Łukasz Warzecha: Zniewaga kwalifikowana. Zdradliwy artykuł 257

Sprawa mężczyzny z Bielska-Białej, wyzywającego w autobusie ukraińskie nastolatki, powinna uświadomić, jak zdradliwym przepisem jest artykuł 257 kodeksu karnego, na podstawie którego – jeśli wierzyć groźbom prokuratora generalnego – ma zostać oskarżony mężczyzna, który wszczął awanturę w autobusie. Przypominam, że przepis ten brzmi:
Kto publicznie znieważa grupę ludności albo poszczególną osobę z powodu jej przynależności narodowej, etnicznej, rasowej, wyznaniowej albo z powodu jej bezwyznaniowości lub z takich powodów narusza nietykalność cielesną innej osoby, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3.
Tu trzeba przypomnieć, że to właśnie ten artykuł miał zostać wzbogacony o kolejne przesłanki, w tym orientację seksualną, w ramach tak zwanej „ustawy o mowie nienawiści”, przygotowanej przez pana ministra Adama Bodnara. Zareagował na to jeszcze pan prezydent Andrzej Duda, wysyłając akt do kontroli prewencyjnej Trybunału Konstytucyjnego w kwietniu ubiegłego roku. Było to posunięcie zaskakujące i wątpliwe – mocniejszym i pewniejszym sygnałem byłoby weto – ale i tak szczęśliwie zablokowało wejście w życie artykułu w nowej formie.
Problem w tym, że nawet w formie obecnej może on zostać zastosowany dla krępowania wolności słowa, ale również dla realizacji szerszej akcji politycznego wpływu, polegającej na tworzeniu wrażenia, że Polska ma olbrzymi problem z „brunatnieniem”. Żeby to wytłumaczyć, przypomnijmy najpierw, jak wyglądała i na jakich zasadach tworzona była „Brunatna księga” nieco już dzisiaj zapomnianej fundacji Nigdy Więcej!, zajmującej się zawodowo tropieniem „faszystów” w Polsce. Ostatnia taka „księga” obejmowała okres do 2019 r. (zdaje się, że fundacja, niegdyś na czele postępu, dzisiaj zamarła, zdominowana przez inne bardziej postępowe podmioty). Na stronie stowarzyszenia czytamy: „Brunatna księga stanowi dokumentację monitoringu przestępstw popełnionych przez neofaszystów i skrajną prawicę oraz incydentów na tle rasistowskim, ksenofobicznym i aktów dyskryminacji na terenie Polski”.
Rzecz w tym, że o tym, który z czynów został popełniony na pasującym fundacji tle, decydowała sama fundacja, wciągając na listę incydenty niemające nic wspólnego z ksenofobią czy nienawiścią rasową. Inaczej „Brunatna księga” byłaby bardzo cieniutka albo wręcz by jej nie było. Dla przykładu: jeśli ulicą szedł pijany w sztok lokalny menel i na widok Murzyna wykrzykiwał „Ty czarnuchu!”, zaś jakimś cudem sprawa została zgłoszona lub też gdzieś opisana, to dla Nigdy Więcej! Był to niezbity dowód, iż za moment nastąpi w Polsce holocaust Murzynów, a winowajca jest właśnie faszystą i ksenofobem. A przecież było jasne, że ów menel przy braku Murzyna w pobliżu zwyzywałby równie chętnie Azjatę, Hindusa czy białego księdza. Jego motywacją była chęć konfrontacji z kimkolwiek, a nie wydumana rasowa nienawiść.
Z przestępstwami kwalifikowanymi jako art. 257 jest identycznie. Możemy mieć do czynienia z całkowicie codzienną sytuacją, która będzie kwalifikowana jako czyn z tegoż artykułu. Załóżmy, że na placu zabaw jedno dziecko dokucza innym, a rodzic nie reaguje. Jeśli ktoś na to dziecko krzyknie, a potem wda się w spór z rodzicem i nie daj Boże okaże się, że mamy do czynienia z Ukraińcami, a jeszcze bardziej nie daj Boże – że w zdenerwowaniu osoba domagająca się dopilnowania niesfornego dziecka takiego argumentu użyje i wykrzyczy coś złego na temat Ukraińców w Polsce (np. „Strasznie się panoszycie, nauczcie się naszych reguł!”) – to cyk, wpada art. 257 i automatycznie ze zwykłej awantury na placu zabaw, jakich dziesiątki tysięcy rocznie w Polsce, robi się wielki incydent na tle ksenofobicznym i narodowościowym, a także wjeżdża zagrożenie karą do 3 lat pozbawienia wolności.
Kwalifikacja czynu zależy finalnie od sądu, ale na początkowym etapie od prokuratury, która przecież nadal podlega politycznym wytycznym – w tym wypadku pana ministra Waldemara Żurka. Wydaje się oczywiste, że prokuratura będzie wyszukiwać gdzie się da punkty zaczepienia, pozwalające postawić zarzuty właśnie z artykułu 257 k.k. – o ile oczywiście sprawcą będzie Polak, bo gdyby Polak był ofiarą, reakcja zapewne będzie inna.
To każe z kolei postawić kolejne pytanie: dlaczego i po co w ogóle w polskim kodeksie karnym jest przepis taki jak art. 257? Dlaczego właściwie publiczne znieważenie osoby w nawiązaniu do jej przynależności do którejś z kategorii wymienionych w przepisie ma się czymś różnić od „zwykłego” znieważenia, opisanego w art. 216 k.k., który brzmi:
§ 1. Kto znieważa inną osobę w jej obecności albo choćby pod jej nieobecność, lecz publicznie lub w zamiarze, aby zniewaga do osoby tej dotarła, podlega grzywnie albo karze ograniczenia wolności.
§ 2. Kto znieważa inną osobę za pomocą środków masowego komunikowania, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku.
§ 3. Jeżeli zniewagę wywołało wyzywające zachowanie się pokrzywdzonego albo jeżeli pokrzywdzony odpowiedział naruszeniem nietykalności cielesnej lub zniewagą wzajemną, sąd może odstąpić od wymierzenia kary.
Jak widać art. 257 przewiduje nie tylko surowsze kary, ale też nie bierze pod uwagę, że zniewaga mogła być spowodowana wyzywającym zachowaniem pokrzywdzonego, wskutek czego sąd może odstąpić od ukarania.
Dodatkowo weźmy pod uwagę, że właśnie ten nieszczęsny przepis kodeksu karnego miał być podstawą dla ścigania „mowy nienawiści” skierowanej przeciwko „mniejszościom seksualnym”. Już samo to pokazuje, jak niebezpieczna jest jego konstrukcja.
Można pomarzyć o władzy, która wreszcie zabierze się w Polsce za usunięcie rozlicznych ograniczeń wolności słowa, bo to właśnie jest wartość szczególnie dziś zagrożona. Wystarczy już, że w kodeksie karnym znajduje się w ogóle przestępstwo zniewagi – co również samo w sobie może budzić wątpliwości. Nie ma żadnego powodu, aby była tam jeszcze jego kwalifikowana postać, która może podlegać bardzo daleko idącym politycznym interpretacjom. To jeden z pierwszych przepisów do usunięcia.
Łukasz Warzecha







