Filip Obara: Wszyscy mamy mentalność antykoncepcyjną

Obara_1024x1024 (1).jpg
Autor:
Filip Obara
mentalnosc-antykoncepcyjna.jpg

Jak się czujesz, gdy teściowa, słysząc o trudach życia w dużej rodzinie, mówi do twojej żony: „Ja ci tego nie zrobiłam”…? (przykład autentyczny). Wszyscy funkcjonujemy w mentalności antykoncepcyjnej. I przytłaczająca większość katolików nie stanowi wyjątku.

Pomiędzy rodzinami z wyboru żyjącymi w modelu 2+1 (czy nawet 2+2) a rodzinami wielodzietnymi (3+) pojawia się często przepaść niezrozumienia. Ludzka wyobraźnia po prostu nie obejmuje rzeczywistości, w której w jednym domu koegzystuje pięć, sześć, siedem, osiem lub więcej osób o różnych – często przeciwnych – temperamentach, pomiędzy którymi występują dziesiątki „skrzyżowań relacyjnych”, a każdy musi spełnić swoją określoną rolę i wyznaczone cele.

Taka rodzina ma „swój rytm”, żyje bardziej wsobnie, nie tylko dlatego, że jest większa ilość więzi wewnątrz, ale też dlatego, że jest po prostu… więcej do roboty. Na końcu trzeba jeszcze wszystkich pomieścić (konieczność kupna domu z ogrodem), wyżywić (zdrowe jedzenie jest dziś luksusem), ubrać, wykształcić, wozić (konieczność utrzymywania dwóch samochodów) etc… czego nie pokrywa – jak niektórym się wydaje – 800+, szczególnie, gdy weźmiemy pod uwagę skutki makro socjalistycznego rozdawnictwa.

Zróbmy to razem!

Pomijam już wszelkie reperkusje zdrowotne i psychiczne, które dobrze znają rodzice wielodzietni, szczególnie kobiety, które częściej noszą dzidziusia pod sercem, a następnie ponoszą wydatek energetyczny karmienia piersią.

W normalnej sytuacji to wszystko nie wymagałoby nawet osobnego omówienia. W normalnej sytuacji wszystkie te elementy są naturalną częścią ludzkiego życia, a człowiek znajduje w sobie siły, by wykonywać obowiązki stanu z uśmiechem i wspierać się wzajemnie zgodnie z Pawłową radą „jeden drugiego brzemiona noście”. Ale nie mamy normalnej sytuacji, bo zakorzeniła się wśród nas mentalność antykoncepcyjna.

Otwartość na życie czy „planowanie rodziny”?

Słysząc o opisanych wyżej trudach, świat (nie tylko dziś) odpowiada: Po co wam to, skoro mogliście mieć mniej dzieci? I dodaje: Mielibyście więcej miejsca, więcej czasu, więcej pieniędzy, więcej siły… Tak jakby bycie rodziną było kwestią ekonomii, a nie miłości i życia zgodnego z naturą.

Kluczowym zaklęciem tego świata jest wybór. Począwszy od skrajnego przypadku, w którym ruch „pro-choice” określa wyborem zabicie dziecka, a skończywszy na rzeczywistości przeciętnego katolickiego małżeństwa, które na kursie parafialnym poprzedzającym udzielenie sobie sakramentu słyszało nauki głównie na temat tego, jak unikać potomstwa.

Szaleństwem byłoby twierdzenie, że nie mamy wyboru – wszak każdy wybiera drogę życia, a do powstrzymania się od powiększenia rodziny mogą skłaniać uzasadnione przyczyny. Powstaje jednak pytanie, jaka jest natura tego wyboru?

Czy jest to wybór nieograniczony? Dowolny? Czy my sami – z naszą subiektywną wizją i jeszcze bardziej subiektywnymi odczuciami – jesteśmy źródłem normy określającej, czym jest rodzina? Czy nie istnieje żadna wyższa norma – żaden obiektywny punkt odniesienia?

Uważam, że doszło w tej kwestii do bardzo poważnej i brzemiennej w skutki podmiany. Jaki jest bowiem punkt wyjścia zgodny z ludzką naturą i z katolicką moralnością małżeńską? Otóż, zakładamy rodzinę i na świat przychodzą dzieci. Po prostu. Nawet w obiegowej świadomości czy w popkulturze fraza „założenie rodziny” (np. przez ludzi, którzy dotychczas żyli w konkubinacie) oznacza wzięcie ślubu i wydanie na świat potomstwa.

Mamy więc oczywistą definicję, ale tylko w wymiarze jakościowym (samego stwierdzenia, że mamy mieć dzieci). W świecie ogarniętym mentalnością antykoncepcyjną problem występuje, gdy mówimy o czynniku ilościowym.

Na czym zatem polega podmiana? Ano, na tym, że zamiast przyjąć zewnętrzne i obiektywne wyznaczniki tego, że rodzina jest instytucją, a w tej instytucji rodzą się i chowają dzieci, my przyjmujemy zupełnie inny punkt widzenia. Negujemy fakt, że to my mamy się odnaleźć wobec modelu instytucji małżeństwa, a przyjmujemy, że to małżeństwo jest zależne od naszego subiektywnego osądu.

W tym tkwi głęboki fałsz mówienia o planowaniu rodziny i sądzę, że nie bez powodu największy moloch aborcyjny na świecie nosi nazwę Planned Parenthood. Planować można ślub na czerwiec bądź na styczeń. Planować można zakup nowego samochodu. Planować można przeniesienie dzieci do innej szkoły. Natomiast kwestia posiadania dzieci nie jest kwestią planowania, tylko naturalną, spontaniczną – a przy tym istotową! – cechą współżycia małżeńskiego. Jest ona warunkiem ważności i celem katolickiego małżeństwa.

To jest właściwy punkt wyjścia. Dopiero, gdy tak postawimy sprawę, możemy zacząć zadawać sobie pytanie, czy istnieją ważne i dostateczne przyczyny do tego, by ową spontaniczność zastąpić planowaniem. Ale ważna przyczyna to, z grubsza rzecz biorąc, poważne problemy zdrowotne (w tym psychiczne) – nie zaś przywiązanie do komfortowego stylu życia, w którym wszystkiego dostaje, rodzice mają regularnie „czas dla siebie”, a ich ambicja nie cierpi na tym, że nie mogą czegoś im zapewnić.

W małżeństwie rezygnujemy z niezależności. W tym sensie jest ono ofiarą, gdyż musimy, nawet jeżeli nie całkowicie porzucić, to przynajmniej usunąć z pierwszego miejsca to, co służy naszej własnej przyjemności, co uważamy, że nam się „należy” i do czego jesteśmy przyzwyczajeni.

Również mówienie o tym, że nie możemy mieć więcej dzieci, bo nie zapewnimy im tego, czy tamtego, jest fałszywym argumentem. Po pierwsze, objawia się w nim małe zaufanie do Pana Boga, po drugie niechęć do ponoszenia trudów (podjęcia dodatkowej pracy i większej ilości obowiązków domowych), po trzecie – znów podmiana. Tym razem na podstawowym poziomie filozoficznym…

To, co moralne stoi ponad tym, co materialne. To, co niższe (cielesne) ma służyć temu, co wyższe (duchowe). Składając przysięgę małżeńską obiecujemy „z miłością przyjąć i po katolicku wychować potomstwo”, a nie „planować i materialnie utrzymać potomstwo”.  To drugie jest oczywiste i w mniejszym stopniu należy do istoty małżeństwa.

Oczywiście, że mamy się po ludzku starać żyć na jak najlepszym poziomie, ale często Opatrzność nie daje nam tego, co potrzebne, bo w jej porządku ważniejsze jest, byśmy ćwiczyli się w pokorze i innych cnotach. Wówczas trzeba robić, co w naszej mocy, ale starać się zachować prawdziwego ducha ubóstwa (stawiać to, co duchowe i co służy dobru moralnemu i wiecznego ponad to, co materialne i doczesne).

Sądzę, że nie sprzeciwię się nauce i mądrości Kościoła, gdy stwierdzę, że sam fakt, iż odczuwamy dyskomfort z powodu zbyt małej ilości miejsca czy innych środków materialnych, nie jest wystarczający do tego, by postawić nowemu życiu tamę w naszej rodzinie.

Skutki mentalności antykoncepcyjnej

Tę podmianę punktów wyjścia (z otwartości na planowanie) nazywam mentalnością antykoncepcyjną. Ona uprawnia człowieka (w jego subiektywnym mniemaniu) do ograniczania naturalnej dzietności, ale także do oceniania innych ludzi.

Ma to swoje daleko idące konsekwencje – po pierwsze społeczne, po drugie polityczne.

W życiu społecznym pojawia się zniecierpliwienie, a nawet niechęć do rodzin wielodzietnych. Wiadomo, że generują one więcej ruchu, hałasu i problemów do rozwiązania. A przecież dzieci mogło by nie być aż tyle, prawda? Wraz z tym pytaniem rodzi się nieufność, a czasem wręcz strach, czy jakiś „życzliwy” sąsiad nie zadzwoni do MOPS-u, że za dużo dzieci wychowuje się na tylu a tylu metrach kwadratowych. Tworzy się atmosfera niezbyt przystosowana wobec rodzin z większą ilością dzieci – w miejscach publicznych odzwyczajamy się od ich sposobu funkcjonowania , a w skrajnych przypadkach rodziny takie spotykają się nawet z otwartą agresją.

W wymiarze politycznym mentalność antykoncepcyjna znajduje swoje sankcje prawne i systemowe. W państwie, w którym nie obowiązują już klasyczne (nie mówiąc o chrześcijańskich) pojęcia moralne, jako oczywistość przyjmuje się fakt powszechnego używania antykoncepcji.

To, co w sposób miękki funkcjonuje w obiegu społecznym, w praktyce politycznej nabiera cech opresyjnych. Nie jest ponurym żartem ani figurą z książek Orwella to, że urzędnicy – wbrew Konstytucji uprawniani przez polityków do odbierania rodzicom dzieci – mają szereg spisanych czarno na białym wytycznych, łącznie z tym, ile metrów kwadratowych „musi” być przeznaczone na każde dziecko. Bo przecież skoro dzieci może być mniej, to dlaczego nie mielibyśmy sankcjonować owej „lekkomyślności”, z którą niektórzy szaleńcy decydują się na posiadanie piątki czy dziesiątki dzieci, chociaż mieli czelność nie zakupić pałacu z osobnym pokojem dla każdej ze swoich pociech?

To się dzieje. Na naszych oczach. Spotykamy rodziny, które są represjonowane przez system, a czynnikami stojącymi za tym bezprawiem są między innymi wytyczne dotyczące warunków materialnych. Czy muszę znów dodawać, że spiritus movens tego typu działań stanowi mentalność antykoncepcyjna?

Gdybyśmy bowiem uznawali, że posiadanie dzieci w rodzinie jest czymś naturalnym, a wręcz pożądanym i dającym szczęście, to jakże inaczej podchodzilibyśmy do tych kwestii. Widząc rodzinę z wieloma dziećmi i niewielkim domem, myślelibyśmy, jak jej pomóc – zaproponować lepszą pracę, możliwość dorobienia albo inwestycję w rodzinny biznes, a przynajmniej odciążyć w codziennych obowiązkach. Ale to wymagałoby zrozumienia, empatii, wysiłku i dania czegoś od siebie. A przecież łatwiej machnąć ręką i powiedzieć: Mogli nie robić tyle dzieci…

Warto uczynić szczery rachunek sumienia. Czy i w naszym życiu nie doszło do podmiany w duchu tego świata, który sprzeciwia się duchowi katolickiej miłości? Czy i my nie oceniamy innych przez pryzmat mentalności antykoncepcyjnej? Czy i my nie stajemy się nieczuli na potrzeby bliźnich – naszych bliskich podejmujących trud prowadzenia dużej rodziny – i czy nie odwracamy się od nich wtedy, gdy najbardziej nas potrzebują? Czy nie patrzymy na rodziny wielodzietne jak na balast, którego mogłoby nie być, a nie jak na chlubę naszego społeczeństwa i konieczne ogniwo, abyśmy w ogóle przetrwali w dłuższej perspektywie?

Filip Obara

antynatalizm-Polakow.jpg

Na bakier z porządkiem Bożym. Dlaczego Polacy boją się wielodzietności?

Na kursach przedmałżeńskich wmawia się nam, że możemy unikać potomstwa i czerpać pełnię satysfakcji z życia seksualnego. Ale czy to prawda i czy można to pogodzić z etyką katolicką? I wreszcie, czy antynatalizm jest w Polsce zjawiskiem nowym, czy też swoistą klątwą – ciągnącą się przez pokolenia?Mentalność unikania potomstwa jest rozpowszechniona tak bardzo, że nawet wśród katolików trudno o zrozu...Czytaj dalej
Obara_1024x1024 (1).jpg
Autor:
Filip Obara
Zróbmy to razem!
Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.
Wybierz kwotę: