Uczucia zamiast prawdy i sakramentów. Bp Eleganti o duszpasterstwie „Amoris Laetitia”

W październiku Ojciec Święty ma spotkać się z przedstawicielami Kościołów lokalnych, by, kierując się synodalną metodą, dyskutować o duszpasterstwie rodzin w 10. rocznicę publikacji „Amoris Laetitia”. Nie brak obaw, że wnioski z tego zgromadzenia poprowadzą ku dalszemu rozwodnieniu katolickiej etyki małżeńskiej. Podobna perspektywa trapi biskupa emerytowanego diecezji Chur. Bp Marian Eleganti opublikował na swoim blogu tekst, w którym dobitnie skrytykował kierunek, w jakim zmierza duszpasterstwo Kościoła „synodalnego”.
„Pseudomesjańskość sentymentalizmu” - takim tytułem hierarcha opatrzył swoje uwagi na temat ewolucji, a raczej degeneracji, katolickiego duszpasterstwa od czasów pontyfikatu papieża Franciszka. W artykule swojego autorstwa były ordynariusz Chur odnosił się do dokumentu roboczego, opublikowanego przed spotkaniem Leona XIV z przedstawicielami episkopatów z okazji 10-lecia adhortacji „Amoris Laetitia". Dojdzie do niego już niebawem, między 7 a 14 października. W treści dokumentu pojawiają się pytania o to, jak osoby trwające w grzechu mogą w Kościele uniknąć „traumatyzacji” oraz poczuć się dowartościowanymi członkami wspólnoty.
W opinii Bp Elegantiego „podczas, gdy duszpasterstwo przed Amoris Laetitia dążyło przede wszystkim do obiektywizmu, a konkretniej połączenia prawdy i miłości względem rozwodników w nowych związkach, synodalny Kościół posługuje się przeważnie sentymentalnym słownictwem, które w niewielkim stopniu rozjaśnia obiektywne położenie tych ludzi w świetle kryteriów teologii sakramentalnej i prawa kanonicznego”.
„Kładzie się nacisk wyłącznie na bliskość, towarzyszenie, dowartościowanie takich par przez członków Kościoła, nie zaś ich zadanie poprowadzenia ich ku prawdzie", kontynuował Bp Eleganti.
Wbrew temu nurtowi należy się gruntownie zastanowić nad zasadnością skupienia się akurat na dobrym samopoczuciu i dowartościowaniu podobnych związków, podkreślił duchowny. Można oczywiście kochać grzesznika, jednocześnie „bezkompromisowo potępiając jego grzech”. Jak jednak dokładnie rozumieć potrzebę „doceniania” osób publicznie grzeszących? Gdyby przenieść tę zasadę na grunt prawa, w jaki sposób takie „docenienie” przestępcy miałby wyrażać wymiar sprawiedliwości?, zastanawiał się biskup. Zdaniem hierarchy to porównanie, choć nieprecyzyjne, pokazuje, że w pewnych sytuacjach to nie okazywanie szacunku jest priorytetem, a przesadne jego akcentowanie skutkuje oddaleniem od sedna sprawy.
Zdaniem bp Mariana Elegantiego promotorzy „inkluzywnego” duszpasterstwa w rzeczywistości pomijają starania o prawdę, a skupiają się jedynie na przeżyciach osób znajdujących się na „marginesie” Kościoła.
„Nie chodzi tu o to, czy małżeństwo jest ważne, czy nie. Rozwodnicy w ponownych związkach mają odbudować relację zaufania, rozpoznać, że są częścią wspólnoty oraz doświadczyć Bożego miłosierdzia, mówi przewodnik Kościoła Synodalnego [dokument przygotowawczy przed spotkaniem papieża Leona XIV z przedstawicielami episkopatów w Rzymie pomiędzy 7, a 14 października -red.]”. „Pytanie: Czy ma znaczenie to, że żyją oni w cudzołóstwie, czy też nie? Czy ukazywanie im Bożego miłosierdzia oznacza bezwarunkowe uznanie ich związku lub przynajmniej jego tolerowanie, mimo, że stoi mu na przeszkodzie nierozerwalny węzeł małżeński? Czemu Jezus nie zostawił nam wzoru takiego postępowania? Więcej - odrzucił on (rzekomo miłosierną) praktykę rozwodową Mojżesza i zaostrzył zakaz rozwodów ku niezadowoleniu jego uczniów”, kwestionował „synodalne” podejście emerytowany biskup. Czy można traktować przypominanie o prawdzie w Kościele jako coś niestosownego, grożącego „traumatyzacją” rozwodników w grzesznych związkach? - dopytywał retorycznie.
Opieranie zmian duszpasterskich i prawnych na emocjonalnym języku wzbudza obawę, że zostanie on wykorzystany w roli manipulacji, mającej rozmyć troskę o prawdę poprzez wywołanie naiwnego współczucia i wzruszenia, konstatował bp Marian Eleganti.
Ten zgubny kierunek zmian w Kościele, a zatem ukrywanie prawdy moralnej ze względu na „współczucie” i „towarzyszenie”, jak zaznaczył były ordynariusz Chur, zaczęło się wraz z pontyfikatem Franciszka. Synodalne duszpasterstwo podąża dalej tą ścieżką i próbuje ukryć prawdę, która potrafi ranić uczucia. Jest bowiem jak miecz obosieczny. A jednak... w końcu przyjdzie Ten, który przyszedł, „by go na świat wprowadzić”, ostrzegł biskup emeryt.
źródło: marian-eleganti.ch
FA






