Łukasz Warzecha: „Reforma” ETS, czyli eleganckie rozstrzelanie

Chyba jakieś osiem lat temu brałem udział w odbywającym się w Belwederze spotkaniu, dotyczącym polityki klimatycznej. Był to czas rządów PiS, a więc okres, gdy władza karnie podążała ścieżką zielonego ładu, jednocześnie zapewniając obywateli, że nie będą się z tym dla nich wiązały uciążliwości. Pan Morawiecki wracał z kolejnych spotkań Rady Europejskiej i ogłaszał tryumfalnie, że Polska zapewniła sobie specjalny status i kolejne wyłączenia. Nic z tego się nie zmaterializowało. Nie podejmowano wtedy żadnych działań na rzecz osłabienia, rezygnacji lub głębokiej modyfikacji systemu ETS. Do tej konferencji wrócę na koniec tekstu.
Przeciwnicy PiS twierdzą, że wszystko byłoby doskonale, gdyby pieniądze pozyskiwane ze zbycia uprawnień z puli przysługującej Polsce szły na „zieloną transformację”, a nie po prostu do budżetu. Mylą się zasadniczo. Po pierwsze – z powodu stopniowego zmniejszania dostępnej puli uprawnień Polska bardzo szybko wpadła w lukę ETS, swego czasu precyzyjnie wyliczoną przez posła Janusza Kowalskiego. Szacunki dla lat 2021-2025 to 13 mld zł – przypominam: w arcytrudnej sytuacji budżetowej.
Luka ETS to ta część uprawnień, które trzeba dokupić spoza polskiej puli, ponieważ Polska – inaczej niż część krajów UE, gdzie miks energetyczny jest mniej emisyjny – otrzymuje ich zbyt mało, aby zaspokoić potrzeby energochłonnej części polskich przedsiębiorstw. Oznacza to, że pieniądze polskich klientów czy podatników zasilają budżety innych państw.
Po drugie – co to znaczy „gdybyśmy wydawali pieniądze na dekarbonizację”? Zwolennicy ETS zatrzymują się w swoich rozważaniach na etapie tego ogólnika, nie idąc dalej. Tymczasem nie było możliwości, żeby pieniądze zgromadzone przez rząd ze sprzedaży uprawnień bezpośrednio przekazywać firmom, które zmuszone są do kupowania uprawnień. Taka działalność byłaby natychmiast uznana za niedozwoloną pomoc publiczną.
W mediach prorządowych pojawiają się „eksperci” (których nie będę tutaj miłosiernie wymieniał z nazwiska) i przekonują, że ETS w ogóle nie jest specjalnie istotny. Otóż owszem, jest i to bardzo. Dlaczego – wyjaśniali na moim kanale na YouTube niedawno Marek Lachowicz, autor raportu Warsaw Enterprise Institute na temat skutków ETS, a w ubiegłym roku mec. Karol Wenus, który specjalnie zajmuje się kłopotami sektora ciepłowniczego.
W największym skrócie istota problemów, jakie wywołuje ETS, wygląda. W zamyśle ETS – system obłudnie nazywany rynkowym, a naprawdę niemający nic wspólnego z wolnym rynkiem (odsyłam tutaj do rozmowy z Markiem Lachowiczem, który tłumaczy tę kwestię bardzo jasno) – miał wymuszać na firmach przechodzenie na „zieloną energię” poprzez generowanie dodatkowego, arbitralnie wyznaczonego kosztu korzystania z „brudnych” źródeł. Problem w tym, że koszty, jakie narzuca ETS, są w przypadku polskich podmiotów tak przytłaczające, że na główny cel – inwestycje w nowoczesne technologie – nie starcza już pieniędzy. Całe finansowanie idzie tylko i wyłącznie na bieżącą obsługę uprawnień. To widoczne jest szczególnie w sektorze ciepłowniczym, a pod tym względem Polska jest krajem wyjątkowym, mając największą część ludności podłączoną do ciepła sieciowego, czyli i dużych, i mniejszych, także całkiem lokalnych elektrociepłowni. Te komunalne podmioty stają nierzadko przed dramatycznym wyborem: albo radykalne podniesienie kosztów ogrzewania do poziomów z punktu widzenia wielu odbiorców po prostu absurdalnych – albo zamknięcie działalności. To oczywiście tylko część historii, bo poza tym jest ogromna część innego rodzaju firm, które podnoszą ceny swojej produkcji w związku z wymuszanym przechodzeniem na „czyste” źródła energii.
W ostatnich dniach Komisja Europejska przedstawiła w końcu to, co szumnie zapowiadano jako „reformę ETS”, mającą odpowiadać na postulaty krajów takich jak Polska, domagających się poluzowania klimatystycznego kagańca wobec faktu, że polityka klimatyczna ewidentnie ciągnie UE w dół gospodarczo i przyczynia się do ubożenia społeczeństw, a więc również zwiększa polityczne problemy rządzących (to główny motywator działania, bo gdyby nie potencjalny odruch społecznego niezadowolenia, nic w tej sprawie by się nie zmieniało). Stało się jednak tak jak przewidywali sceptycy: szumnie zapowiadana reforma okazała się pakietem manipulacji i pozorów, który tak naprawdę nie zmienia niczego istotnego, a w niektórych aspektach nawet sprawę pogarsza.
Główne ustępstwa dotyczą opóźnienia w zmniejszaniu puli dostępnych uprawnień – zamiast obecnego pomniejszania o 4,4% rocznie ten współczynnik ma zostać zredukowany w dwóch progach do 3,7%, a potem 1,7%. Przemysł ma mieć dłuższy dostęp do darmowych uprawnień, do 2038 r., tyle że musi to być powiązane z przedstawieniem planów dekarbonizacyjnych. W zamian KE domaga się, aby 50% pieniędzy uzyskiwanych przez rządy ze sprzedaży uprawnień było przeznaczanych na dekarbonizację, co oznacza brak swobody w dysponowaniu środkami. Najgorszym zaś zaostrzeniem jest, że Komisja proponuje poszerzenie ETS o większy zakres operacji lotniczych, część transportu morskiego oraz – to dla Polski prawdopodobnie najgroźniejsze – o spalarnie odpadów komunalnych. Będzie to oznaczało – nie dziwota – kolejne podwyżki cen wywozu śmieci.
Na razie jest to tylko propozycja, która będzie musiała przejść standardową drogę legislacyjną przez Parlament Europejski (zapewne uzyska poparcie Europejskiej Partii Ludowej) i Radę UE. Już teraz niektóre kraje – na przykład Szwecja – zapowiadają, że będą twardo walczyć przeciwko jakiemukolwiek złagodzeniu systemu.
Na konferencji kilka lat temu, o której wspomniałem na początku, wypowiadały się różne mądre głowy powiązane z ówczesną władzą, tłumacząc, że stoją przed nami różne „wyzwania” (to nowomodne określenie problemów i kłopotów), że są jakieś tam pieniądze do wzięcia, że w czymś tam może jesteśmy dobrzy, no ale więcej jednak jest potencjalnych „wyzwań”. Zabrałem wtedy głos i wskazałem, że wszystko to jest jak w słynnym powiedzonku Kisiela (nie przytoczyłem go dosłownie, ale taki był sens mojej wypowiedzi): problemem nie jest nawet to, że jesteśmy w dupie, ale to, że zaczęliśmy się w niej urządzać. Czyli to, że zamiast jednoznacznego postawienia sprawy polityki klimatycznej, w tym systemu ETS, bawimy się w jakieś drobiazgowe rozważania dotyczące jego dostrojenia, zastanawiając się gorączkowo, czy może jeszcze gdzieś nie można by uszczknąć jakichś unijnych pieniędzy.
Tymczasem rozwiązaniem problemu nie są jakieś udawane manipulacje w ETS, które spowodują, że zamiast – by uciec się do metafory – być powolnie zabijani przez wykrwawianie się w „dziewicy norymberskiej” (ciekawych odsyłam do wyszukiwarki), zostaniemy elegancko rozstrzelani. Tyle że efekt będzie ten sam: postradanie życia. Wyjściem nie jest zastanawianie się, gdzie można by ETS złagodzić albo na jakie pójść kompromisy. ETS należy całkowicie odrzucić. I to zarówno ten obecny, jak i tym bardziej ten nadchodzący znacznie w skutkach gorszy, czyli ETS 2. A przypominam, że ten ma wejść już od 2028 r. I to jest naprawdę mocno naostrzony miecz Damoklesa, wiszący dokładnie nad naszą głową.
Łukasz Warzecha








