Wilk ministerstwu człekiem? Rząd Tuska chce bronić godności... wilków

ambquinn-grey-wolf-8492789_1280.png
Wilk, zdjęcie ilustracyjne / Pixabay

Rząd Tuska (a konkretnie tzw. Ministerstwo Klimatu i Środowiska) uznał, że wilk jest zwierzęciem, które ma w Polsce... najbardziej czarny PR i należy to zmienić. Na celowniku ideologów znalazły się zakorzenione w polskim języku powiedzenia takie jak „człowiek człowiekowi wilkiem”.

„Wilk w owczej skórze”, „wilczy bilet”, a nawet „wilczy apetyt” – wszystkie te sformułowania mają być niepoprawne politycznie według najnowszych ustaleń rządowych ideologów.

Jest to jedna z tych inicjatyw, przy okazji których zastanawiamy się, czy ktoś stroi sobie żarty, czy też działa na poważnie. Jednak w oficjalnym uzasadnieniu ministerstwa znajdujemy takie rewelacje, jak stwierdzenie, że powiedzenie „wilczy apetyt”... „stygmatyzuje zdrową relację z jedzeniem”. Zaś „wilk w owczej skórze” miałby „utrwalać stereotyp, że wilk ma zawsze złe intencje”.

Zróbmy to razem!

W ramach osobliwego resentymentu tzw. ministerstwo klimatu i środowiska (jak wygląda „zarządzanie” środowiskiem, widzimy na przykładzie obecnej akcji) sięgnęło aż do roku 1955, kiedy to rząd PRL ogłosił nagrody pieniężne za zabijanie wilków zagrażających ludziom. Ochronę tych zwierząt wprowadzono następnie w latach 90., co spowodowało ich ponowne namnożenie.

Kampania ministerstwa wywołała falę bambinistycznych wynurzeń. Autorem jednego z nich jest niejaki Robert Maślak, zoolog Uniwersytetu Wrocławskiego i członek Państwowej Rady Ochrony Przyrody, który stwierdził, że „język używany wobec zwierząt nie jest niewinny, niestety niesie za sobą konsekwencje”.

​- Piszę od lat o języku myśliwskim, który ma ukryć okrucieństwo polowania. Ale to dotyczy też języka codziennego. Wilk ma być podstępny, krwiożerczy i nienasycony, świnia – brudna, szczur – odrażający, a hiena – bezwzględna. To ludzkie cechy i ludzkie zachowania, którymi obciążamy zwierzęta – powiedział rządowy „ekspert”.

Co ciekawe, nie wszyscy przedstawiciele światopoglądu lewicowo-liberalnego „łyknęli” tę akcję. Skrytykowała ją... wiceprzewodnicząca Nowej Lewicy, Anna Maria Żukowska, uznając, że jest po prostu „idiotyczna”.

​- Pogadajmy może o innych metaforach w języku polskim odnoszącym się do zwierząt: świni, psa, osła, myszy, lisa, kota, niedźwiedzia, kruka. I zaorajmy bajki Ezopa – drwiła z kuriozalnego pomysłu rządu.

Trzeźwą ocenę sytuacji usłyszeliśmy również od językoznawcy, prof. Tomasza Piekota, który zauważył, że tego typu akcja to „literalizm prowadzący do braku zdolności rozumienia metafory i pauperyzacji poczucia humoru”.

Rząd Tuska oczywiście nie przyzna wprost, że to kolejna ideologiczna kampania mająca na celu robienie z Polaków idiotów i uzbrajanie procesów kontrolowania języka dla napiętnowania przeciwników systemu. Urzędnicy ministerstwa nie zadali sobie też trudu wyjaśnienia, dlaczego właściwie godność zwierząt miałaby być językowo chroniona... tak jakby była porównywana z godnością człowieka?

Źródło: zielona.interia.pl

oprac. Filip Obara

4486af10-6f79-470d-aea2-0515ca96af06.png

Nie wystarczył pies... Czy musi zginąć dziecko?

W kwietniu w Warszawie dziki rozszarpały psa na oczach właścicieli. W czerwcu w Krakowie dzik potrącił wózek z rocznym dzieckiem, które trafiło do szpitala. Czy w sierpniu będzie musiało dojść do prawdziwej tragedii, żeby władze miejskie poważnie potraktowały problem? Przyszedł do mnie kolega i pyta pół żartem pół serio: Dlaczego siejesz dezinformację w sprawie dzików? I tłumaczy, że dzik na krako...Czytaj dalej
Zróbmy to razem!
Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.
Wybierz kwotę: