Łukasz Warzecha: Opłata reprograficzna, czyli ordynarna kradzież

Warzecha_1024x1024.jpg
Autor:
Łukasz Warzecha
Warzecha-oplata-reprograficzna.jpg

Pani minister Cienkowska jest z siebie bardzo zadowolona. Na X napisała: „Polscy twórcy latami czekali na tę decyzję. Dziś z satysfakcją ogłaszam: mamy to! Właśnie podpisałam rozporządzenie dot. opłaty reprograficznej. To był trudny proces, pełen lobbingu i fake newsów o rzekomych »nowych podatkach«. Prawda jest prosta: pożegnaliśmy lata 90. (faksy i kasety) i wprowadziliśmy prawo na miarę XXI wieku, w którym giganci sprzętowi dzielą się swoimi zyskami z polskimi twórcami. Dziękuję środowiskom twórczym za współpracę”.  

Pani minister, pisząc o „fake newsach”, sama manipuluje, a w zasadzie wprost kłamie. Gwoli sprawiedliwości trzeba jedynie wspomnieć, że nałożenie podatku od smartfonów to dzieło rozpoczęte jeszcze za PiS. Prace nad tym były prowadzone przez pana ministra Glińskiego, jednak wówczas nie zostały zakończone. Kłamstwem jest też stwierdzenie, że „giganci sprzętowi dzielą się swoimi zyskami z polskimi twórcami”. To nie giganci podzielą się zyskami, ale my naszymi pieniędzmi. Bez żadnego powodu i uzasadnienia. Bo tak.

Rozbijmy sprawę na czynniki pierwsze, aby lepiej zrozumieć, skąd wzięła się ta kradzież w biały dzień – nie przypadkiem zainicjowana przed samą majówką, w czasie, gdy mniej osób mogło na nią zwrócić uwagę.

Zróbmy to razem!

Opłata reprograficzna pojawiła się w ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych, która weszła w życie w 1994 r. Ludzie mający dzisiaj po 30 lat nie pamiętają tamtego czasu, a kontekst jest tutaj ważny. Liceum kończyłem właśnie w tym momencie. W pierwszej połowie lat 90., przed wejściem ustawy w życie, standardowym kierunkiem spacerów po szkole (XXVI Liceum Ogólnokształcące przy Wileńskiej w Łodzi, wtedy bez patrona, obecnie im. Krzysztofa Kamila Baczyńskiego) był pobliski bazar przy ulicy Bratysławskiej, gdzie stały wówczas będące powszechnym elementem handlowego pejzażu przyczepy kempingowe, z których handlowało się kasetami z muzyką. Kasety były w finansowym zasięgu niezbyt zamożnego ucznia, ale coś za coś. Była to bowiem kopiowana chałupniczo bez uwzględnienia jakichkolwiek praw autorskich masówka, co powodowało, że w pudełku nie było książeczek z tekstami czy informacjami o zespołach, a jedynie karteczka z przedrukowaną okładką danej płyty, na odwrocie zaś – a i to nie zawsze – spis utworów. Jakość nagrania bywała słaba, a z oszczędności często wyrównywano strony kasety pod kątem tej krótszej. Czyli jeśli muzyka na stronie A miała 25 minut, a na stronie B 30, to obcinano nagranie ze strony B po 25 minutach. Wciąż mam trochę takich cymeliów w swoim archiwum.

Powszechne było przegrywanie płyt na kasety, a potem płyt oryginalnych na własne płyty CD. Kopiowało się kasety VHD, a później dyski DVD. Jeszcze w czasie moich studiów kserowane były całe książki – mówimy jednak nadal o latach 90. Podejrzewam, że dla wielu czytelników tego tekstu, wychowanych już w epoce cyfrowej, którzy swoją dojrzałość osiągnęli w okolicach 2010 r., to opowieści o żelaznym wilku. Mogą nawet nie wiedzieć, co to była strona A i B kasety magnetofonowej.

Ustawa o prawie autorskim powstawała w takich warunkach. Celem było ucywilizowanie tej sytuacji – tutaj można tego słowa użyć bez nadużycia. Twórcy ustawy wyszli z założenia, że można dorzucić podatek – zwany dla niepoznaki „opłatą” – do ceny tych urządzeń bądź nośników, które najczęściej są używane dla kopiowania utworów bez uwzględnienia praw autorskich. Dlatego w ustawie znalazł się artykuł 20., który mówi o opłacie nieprzekraczającej 3 proc. kwoty od sprzedaży magnetofonów, magnetowidów i innych podobnych urządzeń, kserokopiarek, skanerów i innych podobnych urządzeń reprograficznych umożliwiających pozyskiwanie kopii całości lub części egzemplarza opublikowanego utworu oraz czystych nośników służących do utrwalania, w zakresie własnego użytku osobistego, utworów lub przedmiotów praw pokrewnych, przy użyciu urządzeń wymienionych w pkt 1 i 2. Pieniądze mają trafiać do organizacji zarządzania zbiorowego prawami autorskimi. Szczegółową listę urządzeń, wysokość opłaty oraz listę organizacji pozostawiono do określenia ministrowi kultury w rozporządzeniu.

Perwersja tego mechanizmu polega na tym, że formalnie rzecz biorąc nie mówimy tutaj o podatku. Ordynacja podatkowa w artykule 6. mówi bowiem tak: „Podatkiem jest publicznoprawne, nieodpłatne, przymusowe oraz bezzwrotne świadczenie pieniężne na rzecz Skarbu Państwa, województwa, powiatu lub gminy, wynikające z ustawy podatkowej”. W tym wypadku świadczenie nie trafia do skarbu państwa czy jednostki samorządu terytorialnego ani nie bazuje na ustawie podatkowej, ale nie ma wątpliwości co do jego przymusowości i bezzwrotności. Nie ma tutaj znaczenia, że opłatę wnoszą producenci sprzętu. Jasne jest przecież, że – podobnie jak choćby w przypadku opodatkowania banków – przerzucają oni takie koszty na końcowego klienta. O ile zatem w sensie prawnym nie mówimy o podatku, to w sensie faktycznym – jak najbardziej.

MKiDN chwali się, że liczbę objętych podatkiem kategorii urządzeń ograniczono z 65 do 19. Nie chwali się jednak danymi, które wskazywałyby w ogóle na konieczność utrzymanie opłaty reprograficznej, czyli trwanie przyczyn, dla których została wprowadzona. Przypominam: miała ona w swoim zamyśle stanowić rekompensatę dla twórców za ich utwory kopiowane bez opłacenia praw autorskich. Tyle że dzisiaj takie działania to absolutny margines, zmienił się bowiem całkowicie model korzystania z treści. Zwróciłem się do MKiDN z wnioskiem o informację na temat skali nielegalnego kopiowania utworów – w uzasadnieniu rozporządzenia nie ma bowiem o tym mowy.

Dzisiaj z treści korzysta się niemal wyłącznie za pośrednictwem serwisów, które odprowadzają już tantiemy za każde odtworzenie utworów. Na marginesie są nawet tacy hobbyści jak ja, którzy gromadzą wciąż płytoteki, a cóż dopiero mówić o kimś, kto miałby zgrywać muzykę na płyty CD (nawiasem mówiąc, objęte wyższą opłatą reprograficzną, bo 2 proc. od ceny sprzedaży).

Największa część dochodów z nowego podatku będzie niewątpliwie pochodziła ze sprzedaży smartfonów (1 proc. od ceny), których w Polsce rocznie sprzedaje się za 12-15 mld zł. Jak nietrudno policzyć, tylko z tego źródła władza na rzecz artystów ukradnie nam 120-150 mln zł. Kupując telefon za 5 tys. na rzecz „artystów” zapłacimy haracz w wysokości 50 zł. Tyle że ten telefon nie będzie nam służył do kopiowania jakichkolwiek utworów. Jeżeli będziemy na nim słuchać muzyki, to przez serwisy streamingowe. Jeśli będziemy na nim czytać e-booki, to kupione w internetowych księgarniach. Jeśli będziemy na nim oglądać filmy, to na którymś z serwisów VOD. We wszystkich tych przypadkach twórcy dostaną od danego serwisu tantiemy. Chyba że – powtarzam – MKiDN ma jakieś wstrząsające dane o masowym kopiowaniu utworów za pomocą smartfonów, tabletów czy kserokopiarek. Jeśli ma, to niech się nimi podzieli. Czekam.

Wiele osób zastanawia się, jak te pieniądze będą dzielone. I tu zaskoczenie – albo właśnie nie: nikt tego nie wie. Nikt nie ma nad tym kontroli. To zadanie organizacji, wymienionych w załączniku, czyli legendarnie już nieprzejrzystego ZAiKS-u, Stowarzyszenia Artystów Wykonawców „SAWP”, Związek Producentów Audio-Video ZPAV, Stowarzyszenia Filmowców Polskich, Związku Artystów Scen Polskich ZASP, Stowarzyszenia Autorów i Wydawców Copyright Polska oraz Stowarzyszenia Zbiorowego Zarządzania Prawami Autorskimi Twórców Dzieł Naukowych i Technicznych KOPIPOL. Żadna z nich nie ma obowiązku dzielenia się z opinią publiczną szczegółami swoich działań.

Warto uświadomić sobie całą groteskowość tej sytuacji: bez wskazywania faktycznych podstaw, opierając się na schemacie z pierwszej połowy lat 90., państwo swoimi instrumentami prawnymi wymusza na nas opłacanie podatku, który trafi do kilku organizacji, niemających wobec nas żadnych obowiązków sprawozdawczych, żeby zasilić grupę ludzi, którzy już i tak dostają pieniądze z innych źródeł za swoją pracę.

Proszę ciepło pomyśleć o pani minister Cienkowskiej (a także panu prof. Glińskim), gdy będą państwo kupowali nowy telefon. Może państwa kilkadziesiąt złotych trafi do „artysty” na miarę Jasia Kapeli?

Łukasz Warzecha

Warzecha_1024x1024.jpg
Autor:
Łukasz Warzecha
Zróbmy to razem!
Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.
Wybierz kwotę: