Andrzej Margasiński: Mężczyźni i kobiety nie są tacy sami. Korzenie genderowej rewolucji seksualnej #7

redakcja.jpg
Autor:
Redakcja PCh24.pl
kobieta-mezczyzna-roznice_02.jpg
Oprac. PCh24.pl

Współcześnie można mówić o trzeciej rewolucji seksualnej, określanej mianem rewolucji genderowej. W jej ramach dokonuje się redefinicji dotychczasowego rozumienia płci oraz tożsamości psychoseksualnej; podkreśla się znaczenie płci kulturowej (gender), a także lansuje ideę „płynnej seksualności” oraz swobodnej zmiany płci. Cykl prezentowanych esejów podejmuje analizę podstawowych tez doktryny genderowej, w szczególności w kontekście ustalenia, w jakim stopniu rewolucyjne w swoim charakterze twierdzenia genderowe znajdują oparcie w nauce, a na ile wynikają z przyjętych założeń o charakterze ideologicznym. Ze względu na eseistyczną formę rozważania te mają charakter selektywny i odnoszą się do wybranych zagadnień.

Tekst stanowi drugą część rozważań pt. „Mężczyźni i kobiety nie są tacy sami”. 

Opublikowane dotąd materiały z cyklu „Korzenie genderowej rewolucji seksualnej” dostępne są TUTAJ

Zróbmy to razem!

W poprzedniej części opisywałem badania naukowe wskazujące na istotne różnice psychoneurologiczne pomiędzy kobietami a mężczyznami. Obejmują one zarówno samą architekturę  mózgi, jak i uzdolnienia, funkcje poznawcze, doświadczanie emocji, cechy osobowości, zróżnicowaną zachorowalność. Wszystkie te różnice są twardo negowane przez genderystki lansujące przekaz, iż widoczne różnice są efektem patriarchalnej, opresywnej socjalizacji i mogą zostać zneutralizowane przy pomocy społecznej edukacji.

Genderystki: ci co pokazują różnice to neuroseksiści uprawiający złą naukę

Do największych autorytetów środowisk feministycznych obecnie zalicza się Cordelię Fine – Brytyjkę, filozofkę nauki i psycholożkę, aktualnie pracującą na Uniwersytecie w Melbourne – oraz Rebeccę Jordan-Young, amerykańską feministkę i badaczkę gender studies, profesorkę Barnard College Uniwersytetu Columbia. Zanim przejdziemy do prezentacji poglądów obu autorek, warto poczynić ogólną uwagę natury metodologicznej. Badania dotyczące mózgu, wpływu hormonów i środowiska na ludzkie zachowania są niezwykle trudne. Z powodów etycznych nie da się przeprowadzać eksperymentów na ludziach, dlatego badacze są zmuszeni opierać się na doświadczeniach na zwierzętach oraz na przypadkach klinicznych wynikających ze spontanicznych zaburzeń hormonalnych u kobiet w ciąży. Zwykle nie są to prace oparte na dużych grupach badawczych, lecz raczej studia przypadków. Zawsze można podnosić argument ich jednostkowości oraz brak możliwości pełnej weryfikacji – właśnie takie zarzuty często stawiane są zarówno przez Rebeccę Jordan-Young, jak i Cordelię Fine. Badania na zwierzętach niezmiennie rodzą pytania o zakres ich odniesienia do człowieka. Dodatkowe ograniczenia niosą ze sobą także metody neuroobrazowania – o czym dalej.

Na kwestiach metodologicznych koncentruje się przede wszystkim Rebecca Jordan-Young w swojej kluczowej pracy Brain Storm. The Flaws in the Science of Sex Differences. Zdaniem autorki, w badaniach nad mózgiem ukształtowała się tzw. teoria organizacji mózgu (brain organization theory – BOT), będąca dominującym paradygmatem, który łączy badania nad rolą chromosomów, hormonów i genitaliów z koncepcją dymorfizmu płciowego. Zwolennicy tej teorii zakładają, że podobnie jak rozwijamy dymorficzne genitalia płciowe w życiu płodowym, tak samo rozwijamy dymorficzne cechy neurologiczne i psychologiczne. Owszem, istnieją wyjątki – osoby z zaburzeniami rozwoju płciowego, interseksualne, transpłciowe, homoseksualne – u których rozwój genitalny i psychiczny jest niejednoznaczny. Jednak w ramach tej teorii wyjątki te raczej potwierdzają regułę. Badacze próbują zrozumieć typowy rozwój dymorficzny, analizując właśnie te przypadki odstające od normy.

Jak zauważa Jordan-Young, paradygmat ten stał się dominującym poglądem na rozwój płci i seksualności, więc jej książka jest w istocie rozbudowanym argumentem na rzecz zmiany tegoż paradygmatu. Ta teoria implicite leży u podstaw większości badań, ale badania te są – i tutaj Jordan-Young i Fine mówią praktycznie to samo – ograniczone faktem, iż na ludziach nie można przeprowadzać eksperymentów dotyczących wpływu chromosomów czy hormonów na zachowanie.  W badaniach klinicznych, kohortowych zwykle wyodrębnia się jakiś anormalny czynnik i porównuje zmiany zachowania z grupą kontrolną. W badaniach typu case study proces ten wygląda odwrotnie: wychodzi się od opisu zachowań i szuka potencjalnych korelacji z wpływem czynników genetycznych lub hormonalnych. W obu przypadkach nie ma jednak gwarancji, że kontrolowano wszystkie zmienne zakłócające czy możliwe błędy. Tego typu badania – jak zgodnie podkreślają autorki – nigdy nie mogą być absolutnie rozstrzygające.

Z ogólnymi zastrzeżeniami metodologicznymi można się zasadniczo zgodzić. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że często służą one jako pretekst do całkowitej dyskredytacji badań, które nie pasują do określonej ideologicznej narracji. A przecież jeśli pójść dalej tym tokiem rozumowania, należałoby uznać, że żadne badanie naukowe niczego nie rozstrzyga – co jest stanowiskiem tyleż radykalnym, co niepraktycznym i intelektualnie jałowym.

Pełny tytuł książki Cordelii Fine to Delusions of Gender. How Our Minds, Society and Neurosexism Create Difference (Urojenia płciowe. Jak nasz umysł, społeczeństwo i neuroseksizm tworzą różnice), jednak w polskim tłumaczeniu drugi człon tytułu został twórczo „zmiękczony” na: Jak dzięki naszym umysłom, społeczeństwu i neuroseksizmowi powstają różnice między kobietami a mężczyznami. Fine tropi wszelkiego rodzaju „błędy i wypaczenia” badań wskazujących na istotne różnice neurologiczne i poznawcze między kobietami a mężczyznami. Niekiedy bardzo drobiazgowo śledzi różne doniesienia, starając się wykazać ich błędy metodologiczne czy interpretacyjne. Trzeba przyznać, że zakres jej zainteresowań jest bardzo szeroki, ale jednocześnie jest to raczej krytyka powierzchowna niż pogłębiona. Bierze pod lupę badania dotyczące roli hormonów płodowych, testów preferencji u noworodków, zachowań dzieci interseksualnych podczas zabawy, zaburzeń hormonalnych wynikających z wrodzonego przerostu nadnerczy (CAH), badania nad naczelnymi oraz w zakresie neuroobrazowania mózgów dorosłych. To właśnie na ten ostatni obszar Fine kieruje swoją najbardziej szczegółową krytykę.

Autorka kwestionuje szereg badań z zastosowaniem funkcjonalnego obrazowania metodą rezonansu magnetycznego (fMRI), ponieważ – jak zauważa – metoda ta nie aktywizuje neuronów bezpośrednio, a jedynie rejestruje zmiany w poziomie tlenu we krwi. W rezultacie otrzymujemy informacje o większym dotlenieniu danego obszaru mózgu, co nie może prowadzić do twardych wniosków na temat jego wpływu na zachowanie. Z tym akurat można się zgodzić – wśród neurobiologów interpretujących aktywność mózgu rzeczywiście można czasem zaobserwować nadmiernie spekulatywne podejście do wyciągania wniosków. Badań tego typu jest wciąż mało, są kosztowne i czasochłonne, często prowadzone na niewielkich próbach. Niemniej liczba takich badań systematycznie rośnie – trzy lata po ukazaniu się książki Fine opublikowano spektakularne badania zespołu Madhury Ingalhalikar, omówione wcześniej. Mimo to Fine zasadniczo odrzuca dowody wskazujące na istnienie neurobiologicznych różnic międzypłciowych – co zresztą (nieopacznie?) przyznała w przedmowie do polskiego wydania książki:

„Razem z moimi współpracownikami i współpracowniczkami odkryliśmy niedawno, że kiedy utrzymujemy esencjalistyczne poglądy na temat płci, mniej wspieramy równość płciową i egalitarność ról w związkach, rodzicielstwie, pracy oraz edukacji, w większym stopniu popieramy dyskryminujące praktyki w miejscu pracy, jednocześnie z większym prawdopodobieństwem postrzegamy współczesne miejsca jako pozbawione  dyskryminacji, a także częściej doświadczamy negatywnych emocji w stosunku do polityków i polityczek, którzy łamią oczekiwania dotyczące płci”.

Czyż to nie jest jednoznacznie ideologiczna deklaracja? Czyż to nie jest powstawanie nowego dogmatu? Esencjalistyczne poglądy, a więc wskazujące na uwarunkowania biologiczne, są złe, niebezpieczne i należy je zwalczać. Co też Fine czyni w swojej pracy. Argumentuje, że wszystkie tego typu badania są skażone różnymi błędami, są przeprowadzone na małych próbach, nie były falsyfikowane, były źle interpretowane, wreszcie skażone neuroseksizmem. Pojęcie to – jej własna koncepcja – nie zostaje jednak przez nią precyzyjnie zdefiniowane. Z kontekstu można jedynie wywnioskować, że neuroseksistami są wszyscy ci, którzy wskazują na neurobiologiczne różnice między kobietami a mężczyznami. Bo – według Fine – takich różnic po prostu nie ma, a ci, którzy twierdzą inaczej, uprawiają złą naukę. Przykładem jest cytowany przez nią Simon Baron-Cohen, jeden z pionierów badań nad autyzmem i wpływem testosteronu płodowego, któremu Fine poświęca szczególnie dużo uwagi, podważając niemal wszystkie jego wyniki badawcze dotyczące roli testosteronu w życiu płodowym. Ale czy sama Fine przeprowadza własne badania? Oczywiście nie – skupia się przede wszystkim na wykazywaniu, że inni badacze popełniają błędy: prowadzą badania epizodyczne, słabo udokumentowane, a ich interpretacje są spekulatywne. To nie testosteron różnicuje zachowania, lecz socjalizacja – twardo twierdzi Fine i w w tym miejscu praktycznie uważa dyskusję za zamknientą.

Jej tezy powtarza jedna z czołowych polskich genderystek Maria Pawłowska – zresztą z wykształcenia specjalistka od geologii:

„Pomimo wielu lat badań po dziś dzień nie udało się znaleźć żadnych jednoznacznych, replikowalnych dowodów na maskulinizujące działania testosteronu (w tym rzekome powiązanie tego hormonu z agresywnym zachowaniem) czy feminizujący wpływ estrogenu na budowę czy funkcje mózgu […]. Badania na osobach interseksualnych, z zaburzoną gospodarką hormonalną, bądź osobach, których matki przyjmowały w ciąży dodatkowe hormony, nie wykazują żadnych jednoznacznych dowodów na jasne powiązania umiejętności i organizacji mózgu (np. męskiego zlateralizowania) z hormonami płciowymi.”

Twierdzenia, że testosteron wpływa na rozwój zdolności matematycznych, a estrogen czyni z kobiet osoby o lepszych umiejętnościach komunikacyjnych, są – według Pawłowskiej – całkowicie nieuprawnione. Jej zdaniem, mimo intensywnych poszukiwań w ostatnich dziesięcioleciach, nie znaleziono żadnych istotnych dowodów, które by to potwierdzały – a więc, nawet jeśli jakieś różnice istnieją, muszą być nieznaczące. W wywiadzie udzielonym Elizie Michalik kategorycznie stwierdza: „Hormony nie powodują niczego”, by za chwilę sobie zaprzeczyć: „to, co robią, to mogą zmniejszyć lub zwiększyć różne reakcje”. I to właśnie takie rewolucyjne „stwierdzenia naukowe” są przekazywane uczestnikom studiów podyplomowych gender studies na Uniwersytecie Warszawskim – jak pokazała w swoim znakomitym dziennikarstwie śledczym Agnieszka Niewińska (Raport o gender w Polsce).

Fine dowodzi, że operujemy szeregiem nabytych kulturowo stereotypów – i to one w największym stopniu wpływają na różnice w postrzeganiu kobiet i mężczyzn. Znaczenie ma również swoista autosugestia. To kulturowo ukształtowane stereotypy powodują, że kobiety są postrzegane jako bardziej empatyczne, mniej uzdolnione w naukach ścisłych, mniej predysponowane do polityki. Rezultatem tych przekonań jest brak rzeczywistego równouprawnienia i dyskryminacja kobiet. Tylko nauka wolna od seksistowskich uprzedzeń – twierdzi Fine – daje nadzieję na prawdziwy postęp. Jednak, jej zdaniem, do takiego stanu jeszcze daleko. Trzeba odrzucić wszelkie „biologiczne sentymenty”.

Warto przy tym zauważyć, że Fine stosuje pewien zabieg manipulacyjny – często przywołuje cytaty z przełomu XIX i XX wieku (a nawet ze starożytności), w których opisywano rzekomą niższość kobiet wobec mężczyzn, a następnie wykazuje ich absurdalność. Na jednym poziomie zestawia literaturę poradnikową, operującą uproszczeniami i błędami interpretacyjnymi, z literaturą naukową. Przywołuje również wypowiedzi działaczy społecznych, wykazując ich błędy. W tym samym akapicie jednak pojawiają się nazwiska takie jak Simon Baron-Cohen czy Steven Pinker. Sugestia jest oczywista: wszyscy, którzy wskazują na biologiczne różnice między płciami, mylą się, są niekompetentnymi neuroseksistami i uprawiają „złą naukę”.

Biologii nie da się wygumkować

Steven Pinker, psycholog z Harvardu, w swojej monumentalnej syntezie współczesnej wiedzy o naturze człowieka Tabula rasa. Spory o naturę ludzką  pokazuje, że genderowe odrzucanie uwarunkowań biologicznych wywodzi się z trzech mitów, które silnie przeniknęły wiele współczesnych koncepcji. Są to: tytułowa czysta tablica ludzkiego umysłu (tabula rasa) oraz powiązane z nią idee „szlachetnego dzikusa” i „ducha w maszynie”. Doktryny czystej tablicy (empiryzm Johna Locke’a), szlachetnego dzikusa (romantyzm Jeana-Jacquesa Rousseau) i ducha w maszynie (dualizm Kartezjusza), choć logicznie niezależne, często występują razem i wywierają – bądź wywierały – zadziwiająco silny wpływ społeczny. Idee te mają niewiele wspólnego z ustaleniami współczesnej nauki, jednak przetrwały, stając się częścią wielu światopoglądów i fundamentem politycznej poprawności. Konsekwencje romantyzmu Rousseau można dostrzec w promowaniu permisywizmu wychowawczego, nieufności wobec autorytarnych metod kształtowania postaw, a także w gloryfikacji wszystkiego, co „naturalne” (np. naturalna żywność) oraz w sceptycyzmie wobec wytworów cywilizacji (np. wpływu człowieka na klimat). Współczesne konsekwencje empiryzmu Locke’a znalazły swoją kontynuację w marksizmie i neomarksizmie, konstruktywizmie społecznym oraz genderyzmie. Wszystkie te koncepcje przeceniają wpływ środowiska na rozwój jednostki, jednocześnie marginalizując znaczenie czynników biologicznych.

Pinker opowiada się za tzw. uniwersaliami ludzkimi, czyli wrodzonymi predyspozycjami charakterystycznymi dla gatunku ludzkiego, które – niezależnie od kultury i epoki – wpływają na kształtowanie się cech umysłowych. Listę takich uniwersaliów, opracowaną przez antropologa Donalda E. Browna, autor zamieszcza w aneksie do książki. Natura ludzka to, według Pinkera, zbiór wrodzonych zdolności poznawczych i emocjonalnych wspólnych dla wszystkich zdrowych przedstawicieli gatunku Homo sapiens. „Ludzie są tacy sami pod względem jakościowym, ale różnią się w kategoriach ilościowych” – pisze. Uzasadnieniem tej tezy są obserwacje pochodzące z badań międzykulturowych oraz ustalenia socjologii i psychologii ewolucyjnej. Pomimo znacznej różnorodności cywilizacyjnej i kulturowej, we wszystkich społeczeństwach ludzkich można zaobserwować prymat więzów rodzinnych oraz wynikającą z niego powszechność nepotyzmu i dziedziczenia. Etos odwzajemniania się oraz towarzyszące mu zjawisko próżniactwa społecznego dominują nad mechanizmami wspólnotowego dzielenia się dobrami. Zjawiska narzucania dominacji i stosowania przemocy mają charakter powszechny i uniwersalny, podobnie jak etnocentryzm – gloryfikujący własny naród i kulturę, prowadzący do ich wywyższania ponad inne. Częściowa dziedziczność inteligencji, sumienności oraz skłonności antyspołecznych niesie ze sobą istotne konsekwencje dla każdego systemu społecznego, który musi zmierzyć się z dylematem pomiędzy równością a wolnością. We wszystkich społeczeństwach obserwuje się powszechność mechanizmów obronnych, zniekształceń poznawczych korzystnych dla „Ja”, a także mechanizmów łagodzenia dysonansu poznawczego – takich jak oszukiwanie samych siebie co do własnej niezależności, mądrości czy wewnętrznej spójności. Powszechne są również zniekształcenia moralnego osądu – mylenie moralności z konformizmem, statusem społecznym, czystością czy estetyką.

Jesteśmy istotami wyposażonymi w określone „kombinatoryczne programy umysłowe”, które – w zależności od uwarunkowań środowiskowych – mogą prowadzić do różnych rezultatów. Dobrym przykładem jest posługiwanie się językiem. To zdolność wrodzona dla ludzi – używamy około 6000 języków – jednak programy gramatyczne w naszych umysłach nie są aż tak różnorodne. Są odmianami jednego wzorca. Złożoność i uniwersalność języka we wszystkich kulturach wskazują, że jest to adaptacja biologiczna, a nie wynalazek kulturowy. Nie trzeba dodawać, że koncepcja uniwersaliów jest negowana przez relatywistów, postmodernistów, społecznych konstruktywistów i genderystów. Dokonując syntezy dorobku genetyki behawioralnej dotyczącego wpływu podstawowych czynników na rozwój człowieka (geny, środowisko wspólne, środowisko specyficzne), Steven Pinker konkluduje, że: geny odpowiadają za 40%–50% wpływu, środowisko wspólne – za 0%–10%, a środowisko specyficzne – za 50%.

Podsumowując genderowe tezy o braku dymorfizmu płciowego, warto zacytować Jerzego Vetulaniego, z którym trudno się nie zgodzić:

„Te oczywiste różnice w budowie mózgu męskiego i damskiego do dziś niepodobają się feministkom, które ludzi je głoszących wyzywają od „neuroseksistów”. […] ale ja tam się nie wstydzę, że jestem neuroseksistą. Trudno przecież tych różnic w budowie i funkcjonowaniu mózgów nie zauważać. To są różnice anatomiczne, ale też funkcjonalne, wynikające z różnych ról społecznych, które odgrywali nasi przodkowie. Już wśród prymitywnych jaskiniowców mężczyźni zajmowali się głównie chodzeniem na polowanie, a kobiety – rodzeniem i wychowywaniem dzieci, utrzymywaniem porządku w tej jaskini, ewentualnie jakimś zbieractwem. Stąd mężczyźni mają lepszą orientację przestrzenną, są silniejsi, bardziej agresywni, skłonni do ryzykownych zachowań. […], [u kobiet] bardziej rozwinęły się zdolności komunikacji. Bo zbierając jagody, rozmawiały ze sobą, dowiadywały się, czy oby na pewno te owoce nie są trujące. Mówiły też do swoich dzieci. Stąd do dzisiaj kobiety mają większe zdolności werbalne. […]  Statystyczny mężczyzna wypowiada około sześciu tysięcy słów na dobę, a kobieta – dwadzieścia tysięcy.”

Krytycy uwarunkowań biologicznych obawiają się, że geny determinują ludzkie zachowanie, co miałoby oznaczać, że człowiek musi być agresywny, przemocowy, zdradzający, egoistyczny. Ale tak nie jest. Mamy wybór. Może z wyjątkiem stanów wywołanych chorobami psychicznymi czy zaburzeniami organicznymi ośrodkowego układu nerwowego, jesteśmy w stanie przekraczać biologiczne determinizmy – właśnie dlatego, że jesteśmy ludźmi, istotami obdarzonymi moralnością i wolną wolą. Człowiek ma różne biologiczne uwarunkowania (popędy, określony temperament), co nie oznacza, że nie jest istotą wolną, albowiem – jak twierdzi Victor Frankl – to człowiek rządzi popędami, a nie odwrotnie. Ma możność powiedzenia im „nie”, a jednocześnie jest to zawsze „tak” wobec określonych wartości. Duchowe odwraca się od psychofizycznego – i to są właśnie wymiary wolności człowieka. Człowiek może także zaprzeczyć swojej wolności, „oddać się” w posiadanie popędom. Pozornie nie będzie wtedy wolny. Nie jest to jednak negacja jego wolności fakultatywnej – z tej, choćby chciał, nie jest w stanie zrezygnować. Jest na nią niejako skazany. Gdy człowiek pozwala ponosić się swoim popędom, nie neguje (i nie może negować) swojej wolności – ciężar wolności przenosi się jednak na płaszczyznę odpowiedzialności.

Dlaczego genderystki tak bardzo obawiają się myśli, że umysły mężczyzn i kobiet nie są pod każdym względem jednakowe? Ta obawa wynika z przekonania, że „różny” może oznaczać „nierówny” – jeśli płcie różnią się pod jakimkolwiek względem, to mężczyźni z pewnością okażą się „lepsi” lub dominujący, i to im przypadnie wszystko, co najlepsze. To mężczyźni znów wezmą dla siebie najlepsze społeczne kąski. A do tego nie wolno dopuścić – przecież byłby to powrót przeklętego patriarchatu. Dlatego bronią tezy o braku różnic między płciami jak niepodległości. A że jest to postawa ideologiczna? Cóż, trzeba pamiętać o kierunku wytyczonym przez towarzysza Marksa – nie chodzi o to, by wyjaśniać świat, lecz by go zmieniać…

 

Dr Andrzej Margasiński – psycholog, wykładowca Uniwersytetu Jana Długosza w Częstochowie. Więcej informacji: andrzejmargasinski.com. W lutym br. ukazała się książka Autora Genderyzm – między ideologią a nauką, prezentowane eseje są rozwijane w rozdziałach tej monografii.

Genderyzm_okladka_logo

 

redakcja.jpg
Autor:
Redakcja PCh24.pl
Zróbmy to razem!
Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.
Wybierz kwotę: