceniać po rezultatach: „Po ich owocach ich poznacie”. „Po latach konsultacji, spotkań i dokumentów trzeba zatem postawić pytanie: Czy wiara stała się silniejsza? Czy Chrystus jest głoszony wyraźniej? Czy wzrosła liczba nawróceń, powołań kapłańskich, uczestnictwo we Mszy Świętej, pobożność eucharystyczna?”

Bp Mutsaerts podkreśla, że problem pojawia się wtedy, gdy synodalność, będąca środkiem, zaczyna stawać się celem samym w sobie, przekształcając się w proces permanentny. Kościół zawsze znał sobory, synody i różne formy konsultacji, ale jego natura nie wynika z dialogu: wynika z Chrystusa i otrzymanego Objawienia.

Wiara nie jest budowana poprzez gromadzenie opinii wiernych, ponieważ „prawda nie jest wytwarzana przez konsensus”. Kościół powinien oczywiście słuchać, ale przede wszystkim Chrystusa, Pisma Świętego, Tradycji, świętych i Magisterium.

Kiedy natomiast punktem wyjścia stają się oczekiwania współczesnego człowieka i pytanie o to, jak można dostosować do nich Ewangelię, zapomina się o jednym z kluczowych pojęć chrześcijaństwa: nawróceniu. „To nie Ewangelia musi się zmienić; to człowiek musi się zmienić.”

To właśnie „wielka nieobecna” w procesie synodalnym. Kryzys Kościoła zachodniego jest zresztą widoczny dla wszystkich: puste kościoły, znikające klasztory, niewiele powołań, opuszczone konfesjonały, nieznajomość prawd wiary. W obliczu tej sytuacji – zauważa holenderski biskup – decydujące pytanie powinno brzmieć: „Jak możemy na nowo pozyskać świat dla Chrystusa?”. Tymczasem wiele energii poświęca się strukturom, uczestnictwu, inkluzywności, roli kobiet i procesom decyzyjnym: „Płonący dom ma inne priorytety niż kwestie związane z zarządzaniem gospodarstwem domowym”.

Bp Mutsaerts przypomina, że wielkie reformy Kościoła nie rodziły się przede wszystkim z nowych struktur, lecz ze świętych: Benedykta, Bernarda, Franciszka, Dominika, Teresy z Ávili, Karola Boromeusza czy Jana Bosko. „Parafia z pobożnym, świętym proboszczem ma większą przyszłość niż diecezja z dwudziestoma grupami roboczymi zajmującymi się synodalnością”.

Również kryzys liturgiczny pokazuje, że problem ma charakter nie administracyjny, lecz religijny: kiedy zatraca się świadomość ofiary Mszy Świętej, sacrum, spowiedzi i adoracji eucharystycznej, „Kościół nie ma problemu z zarządzaniem. Ma problem z wiarą”.

Bp Mutsaerts podaje wreszcie przypadek uczniów z Emaus jako obraz autentycznej synodalności. Chrystus idzie z uczniami, słucha ich i pozwala im wyrazić swoje rozczarowanie, ale ostatecznie nie potwierdza ich interpretacji: koryguje ją, wyjaśniając im Pisma. Uczniowie zaś nie pozostają w Emaus, by bez końca dyskutować o swoim doświadczeniu: wstają, wracają do Jerozolimy i głoszą Chrystusa. „Proces synodalny pozostał w Emaus” – stwierdza bp Mutsaerts.

Stąd końcowy apel do Leona XIV: „Proszę, niech da nam jasność”. Świat nie potrzebuje Kościoła, który odzwierciedla ducha czasu, lecz Kościoła misyjnego, który głosi Chrystusa. Kiedy wszystkie synody zostaną zakończone, a wszystkie dokumenty pójdą w zapomnienie, pozostanie tylko jedno pytanie: „Czy przybliżyliśmy ludzi powierzonych naszej opiece do Jezusa Chrystusa?”

Roberto de Mattei

Corrispondenza Romana

Zróbmy to razem!
Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.
Wybierz kwotę: