Łukasz Warzecha: nie, PIP nie ratuje Polski przed imigracją

Warzecha_1024x1024.jpg
Autor:
Łukasz Warzecha
Warzecha-PiP-migracja.jpg
fot. PCh24.pl / GS

Było tylko kwestią czasu, gdy po zmianie ustawy o Państwowej Inspekcji Pracy ta ruszy do boju i zacznie systemowo uderzać w modele zatrudnienia, gdzie nie stosuje się umów o pracę. Jednym z takich miejsc są firmy kurierskie, oferujące dowóz jedzenia.

Tu trzeba przypomnieć, skąd się ta ustawa właściwie wzięła, bo jest to nie tak niestety rzadki przykład zgodnej współpracy zdecydowanej większości sił politycznych w fatalnej sprawie. Jej początkiem był aneks do polskiego KPO, zawierający spis kamieni milowych i celów (to dwie odrębne kategorie). Aneks przygotowany do dziś nie bardzo wiadomo przez kogo konkretnie i w jakim trybie. Politycy PiS oskarżają teraz Mateusza Morawieckiego, że postawił ich przed faktem dokonanym w tej sprawie i tu akurat mogą mieć rację. Już dawno temu, długo, długo przed rozpadem PiS docierały do mnie relacje, że spis kamieni milowych i warunków został przesłany przez Kancelarię Premiera do ministerstw zaledwie kilkanaście godzin przed terminem ich akceptacji, nie było zatem mowy o tym, aby poszczególne resorty mogły się do niego merytorycznie odnieść.

W tym spisie znalazł się kamień milowy numer A71G: ograniczenie segmentacji rynku pracy. Kamień ten został opisany w następujący sposób: „Wejście w życie ustawy o zmianie ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych, która: (I) zapewni, aby wszystkie umowy cywilnoprawne podlegały składkom na ubezpieczenia społeczne (emerytalne, rentowe, wypadkowe i z tytułu chorób zawodowych, chorobowe), niezależnie od uzyskiwanych dochodów, z wyjątkiem umów zawieranych ze studentami poniżej 26. roku życia; (ii) zniesie zasadę, zgodnie z którą w przypadku umów cywilnoprawnych składki na ubezpieczenia społeczne są płacone na podstawie minimalnego wynagrodzenia”.

Zróbmy to razem!

Realizacja tak zapisanego kamienia milowego oznaczałaby finansowe trzęsienie ziemi dla części osób pracujących na umowach cywilnoprawnych i drastyczny spadek ich zarobków netto. Przypominam – to koncepcja Mateusza Morawieckiego. Rząd jednak z czasem się z niej wycofał, w związku z czym ta transza KPO pozostawała nie zrealizowana (KPO to w sumie 18 transz; tu mówimy o transzy trzeciej w wysokości około 2 mld euro).

PiS stracił władzę, resort odpowiadający za sprawy socjalne objęła pani Agnieszka Dziemianowicz-Bąk z Nowej Lewicy – polityk nastawiona wrogo do przedsiębiorców, z wykształcenia filozof, kompletnie niepojmująca ekonomii i sposobu działania biznesu. Wspomniany kamień milowy rząd umyślił zinterpretować inaczej, osiągając cel założony w jego tytule – właśnie poprzez radykalne wzmocnienie uprawnień PIP, tak aby na pstryknięcie palcem inspektora następowała automatyczna zamiana umowy cywilnoprawnej w umowę o pracę. Wokół pierwszego, tak ułożonego projektu zrobiła się awantura, ostro protestowali przedsiębiorcy, a pan premier zapowiedział, że tak być to nie będzie i nic takiego rząd nie przedstawi.

Jak to z panem Tuskiem bywa – jak już coś powie, to wiadomo, że na pewno stanie się coś innego. Pani minister Dziemianowicz-Bąk zachowała się jak Basil Fawlty (czyli niezrównany John Cleese z grupy Monty Pythona) w jednym z odcinków „Hotelu Zacisze” (Fawlty Towers). Basil w hotelowej restauracyjce nalewa klientowi wino na spróbowanie, ale klient nie jest zachwycony. Basil odwraca się, szybko nakleja na tę samą butelkę nową etykietę, prezentuje butelkę klientowi, nalewa na spróbowanie – klient jest już zadowolony. Pani minister zaprezentowała kolejny projekt, który od pierwszego różnił się niewiele, a przede wszystkim pozostawiał inspektorom całkowitą uznaniowość i likwidował konieczność kierowania przez nich pozwów do sądów pracy, aby stwierdzić, że faktycznie mamy do czynienia z umową o pracę, a nie cywilnoprawną (sąd pozostaje jedynie jako droga odwoławcza). I to już było dla pana premiera w porządku.

Ustawa przeszła przez Sejm przy sprzeciwie Konfederacji i wstrzymującym się kunktatorsko PiS. Trafiła do prezydenta, a tam swój lobbing zaczął pan Piotr Duda, wieczny przewodniczący „Solidarności”. Lobbing związkowca okazał się skuteczniejszy niż sprzeciwy przedsiębiorców. Pan prezydent ustawę podpisał, w dodatku uzasadniając to językiem gospodarczej lewicy. Mowa była o „umowach śmieciowych” czy o „patologiach rynku pracy”. I w ten oto sposób dokonało się wspólne dzieło Mateusza Morawieckiego, Agnieszki Dziemianowicz-Bąk, Donalda Tuska i Karola Nawrockiego.

Skutki były łatwe do przewidzenia i krytycy ustawy je przewidywali. Inspektorzy ruszyli do akcji, korzystając z wieloznaczności interpretacyjnej, zawartej w samym kodeksie pracy. W art. 22 mówi on bowiem: „Przez nawiązanie stosunku pracy pracownik zobowiązuje się do wykonywania pracy określonego rodzaju na rzecz pracodawcy i pod jego kierownictwem oraz w miejscu i czasie wyznaczonym przez pracodawcę”. Czym w praktyce jest kierownictwo i jak interpretować miejsce oraz czas wyznaczone przez pracodawcę – tu nic wbrew pozorom nie jest ostre i jednoznaczne. Tę samą relację pracodawcy z pracownikiem można w wielu okolicznościach przedstawiać zarówno jako kwalifikującą się do umowy o pracę, jak i umowy cywilnoprawnej.

Na działania PIP, które uderzyły już w jedną z firm dowozu jedzenia, nakłada się nieuchronne wdrożenie unijnej tak zwanej dyrektywy platformowej. Fundamentem tej regulacji jest domniemanie pracy etatowej w przypadku osób wykonujących zadania za pośrednictwem platform cyfrowych. To domniemanie będzie dopiero można wzruszyć. Konsekwencje dla niezliczonej liczby biznesów mogą być druzgocące, bo były one fundowane na innym modelu działania, a masowe zatrudnianie kurierów na etatach ze wszystkimi wynikającymi z tego kosztami i uprawnieniami pracowników ten model kompletnie niszczy.

Tak dochodzimy do kuriozalnego paradoksu uderzenia w platformy zatrudniające kurierów, dowożących jedzenie. Porażająca jest bowiem reakcja części publiczności, która zachwycona klaszcze i domaga się wdrożenia tych regulacji. O ile nie jest to zaskoczeniem w przypadku osób o poglądach bliskich pani Dziemianowicz-Bąk, to zdumiewa w przypadku osób uznających się za zwolenników prawicy. Niestety, jak można od kilku lat dostrzec – duża część Polaków tak się określających jest zarazem zwolennikami skrajnego etatyzmu.

Te osoby zwracają uwagę na jeden aspekt działalności platform cyfrowych – w szczególności tych zajmujących się dowozem jedzenia: są one uznawane za winowajców sprowadzania do Polski imigrantów z egzotycznych i niekompatybilnych kulturowo krajów. Faktycznie, gołym okiem widać, że takie osoby stanowią prawdopodobnie większość wykonujących tego typu usługi – choć bynajmniej nie sto procent.

Mamy tu jednak do czynienia z piramidalnym nieporozumieniem. Ludzie, którzy sprzeciwiają się przyjmowaniu imigrantów do pracy bez kontroli mają oczywiście rację co do istoty rzeczy – i sam wielokrotnie o tym pisałem. Problem w tym, że ani pan Morawiecki, ani pani Dziemianowicz-Bąk, ani pan Piotr Duda, ani wreszcie główny inspektor pracy, pan Janusz Krasoń, a już na pewno nie Komisja Europejska, inicjująca unijne prawodawstwo nie realizują jakiegoś planu ochrony Polaków przed zalewem przez potencjalnie problematycznych imigrantów zarobkowych.

Oni realizują plan brutalnego wejścia państwa w kolejną sferę swobodnego wyboru obywateli oraz uderzenia w przedsiębiorców. Istotą ustawy nie jest spowodowanie, żeby w Polsce było mniej Pakistańczyków czy Gruzinów, ale wymuszenie na ludziach, żeby wbrew własnemu interesowi byli zmuszeni przyjąć taką formę zatrudnienia, która daje większe korzyści państwu niż im samym.

Poczynania PIP uderzają przecież nie tylko w platformy cyfrowe, a z tymi platformami współpracują również cudzoziemcy z mało problematycznych nacji, a także Polacy. Problemu z niekontrolowaną imigracją zarobkową nie powinniśmy rozwiązywać, wymuszając zawieranie umów o pracę z kurierami, ale kontrolując to, co jest problemem: wydawanie cudzoziemcom wiz pracowniczych i pozwoleń na pracę.

Nawet patrząc tylko na sektor gastronomiczny, nietrudno dostrzec, jakie będą skutki akcji PIP i dyrektywy platformowej: usługi dowozu jedzenia radykalnie zdrożeją. Ta podwyżka jest dzisiaj ostrożnie szacowana na 25-30 zł, co sprawi, że ogromna część klientów uzna zamówienia dla jednej czy dwóch osób za kompletnie nieopłacalne. To zaś z kolei uderzy przede wszystkim nie w wielkie gastronomiczne sieciówki – duży sobie zawsze poradzi i jest w stanie rozłożyć koszt dodatkowych etatów – tylko właśnie w mniejsze polskie biznesy, które oparły swoją rentowność na określonej liczbie zamówień, dostarczanych za pośrednictwem platformowych kurierów. To te biznesy albo bardzo mocno podniosą ceny, albo się zamkną. Pozostaną najwięksi.

Przestrzegam osoby, które mając dobre intencje chwalą PIP i nadchodzącą implementację unijnej dyrektywy, przed naiwnością i wiarą, że którakolwiek z osób zaangażowanych w ten łańcuszek ludzi złej woli chciała osiągnąć efekt antyimigracyjny. Skoro mamy problem z imigracją zarobkową, to rozwiązujmy problem z imigracją zarobkową, a nie wyimaginowany problem z rzekomymi patologiami rynku pracy, które żadnymi patologiami w istocie nie są. Są po prostu wyborem opłacalnej dla obu stron formy zatrudnienia.

Łukasz Warzecha

Warzecha_1024x1024.jpg
Autor:
Łukasz Warzecha
Zróbmy to razem!
Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.
Wybierz kwotę: