Wielu ekspertów porównuje mechanizmy rządzące generatywną AI do zasad średniowiecznej alchemii. Czyżby nauka zatoczyła koło, zastępując metodę empiryczną mistycyzmem, legendami i obietnicami wiecznej szczęśliwości?
Jak głosi podanie, żyjący w XVI wieku alchemik Michał Sędziwój postanowił udowodnić cesarzowi Rudolfowi II, że potrafi przemienić ołów w złoto. W tym celu na oczach władcy i całego dworu przeprowadził tajemniczy eksperyment. Kiedy w jego ręku pojawiła się sztabka złota, tłum oszalał z zachwytu, a cesarz nagrodził go, sponsorując dalsze eksperymenty nad transmutacją metali.
Wesprzyj nas już teraz!
Wydaje się, że dzisiaj wszyscy jesteśmy świadkami podobnego spektaklu w skali całego świata. Współcześni dworzanie i władcy – czytaj: inwestorzy i decydenci – pozostają wiedzeni za nos przez co sprytniejszych marketingowców od alchemii XXI wieku, czyli technologii AI. I choć rzeczywiście w niektórych obszarach generatywna sztuczna inteligencja radzi sobie całkiem nieźle, wciąż daleko jej do spełnienia pokładanych w niej nadziei.
Przełomowa technologia miała bowiem wyzwolić człowieka od żmudnych, powtarzalnych obowiązków, uzbroić go w zestaw nowych, niezwykłych umiejętności, a w perspektywie makro – znaleźć rozwiązanie trapiących świat problemów: od ubóstwa, przez nierówności, po zmiany klimatyczne. Promotorzy AI zaczęli przedmiotem swoich obietnic czynić nawet kwestie egzystencjalne i metafizyczne. Transhumanistyczni „prorocy” odkurzyli swoje niespełnione przepowiednie, przekonując o rychłym nadejściu „cyfrowego bóstwa” (tzw. silna sztuczna inteligencja czy superinteligencja), zapewniającego szczęście, zdrowie, a nawet… nieśmiertelność.
Liberalny świat chełpi się nowożytną rewolucją naukową, rzekomo na zawsze oddzielającą rozum od zabobonu. „Szkiełko i oko” miało ostatecznie zawyrokować o fałszywości światopoglądu magicznego (w tym religijnego). Tymczasem sztuczna inteligencja, przedstawiana jako egzemplifikacja i spełnienie pięciuset lat wykładniczego postępu technologicznego, ma zaskakująco więcej wspólnego z zamierzchłą ezoteryką niż z prawdziwą nauką.
Próby, błędy i zaskakujące rezultaty
Podobieństwa pomiędzy alchemią a generatywną sztuczną inteligencją można dostrzec już na poziomie funkcjonalnym. Średniowieczny alchemik posługiwał się przede wszystkim metodą prób i błędów, bez głębszego zrozumienia zachodzących wewnątrz mechanizmów. Liczył się wyłącznie skuteczny przepis i osiągnięcie efektu końcowego, a nie to, jakie zjawiska zachodzą wewnątrz alembiku. Zaskakująco podobne zasady cechuje działanie dużych modeli językowych, używanych przez nas każdego dnia. Choć inżynierowie AI wiedzą, jakie informacje przekazują „na wejściu” i jaki efekt chcą otrzymać, jednocześnie nie potrafią w pełni wytłumaczyć, w jaki sposób chat-bot dobiera konkretne odpowiedzi.
Z problemem tzw. czarnej skrzynki (ang. black box) łączy się również metoda uczenia maszynowego oraz zasada działania sztucznych sieci neuronowych. Generatywna sztuczna inteligencja „uczy się” poprzez zasysanie gigantycznych ilości informacji, które następnie „destyluje”, rozbijając na czynniki pierwsze, a później jeszcze przesiewa przez niezliczone sita – bramki. Dopiero po ponownym złożeniu otrzymujemy w miarę spójną odpowiedź. Podobnie procedura alchemiczna polegała na zasadzie Solve et Coagula – „rozpuść i zwiąż”. Alchemik najpierw dostarczał surową materię, następnie próbował rozbić ją na cząstki – jak wierzono, cztery niepodzielne żywioły – a następnie połączyć w nowej, doskonalszej formie.
Dodatkowo rozwijanie dużych modeli językowych wymaga ciągłego testowania promptów i parametrów, co przypomina alchemiczne manipulacje substancjami, temperaturą i ciśnieniem. Zarówno w jednym jak i drugim przypadku, małe zmiany na wejściu mogą prowadzić do nieprzewidywalnych rezultatów, generując nowe właściwości. Przykładowo, Hennig Brand poszukując kamienia filozoficznego, zebrał w 1699 roku wiele próbek… ludzkiego moczu, które następnie wysuszył i poddał obróbce cieplnej. W ten sposób przez przypadek udało mu się odkryć fosfor. Z kolei sztuczna inteligencja, przeglądając setki tysięcy zdjęć rentgenowskich, potrafiła ustalić rasę (sic!) osoby pod tomografem z 90-procentową dokładnością. Naukowcy i eksperci wciąż główkują, jak to w ogóle możliwe.
Czary i herezje
Średniowiecznych alchemików otaczała aura mistycyzmu i tajemnicy. Z uwagi na niechęć władz świeckich i Kościoła ryzykowna działalność dość często śmierdziała stosem. Dlatego sprytni szarlatani posługiwali się formą kodu pełnego ukrytych symboli i niejednoznaczności. Podobne skojarzenia wywołuje zjawisko tzw. halucynacji AI, która w takich momentach miesza prawdę z fałszem, udziela zaskakujących odpowiedzi i sprawia wrażenie obcowania z istotą z innego wymiaru.
Ale z halucynacjami mamy do czynienia głównie w przypadku techno-entuzjastów, poszukujących w generatywnej AI odpowiedzi na pytania egzystencjalne. Podobnie jak w przypadku alchemii, uznawanej za uniwersalny klucz do wszechwiedzy, nowoczesne technologie według nich mają uczynić ludzkość rzeczywistym panem stworzenia.
W ewolucyjnej optyce, szeroko rozumiana sztuczna inteligencja jawi się jako zdolna do usprawniania obecnego życia, albo nawet tworzenia nowych, doskonalszych jego form. Czy jako wytwór biologii syntetycznej, czy w postaci cyfrowej świadomości, człowiek mógłby pokonać ograniczenia biologicznego ciała, na własną rękę dostępując obietnic oferowanych dotychczas wyłącznie przez religie. Dlatego współcześni transhumaniści, podobnie jak alchemicy żyjący pół tysiąca lat temu, chcą na dobrą sprawę tego samego – zawłaszczyć sobie kompetencje przynależne Bogu. Co ciekawe, przez tak długi czas nie zmieniły się zasadniczo metody osiągnięcia tego zuchwałego celu. „Przebudzenie” sztucznej inteligencji ma zależeć od trzech czynników: potrzebne są odpowiednie dane, czas i sprzyjające okoliczności. Do złudzenia przypomina to schemat, za pomocą którego ewolucjonizm tłumaczy powstanie życie na Ziemi.
Nie jest to jednak wybitnie oryginalna koncepcja. Warunki panujące w tzw. zupie pierwotnej, kilka wieków temu próbował odtworzyć chociażby Paracelsus. Szwajcarski alchemik miał obsesję na punkcie homunkulusa; małej istoty humanoidalnej, powołanej do życia w laboratorium. Wierzył, że umieszczenie męskiego nasienia (będącego namiastką życia) w szklanej tubce lub kurzym jaju, a następnie poddanie go procesowi gnicia w końskim łajnie zaowocuje w końcu stworzeniem nowego człowieka.
Współczesny człowiek dzisiaj patrzy na podobne próby z rozbawieniem. Mimo to, jest jedna rzecz, która zdecydowanie różniła alchemików od dzisiejszych transhumanistycznych „wizjonerów”, czyniąc tych ostatnich zaledwie niekompetentnymi partaczami.
Dobro i zło
Zachodni alchemicy, zanurzeni w chrześcijańskiej kulturze traktowali swoje rzemiosło przede wszystkim jako okazję do wewnętrznej przemiany. „Rzeczy osiągnęły doskonałość dzięki innym rzeczom i dlatego działający powinien być blisko dzieła” – głosiła jedna z zasad opus alcymicum. Podobnie jak materia rozpadała się i scalała na nowo w doskonalszym wydaniu, tak również adept tajemniczej sztuki powinien zostać dzięki temu doświadczeniu przemieniony.
Alchemik musiał posiadać określone cnoty: oprócz zdobywania wiedzy, powinien być zdrowy, pokorny i wolny od niezdrowych namiętności. Miał jednocześnie pracować i medytować, modlić się o światłość umysłu oraz kierunek działań zgodny z pożytkiem doczesnym i wiecznym. Średniowieczny alchemik znał swoje ograniczenia. Wiedział, że nie jest Bogiem, mimo że czasem uzurpował sobie Jego kompetencje.
Tymczasem współczesny techno-entuzjazm, wyrosły w liberalnej kulturze relatywizacji wartości, jest pod tym względem dużo uboższy od żyjących w rzekomo „ciemnych wiekach”. Pozbawiony świadomości grzechu i obiektywnej moralności, nie wierzy w nic poza skutecznością i parametrami. Granice etyczne wyznacza mu jedynie czysty utylitaryzm, rozumiany jako ograniczanie fizycznego odczucia bólu. Dodajmy do tego fałszywe humanistyczne przekonanie o naturalnym dążeniu człowieka do dobra, a otrzymamy przepis nie na kamień filozoficzny, ale… puszkę Pandory.
Dlatego nie dziwmy się, że dzisiejsze algorytmy AI budowane są z myślą przede wszystkim o inwestorach, a nie o zdrowiu i życiu użytkowników. Ci ostatni zaś traktowani są przez techno-panów z Doliny Krzemowej wyłącznie jak kolejny produkt. Ówczesny alchemik mógł co najwyżej zaszkodzić lokalnie, podrabiając pieniądze lub sprzedając fałszywe eliksiry zdrowia. Za cięższe przewiny, jak np. wykradanie zwłok, trafiał zazwyczaj szafot. Tymczasem za negatywne konsekwencje upowszechnienia generatywnej sztucznej inteligencji nie odpowiedział jeszcze nikt.
A mierzymy się z nimi kazdego dnia. Cyfrowe substytuty relacji, fałszywe diagnozy medyczne, kradzież tożsamości i własności intelektualnej, farmy trolli destabilizujące dyskurs publiczny, oszustwa finansowe, upowszednienie kultury odtwórczej… Dżin wypuszczony z butelki dzisiaj odgrywa się za lata upokorzeń.
Choć Michał Sędziwój okazał się oszustem, patronat władcy pozwolił na prowadzenie dalszych eksperymentów, co ostatecznie przyczyniło się do wielu późniejszych odkryć. Przykładowo, Polak bodaj jako pierwszy opisał właściwości tlenu, na trzy wieki przed wynalezieniem koncepcji pierwiastków chemicznych. Tak samo żmudne i często bezowocne wysiłki alchemików, z czasem utorowały drogę rewolucji naukowej. Optymiści przekonują, że również w przypadku sztucznej inteligencji opracujemy w końcu zasady „ruchu drogowego” dla producentów i użytkowników wysokich technologii. Zasadnicze pytanie brzmi – jakim kosztem?
Piotr Relich