Dzisiaj

Dlaczego edukacja zdrowotna nadal jest niebezpieczna i… pozbawiona sensu?

Nawet bez obowiązkowej edukacji seksualnej, edukacja zdrowotna nadal pozostaje niebezpieczna dla dzieci i stanowi poważne zagrożenie dla władzy rodzicielskiej. Ostatecznie zaś, jest marnotrawieniem środków publicznych, wszak nie da się „nauczyć” zdrowego stylu życia, za to można skutecznie namieszać dzieciom w głowach zideologizowanym przekazem.

 

Minister edukacji Barbara Nowacka podjęła kolejną próbę wprowadzenia obowiązkowych zajęć z edukacji zdrowotnej, tym razem bez zawierającego edukację seksualną komponentu, uznawanego za najbardziej kontrowersyjny i budzącego niechęć wśród wielu rodziców. Ta zmiana wcale jednak nie oznacza, że edukacja zdrowotna przestała być projektem ideologicznym. Jest nim nadal i z tego powodu nadal pozostaje bardzo niebezpieczna.

Wesprzyj nas już teraz!

Kwestia seksualności to tylko jeden z wielu niedopuszczalnych zakresów tematycznych, wpisanych w ten program. Jeśli zatem ktoś przekonuje Państwa – a takich ludzi nie brakuje również wśród konserwatywnych i katolickich publicystów – że edukacja zdrowotna to ważny przedmiot, który pozbawiony tzw. kontrowersyjnych zapisów, staje się istotnym dla zdrowia i przyszłości naszych dzieci, ten po prostu wprowadza Was w błąd. Tak, edukacja zdrowotna to poważne zagrożenie dla tego, w co wasze dzieci będą wierzyć i jaki system wartości wyznawać. Dlaczego?

 

Zdecyduje światopogląd nauczyciela

Po pierwsze, edukacja zdrowotna obejmuje programem szereg treści aksjologicznych. Wbrew temu, co sądzą jej zwolennicy, jest on pełen zagadnień dających nauczycielowi szerokie pole interpretacji, a co za tym idzie – przedstawienia ich w oparciu o własny światopogląd. O tym, że nauczyciele nie są maszynami klepiącymi wyuczone formułki, wie naprawdę wielu rodziców, którzy napotykali na różne problemy związane z ideologiczną edukacją ich dzieci. Przedstawianie średniowiecza jako wieków ciemnych, w którym nie zajmowano się niczym poza powtarzaniem w kółko „memento mori”, lub historii Polski jako dziejów warcholstwa, rozpasania szlachty i zgubnego liberum veto – to właściwie klasyki ze szkolnego nauczania. A mówimy o treściach jawiących się zazwyczaj jako „neutralne światopoglądowo”. Ale i tutaj światopogląd nauczyciela ma znaczenie i wpływ na sposób myślenia naszych dzieci.

Możemy sobie zatem tylko wyobrazić, jakie pole do popisu dostanie nauczyciel, jeśli przyjdzie mu opowiadać o różnorodności płciowej czy formach dyskryminacji. Wszystkie te terminy są nieokreślone i niezdefiniowane, a ich stosowanie jest silnie modelowane przez światopogląd osoby, która terminy te stosuje. Dyskryminacją może być rasizm – i to jest naganne – ale może nią być też na przykład sprzeciw wobec jednopłciowych pseudo-małżeństw. Co takiego w szkole usłyszą o tym dzieci? Na dwoje babka wróżyła.

Podobnie jest w przypadku tak prozaicznego tematu, jak zdrowa dieta. Mówimy o czymś, co w zasadzie nie powinno budzić większych kontrowersji. Musimy jednak pamiętać, że nie żyjemy w czasach, w których istnieją jakieś stałe punkty odniesienia. Możemy sobie wyobrazić zatem nauczyciela, który opowie dzieciom, że jedzenie mięsa jest szkodliwe i nieetyczne, a nadzieją dla świata pozostaje wegetarianizm.  

Edukacja zdrowotna takich pułapek ma zaszytych mnóstwo. Spójrzmy chociażby na kwestię dezinformacji w mediach. Jak wiadomo, za dezinformację uznawane są dzisiaj treści stające chociażby w sprzeczności z tzw. konsensusem społecznym czy naukowym. Swoisty szczyt „walki z dezinformacją” obserwowaliśmy chociażby w czasie pandemii COVID-19, kiedy za bezsprzeczny dowód naukowy uznawano skuteczność maseczki w powstrzymywaniu rozprzestrzeniania się wirusa. Na ustalenia naukowców powoływano się też zamykając lasy czy cmentarze, wszak to podobno osławiona rada medyczna rekomendowała lockdowny.

Niektórzy z czytelników mogą też pamiętać aferę, jaka rozpętała się po wywiadzie udzielonym Bogdanowi Rymanowskiemu przez prof. Grażynę Cichosz, która proponowała zmianę piramidy żywienia i rezygnację z diety opartej na węglowodanach. W jej opinii, za choroby serca odpowiadają zgoła inne czynniki niż dieta tłuszczowa. Program został ostro skrytykowany i uznany za rodzaj dezinformacji. Tymczasem niedługo potem okazało się, że w Stanach Zjednoczonych zmieniono zalecenia zdrowej diety, dążąc do obniżenia spożycia węglowodanów.  

Jakie informacje odnośnie zdrowego żywienia przekaże naszym dzieciom nauczyciel? Czy będzie w stanie ocenić, czym jest dezinformacja i na jakich danych warto się opierać np. w kwestii zaleceń żywieniowych? W jaki sposób przedstawi inny sporny problem, jakim jest globalne ocieplenie i wpływ człowieka na ten proces? Możemy spekulować, a na pewno dowiemy się tego od naszych dzieci, które część tych opinii mogą potraktować poważnie.

 

Rodzic nic nie znaczy?

Wreszcie edukacja zdrowotna bagatelizuje wiele problemów, które wcale nie są tak proste jak pozornie mogą się wydawać. Mowa chociażby o transplantologii, uznanej przez ogromną część środowiska medycznego za wielkie osiągnięcie współczesnej medycyny. To prawda, że transplantacje uratowały wiele ludzkich istnień, ale całej procedurze towarzyszy też spór o szacunek dla życia potencjalnego dawcy. Istnieją przecież naukowcy kwestionujący, czy faktycznie stwierdzenie śmierci pnia mózgu jest wystarczające, by uznać ciało człowieka za martwe. Nie są to wcale teorie wariatów. Czy nauczyciel w trakcie edukacji zdrowotnej opowie o nich uczniom, przedstawiając sprawę jako realny problem, który warto zgłębiać?

Kolejna sprawa dotyczy obowiązkowych szczepień. Tu również opinie nie są jednoznaczne, a sam problem nie jest aksjologicznie zerojedynkowy. Mówimy przecież o procedurze medycznej, co do której istnieją spory. Nakłada się na nie lobbing firm farmaceutycznych, którego doświadczyliśmy chociażby w trakcie pandemii COVID-19. Czy zatem nauczyciel ma prawo jednoznacznie opowiadać się za przymusem szczepień? Jak takie twierdzenia pogodzić z prawem rodziców do wychowania dziecka i kształtowania jego światopoglądu? Dlaczego to akurat nauczyciel ma decydować o tym, co dziecko sądzi o przymusie szczepień, ale też innych kwestiach, które wcale nie są moralnie jednoznaczne, jak chociażby wspomniane już globalne ocieplenie?

Trudno mieć zatem wątpliwości, że edukacja zdrowotna to po prostu kolejny obszar, w którym państwo rości sobie prawo do oddziaływania na obywateli. Tym razem chodzi o kształtowanie opinii dzieci w bardzo konkretnych obszarach. Edukacja zdrowotna jest zatem przedmiotem zideologizowanym i jako taka nie powinna w ogóle pojawić się w szkole, nie mówiąc już o nadaniu jej rangi przedmiotu obowiązkowego.

Nawet jeśli część z tych spraw wydaje nam się jedynie nieszkodliwymi nadużyciami, to pamiętajmy, że jeśli w drobnych sprawach zgodzimy się na ograniczenia naszej władzy rodzicielskiej, za pewien czas zorientujemy się, że tracimy ją w znacznie większym stopniu i bezpowrotnie. Weźmy to pod uwagę, także wówczas, gdy w pewnych kwestiach zgodzimy się z założeniami edukacji zdrowotnej. To zrozumiałe, że część czytelników może być na przykład zwolennikami przymusu szczepień, jednak nie o to toczy się spór. Spór dotyczy prawa do wychowania naszych dzieci w zgodzie z wartościami, w które wierzymy. Dlatego, jeśli chcemy sami to prawo zachować, musimy go zdecydowanie bronić również wtedy, gdy nie zgadzamy się z opiniami, w których obronie występujemy. Trzeba bowiem strzec nienaruszalności samej zasady, nie zaś koncentrować się na przedmiocie sporu.

To jednak nie wyczerpuje jeszcze argumentów, dla których powinniśmy jak najszybciej pozbyć się edukacji zdrowotnej z polskiej szkoły. 

 

Płód chorej wyobraźni

Wprowadzany przez Barbarę Nowacką przedmiot stanowi kompleksowy zbiór zaleceń, formatujący określony styl życia. Obejmuje on naukę budowania relacji społecznych, unikania przemocy, model kształtowania życia rodzinnego, dietę, prowadzenie zdrowego trybu życia, opis badań, jakie powinniśmy wykonywać u lekarza, praktykowanie ćwiczeń fizycznych itd.

W ten sposób szkoła, która każdego roku ponosi porażkę w podstawowych obszarach edukacyjnych – np. w kwestii czytelnictwa – wkracza w obszar de facto formowania młodego człowieka. Mamy zatem sytuację, gdy szkoła abdykuje stopniowo ze swojej podstawowej kompetencji, jaką jest przekazywanie wiedzy, za to dokonuje ekspansji w kierunku formacyjnym, starając się wpływać na sposób myślenia uczniów, w dodatku bez zgody niemałej części rodziców.

Jeśli zatem rodzice delegują na szkołę kompetencje wychowawcze, to – pomijając już fakt rosnącej impotencji szkoły w obszarze edukacyjnym – resort edukacji powinien uzyskać wyraźną zgodę rodziców na wprowadzanie tak kompleksowego programu wychowawczego. Tej zgody jednak nie ma. A zatem edukacja zdrowotna nie powinna nigdy pojawić się w polskiej szkole.

Osobna sprawa dotyczy skuteczności takiego modelu wychowawczego. Wiele z tematów opisanych w programie edukacji zdrowotnej – styl życia, podejście do drugiego człowieka, stosunek do nowych technologii, uprawienie sportu – kształtuje się w relacji z drugim człowiekiem oraz na podstawie ludzkich doświadczeń. Nie można nikogo „nauczyć” miłości do sportu czy przestrzegania zdrowej diety. Nawyki te opierają się na swoistej „pamięci mięśniowej” naszego organizmu i umysłu, którą wypracowujemy latami.  

Nie potrafię wytłumaczyć, dlaczego szkoła ma marnotrawić publiczne pieniądze i instytucjonalne zasoby na „uczenie” czegoś, czego nauczyć się nie da. To podobnie jak z patriotyzmem. Nie można kogoś nauczyć patriotyzmu na kilku lekcjach, nawet z wykorzystaniem podręcznika napisanego przez wybitnego historyka. Patriotyzm jest postawą wypracowywaną dzięki wzorcom, poznawaniu historii, konkretnym doświadczeniom wspólnotowym itd.

Założenie, że uczeń nie jest w stanie przeczytać „Pana Tadeusza”, ale na pewno nauczy się odróżniać informację od dezinformacji, bo pani w szkole na jednej lekcji opowie mu, jak to robić, musiał poczynić jakiś kompletny idiota albo zideologizowany oszołom nieświadomy tego, czym jest w istocie proces wychowawczy. Znacznie lepiej bowiem takiemu uczniowi zrobiłoby rozszerzenie listy lektur, a jeśli już koniecznie mielibyśmy dodawać jakiś przedmiot, to świetnie byłoby rozwijać właśnie kształcenie klasyczne poprzez naukę filozofii czy łaciny. W ten sposób uczeń, poznając kulturę swojego kręgu cywilizacyjnego, gromadząc mądrość pokoleniową, potrafiłby znacznie lepiej zmierzyć się z problemami współczesności, niż po doświadczeniu najmądrzej nawet wygłoszonego wykładu na temat szkodliwości smartfonów.

Jeśli naprawdę czegoś możemy nauczyć nasze dzieci, to nie tego, by nie dotykały tej konkretnej trucizny, lecz by potrafiły zrozumieć, czym ta trucizna jest w takiej lub innej postaci.

Tomasz Figura

 

 

 

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(5)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie