Jak po katolicku wychować dzieci w niekonserwatywnym świecie? Debata na Kongresie Konserwatywnym

Jeżeli chcemy wychować nasze dzieci po katolicku i na sposób konserwatywny, to my – rodzice – musimy najpierw wyjść ze strefy komfortu i przestać się bać korzystać z władzy rodzicielskiej, mówić naszym dzieciom prawdę i podawać im dobre alternatywy dla dzisiejszej kultury masowej – podkreślały uczestniczki drugiej debaty w ramach tegorocznego Kongresu Konserwatywnego.
W ramach XXIII Kongresu Konserwatywnego odbyła się debata Co znaczy być konserwatystą w życiu codziennym? z udziałem Katarzyny Wozinskiej, psychologa, prezesa Centrum Słowo i autorki kanału „Psycholog z innej bańki” oraz Joanny Szałaty, koordynatorki szczecińskiego Klubu Polonia Christiana, poprowadzona przez Arkadiusza Stelmacha, wiceprezesa Stowarzyszenia Kultury Chrześcijańskiej im. Księdza Piotra Skargi.
Stelmach zauważył, że w środowisku konserwatywnym namiętnie organizuje się konferencje, debaty i mówi o myśli konserwatywnej, natomiast często życie prywatne osób kojarzonych z tym nurtem niekoniecznie stanowi uosobienie ideałów konserwatywnych. W związku z tym zapytał, co dla uczestniczek debaty znaczy być konserwatystą na co dzień?
Joanna Szałata wyznała, iż nigdy nie utożsamiała się jako konserwatystka, lecz jako osoba, która niedoskonale próbuje wcielać katolicki ideał życia, a odnalazła się dopiero w źródłowej definicji konserwatyzmu, zgodnej z tym, co przedstawiali prelegenci Kongresu (linki do relacji pod koniec).
Wskazała przy tym na środowisko kulturowe i moralne, w którym żyjemy. - Jeżeli człowiek oddycha skażonym powietrzem, pije skażoną wodę, to nie może nie podlegać temu wpływowi. A jeżeli żyjemy Ewangelią – to nawet pomimo tego skażenia dzisiejszym światem – zachowamy zdrowie duszy – wskazała.
Katarzyna Wozinska, nawiązując do wątków z poprzednich wystąpień kongresowych, zaznaczyła, że zanim zaczniemy uczyć dzieci kultury stołu czy przekazywać im kod kulturowy, to najpierw musimy mieć komu to przekazywać – to prowadzi nas do kwestii demografii i jeszcze głębiej, bo najpierw musimy z kim mieć te dzieci, co znów kieruje nas do problemów społecznych, trudności z podjęciem decyzji, która będzie nieodwołalna i będzie nas zobowiązywała.
- Żeby się nadawać do małżeństwa i do zakładania rodzin, najpierw młodzież musi funkcjonować bardziej w realnym świecie niż w wirtualnym. Obecnie już młodzi dorośli bardziej żyją internetem i w internecie. Trudno przewinąć pierwszą pieluchę w życiu, jeżeli ma się palce przyzwyczajone do scrollowania – powiedziała.
Jeszcze trudniej nawiązać relację, jeżeli cały proces randkowania, poznawania się i podtrzymywania kontaktu odbywa się za pośrednictwem sprzętu, przy czym dochodzi do wielu nieporozumień związanych z komunikacja za pośrednictwem internetu, co staje się nową normą. Modele AI zaczynają służyć do ćwiczenia się w rozmowie przed… rozmową z dziewczyną.
Problemem – jak wskazała Wozinska – jest brak reakcji dorosłych, którzy nie robią nic z tym, że młodzi zamiast nawiązywać relację, siedzą w telefonach. Poruszła też problem kupowania smartfonów na pierwszą Komunię Świętą, z czym niestety również nie walczy Kościół. - W momencie, kiedy dziecko dostaje smartfona, kończy się dzieciństwo – stwierdziła, argumentując, że działanie ekranów i algorytmów prowadzi do głębokiego upośledzenia rozwojowego dzieci.
Joanna Szałata dodała, że pracując od trzydziestu lat z rodzinami zmagającymi się z uzależnieniami – zaobserwowała, że kluczowe jest skupienie uwagi w pierwszej kolejności na tych, którzy jeszcze słuchają, czyli złapać moment zanim dziecko dostanie smartfona.
Wskazała też na istotny problem, jakim jest rola Kościoła i kapłanów. Zagrożeniem jest tzw. Naturalne Planowanie Rodziny, gdzie dochodzi do odwrócenia celów, gdzie – wbrew nauce Kościoła – miłość małżeńska i bycie dla siebie stały się pierwszym celem, podczas gdy posiadanie i wychowanie po katolicku potomstwa zeszło na drugi plan. - Jak trudna jest sytuacja, kiedy mamy mówić młodym ludziom prawdę? – zapytała retorycznie, wskazując, że zgodnym z wolą Bożą celem małżeństwa jest prokreacja. Ale nie zwalnia nas to z odpowiedzialności, ponieważ na Sądzie Ostatecznym Pan Bóg zapyta nas: Gdzie jest twój mąż? Gdzie są twoje dzieci? – podkreśliła Szałata.
Wymieniła też kwestię wychowania i życia rodzinnego, mówiąc, że źródło wiedzy na ten temat ona sama odnalazła „w kaplicach, gdzie sprawowana jest Msza Święta «trydencka» i głoszona tradycyjna nauka i wizja małżeństwa, zgodnie z tym wszystkim, co Kościół głosił przed Soborem Watykańskim II”.
Ważnym punktem jest zobowiązanie dzieci do domowej i publicznej modlitwy, a nie dawanie im iluzorycznej wolności. Podobnie, w kwestii wpojenia zasad sprawiedliwości rodzice nie mogą kapitulować ze swojej roli wychowawczej i odchodzić od kar, w tym kar cielesnych, które – wymierzone z miłością – są dla dzieci błogosławieństwem.
Katarzyna Wozinska zgodziła się, że należy powrócić do świadomego korzystania z władzy rodzicielskiej, nie bać się kazać czegoś dzieciom, być konsekwentnym, egzekwować zasad. Ale należy też znaleźć sposób na źródła kulturowe, z jakich czerpią nasze dzieci – potrafić wyegzekwować niekorzystanie przez dzieci z prawdziwie niebezpiecznych trendów kultury masowej i pokazać dobre alternatywy, co wymaga „pewnego sprytu”, ponieważ nie każde dziecko z własnej woli sięgnie po te dzieła, po które sięgały poprzednie pokolenia – choćby z tego powodu, że została w Polsce przerwana ciągłość językowa. Możemy czytać razem na głos i puszczać dzieciom ekranizacje (nawet jeżeli nie są doskonałe), bo oswajają dzieci z postaciami i fabułami, dzięki czemu później łatwiej im sięgnąć po oryginał.
Jak wyjaśniła Wozinska, zakorzenienie w dobrych, kanonicznych dziełach kultury (łącznie z kanonem rozrywkowym) pozwala przeżywać treści i formy nie tylko wartościowe, ale i atrakcyjne, które mogą wypełnić wolny czas naszych dzieci.
- Konserwatyzm nie może obejmować tylko kręgosłupa rodziny, ale mówi obejmować całego człowieka – nie wystarczy przekazać transcendentne zasady, a potem przez cały dzień puszczać dzieciom przez cały dzień „Psi patrol” i „Ninjago” – tłumaczyła, wskazując na styl życia, łącznie z zabawą, tańcem, wspólnym muzykowaniem, od czego coraz bardziej odchodzimy.
- Jeżeli sferę codziennego odpoczynku i rozrywki zajmuje wyłącznie kultura współczesna, to z czasem braknie miejsca dla treści naprawdę wartościowych i kształtujących dobrze nasze dzieci – zaznaczyła.
Joanna Szałata dodała do tego, że jako rodzice mamy katolicki obowiązek pokazać dzieciom, gdzie jest granica, a nie tolerować na przykład życie na kocią łapę, ponieważ odczuwamy lęk, że te dzieci „stracimy”, kiedy powiemy im prawdę na temat moralnej oceny ich stylu życia – „bez ogródek i bez filozofowania”.
Ponadto, jak przekonywała Katarzyna Wozinska, dzieci mają dziś wszystko podane na tacy, wszystko zbudowane na podstawie półfabrykatów, natomiast w pokoleniu naszych rodziców czy dziadków – cały otaczający świat był do przekształcenia. Dziecko ma taką naturalną potrzebę, tylko nie można go izolować od codziennych prac i zabaw – należy uczyć go gotować, budować, naprawiać, a nie przyjmować postawę: Po co się męczysz, jak ja ci kupię gotowe i lepsze. Mówiąc tak, odbieramy naszym dzieciom poczucie sprawczości.
Innym problemem, który wskazała uczestniczka debaty, jest to, że wiele osób – również wierzących – unika konfrontacji i wszelkich sytuacji, którym towarzyszą dyskomfort i nieprzyjemność. Unikamy przy dzieciach tematów „kontrowersyjnych”, ale jeżeli mamy je przygotować do samodzielnego życia, to my musimy wyjść ze strefy komfortu i rozmawiać na tematy trudne, łącznie z seksualnością czy złem, jakie reprezentują ich równieśnicy i inni ludzie na świecie, żeby mogły się z nim zmierzyć, a nie były wychowywane pod kloszem.
Kultura popularna – kontynuowała Wozinska – oferuje dzieciom najpierw „słodkie bajki”, typu Psi patrol, w których świat jest „mdły i wyprany”, po czym oferta kulturowa „zaczyna dziwnie przeskakiwać w kierunku creepy świata – odstręczającego, dziwnego, groźnego” i „bardzo szybko ten słodki świat zamienia się w świat pastiszu horroru”, a potem jest już skok prosto w Netflixa, gdzie wszystko jest już mroczne i depresyjne.
- Nie róbmy błędu, że najpierw omijamy wszelkie kontrowersje i próbujemy w lukrowanym świecie chować nasze dzieci, a potem wrzucać ich do szkoły, do środowiska młodzieżowego, gdzie są ludzie, którzy się upomną o światopogląd naszej młodzieży – ostrzegła.
Joanna Szałata zakończyła przypomnianiem prawdy, która niestety pomijana jest nawet w formacji narzeczonych przygotowujących się do małżeństwa i w ogóle w katechezie – że konserwatysta musi wypełniać obowiązki stanu – a dziś rodzice nie chcą być rodzicami, a dziadkowie nie chcą być dziadkami. - Totalnie zamieszaliśmy w porządku naturalnym woli Bożej – skwitowała.
Źródło: PCh24
FO









