Łukasz Warzecha: Piękno jest konieczne. O festiwalu Musica Divina

Wiele już lat temu po raz pierwszy obejrzałem głośny film zmarłego w 2020 r. brytyjskiego konserwatywnego myśliciela sir Rogera Scrutona (zresztą wielkiego przyjaciela Polski) „Why Beauty Matters” („Dlaczego piękno jest ważne”). Choć BBC starało się ten obraz z 2009 r. schować w serwisach wideo – oficjalnie z powodu praw autorskich – szczęśliwie można go znaleźć i obejrzeć nadal.
Sir Scruton w ciągu godziny opowiada w nim w jasnej, przystępnej formie o tym, dlaczego człowiek ma naturalną potrzebę poszukiwania piękna, dlaczego go ono przyciąga i jakim koszmarnym wypaczeniom podlega dziś sztuka, której głównym zadaniem przez wieki było właśnie poszukiwanie i pokazywanie piękna w różnych postaciach. Piękno w tym mądrym paradygmacie jest drzwiami do tej głębszej warstwy rzeczywistości, której na co dzień możemy nie dostrzegać. Niestety rozszerza się grupa ludzi, którzy swoją wrażliwość na piękno stracili. Ona w nich gdzieś drzemie, bo – jak słusznie prawił Scruton – jest to potrzeba naturalna, ale wobec kiczowatości i mechaniczności tego, co nas na co dzień otacza, wewnętrzny zmysł odczuwania piękna u ogromnej części ludzie przestał już funkcjonować.
Dlatego właśnie tak bardzo warto szanować i hołubić ludzi, którzy otwierają przed nami drzwi do piękna. To właśnie już od dziewięciu lat czyni Fundacja inCanto, organizując festiwal Musica Divina (a także od 2021 r. Rezonanse). O festiwalu mówiłem i pisałem wiele razy. Patrząc z perspektywy lat mojej znajomości z Martą i Łukaszem Serwińskimi, którzy stworzyli fundację, mogę powiedzieć: nic ważnego w naszym życiu nie jest przypadkowe. Wiele już lat temu, będąc w Krakowie w całkiem innych sprawach, trafiłem na festiwal właściwie przypadkiem. Byłem wtedy bodaj tylko na dwóch koncertach, ale to wystarczyło, żebym zobaczył to, co trwa do dzisiaj: wyjątkową dbałość o szczegóły, o całość wrażeń – nie tylko muzyka, ale też piękne kościoły, w których jest grana, oraz towarzyszące temu wyjątkowe, artystyczne oświetlenie – a co za tym idzie absolutnie unikatowa atmosfera. Już wtedy, lata temu, widać było, że to festiwal inny niż większość podobnych wydarzeń. A może nawet niż wszystkie inne.
Podczas kolacji po ostatnim z koncertów Marco Ambrosini – wybitny włoski wirtuoz fideli klawiszowej, zwanej też ze szwedzka nyckelharpą – powiedział, że ten festiwal nie jest normalny. Tu artyści dostają asystę i opiekę od przyjazdu do wyjazdu, mają transport, każdego wieczora czeka na nich kolacja – a to naprawdę nie jest norma. Lecz nie chodzi tu o sprawy czysto organizacyjne. Miałem okazję przyglądać się przez kilka wieczorów znakomitym muzykom po koncertach, gdy odwiedzali siedzibę fundacji. Oni po prostu czuli, że są u siebie. Że trafili w miejsce, gdzie wszystkich łączy potrzeba odczuwania piękna, która nawet w zwykłej sytuacji towarzyskiej daje komfort i dobre samopoczucie.
Nie byłoby tego oczywiście, gdyby nie same koncerty i publiczność, która wypełniała każdy z kościołów do ostatniego miejsca, a potem słuchała w najwyższym skupieniu i ciszy. Publiczność z kolei nie pojawiałaby się tak tłumnie na każdym z wydarzeń, gdyby nie miała zaufania do organizatorów i nie była pewna, że wieczór nie skończy się rozczarowaniem. Przez lata obecności w Krakowie w sierpniu zacząłem już rozpoznawać wiele twarzy, bo ludzie na ten festiwal wracają. Niektórzy – co niezwykle miłe – mówią mi, że trafili na niego za sprawą mojej rekomendacji. Jeśli choćby w niewielkim stopniu przyczyniłem się do popularyzacji tego zbożnego dzieła (używam tego określenia jak najbardziej świadomie), to mogę być tylko naprawdę szczęśliwy.
Przed ostatnim koncertem w majestatycznej, pięknej bazylice Bożego Ciała na krakowskim Kazimierzu spojrzałem na kolejkę patronów festiwalu, dla których przygotowano odrębną pulę miejsc, i uświadomiłem sobie, jak jest długa. Wszystkie stojące w niej osoby uznały w którymś momencie, że warto fundację wspierać regularnie swoimi prywatnymi pieniędzmi, realizując proponowaną przez inCanto ideę festiwalu społecznego. To również wiele mówi o jakości wydarzenia oraz potrzebie piękna.
Najtrudniej jest zaś napisać o samych koncertach – którymkolwiek z nich. Nie da się bowiem przełożyć na słowa emocji, które rodzą się z połączenia doskonałej muzyki, znakomitego jej wykonania, odczuwalnego skupienia publiczności, wyjątkowego światła, dodatkowo podkreślającego detale sakralnych wnętrz (dzieło Ady Bystrzyckiej). Może część z tej atmosfery są w stanie oddać umieszczane w mediach społecznościowych fundacji znakomite zdjęcia Piotra Łysakowskiego, który od lat służy swoimi umiejętnościami i podczas Musica Divina, i podczas Rezonansów.
Niektórzy twierdzą, że koncerty nie powinny odbywać się w kościołach. W tym wypadku nie są to jednak przypadkowe świątynie, a tym bardziej przypadkowa czy niestosowna nie jest muzyka, jaka w nich rozbrzmiewa. Ich gospodarze często od dawna współpracują z fundacją i doskonale wiedzą, na co wyrażają zgodę, a bywa, że sami słuchają w zachwycie od początku do końca. Przede wszystkim jednak nie mam żadnych wątpliwości, że muzyka grana podczas Musica Divina w tych poświęconych wnętrzach – w większości zresztą sakralna – otwiera słuchających duchowo na Absolut i Prawdę, czyli dokładnie czyni to, co właśnie w kościele dziać się powinno. Uderzający był przy tym kontrast: rozbiegany, frywolny i nawet rozwrzeszczany, także weekendowy, wakacyjny Kraków za murami – a w ich obrębie całkiem inna rzeczywistość.
Tematem tegorocznego festiwalu była fraza Media vita in morte sumus – tytuł i pierwszy wers gregoriańskiej antyfony. Muzyczne – i nie tylko – losy tego pozornie przygnębiającego stwierdzenia, iż w środku życia w śmierci jesteśmy, opisał znakomicie w otwierającym festiwal eseju jego dyrektor artystyczny Łukasz Serwiński. Jasne jest jednak, że należy na to patrzeć nie tylko jako na wezwanie memento mori, lecz również jako na przypomnienie, że powinniśmy dobrze wykorzystać czas, jaki został nam dany i cieszyć się z każdej godziny, o której możemy uczciwie powiedzieć, że spędziliśmy ją mądrze. Godziny poświęcone słuchaniu muzyki podczas festiwalu Musica Divina z pewnością były spędzone jak najmądrzej.
Łukasz Warzecha







