O posłuszeństwie kapłańskim. Czyli czy ksiądz może „wiedzieć lepiej”?

Dobry duszpasterz, zaangażowany w życie parafii i podejmujący wartościowe inicjatywy, zwykle cieszy się sympatią wiernych. Nic więc dziwnego, że przeniesienie go do innej parafii może być trudne zarówno dla niego samego, jak i dla wspólnoty, z którą przez lata budował relacje. Podobne napięcia pojawiają się również wtedy, gdy kapłan rozpoczyna przedsięwzięcie, które uważa za potrzebne i pożyteczne, ale jego przełożeni nakazują mu je zakończyć lub skierować uwagę na inne zadania. Czy przekonanie o słuszności własnych działań i ich dobrych owocach może usprawiedliwiać nieposłuszeństwo? A może właśnie w takich sytuacjach kapłańskie posłuszeństwo zostaje wystawione na szczególną próbę?
Kilka wydarzeń, które w ostatnim czasie odbiły się echem w Polsce, skłania do postawienia tych pytań. W internecie można znaleźć między innymi takie komentarze: „Kościół próbuje uciszyć tych, którzy mają odmienne zdanie”, „trzeba zorganizować zbiórkę podpisów, żeby nie przenosili księdza” czy „taki dobry ksiądz, widocznie kłuło to przełożonych w oczy”.
Patrząc na takie wpisy można odnieść wrażenie, że niektórzy komentujący nie rozumieją, że kapłańskie zaangażowanie – nawet najbardziej owocne i szlachetne – nie zwalnia z obowiązku posłuszeństwa przełożonym.
Przenoszenie księży jest zwyczajnym elementem życia Kościoła. Wikariusze zmieniają parafie zazwyczaj co kilka lat, proboszczowie pozostają w jednym miejscu dłużej, ale oni również nie mogą zakładać, że będą tam posługiwać do końca życia. Każdy kapłan powinien mieć świadomość, że konkretna parafia jest jedynie czasowym miejscem jego posługi.
Nie oznacza to oczywiście, że ma pozostawać obojętny na ludzi, którym służy. Wręcz przeciwnie. Przez trzy, pięć czy kilkanaście lat może zbudować z parafianami silne więzi, zainicjować wiele dobrych przedsięwzięć i stać się ważną częścią lokalnej wspólnoty. Nic dziwnego, że perspektywa odejścia będzie dla niego trudna. Również wierni mają prawo odczuwać smutek, gdy tracą duszpasterza, z którym się zżyli.
Problem zaczyna się jednak wtedy, gdy na zwyczajnym smutku czy żalu się nie kończy. Pojawiają się petycje, próby wywierania presji na przełożonych, a niekiedy również nieprzychylne komentarze pod ich adresem. Zazwyczaj w takie działania angażuje się wspólnota parafialna, ale czasami czyni to i sam zainteresowany kapłan.
To właśnie ten ostatni przypadek zasługuje na szczególną uwagę: sytuacja, w której kapłan nie potrafi zaakceptować decyzji o przeniesieniu do innej parafii albo polecenia przełożonych, by zaprzestał prowadzenia inicjatywy, którą sam uważa za dobrą i potrzebną.
A przecież kapłan zobowiązany jest do posłuszeństwa swoim przełożonym. Oznacza to gotowość do przyjmowania i wykonywania poleceń z pokorą – także wówczas, gdy wiąże się to z koniecznością rezygnacji z własnych planów czy inicjatyw – ponieważ poprzez decyzje przełożonych również objawia się wola Boża. Jedyną sytuacją, w której kapłan powinien odmówić jest ta, w której wykonanie polecenia oznaczałoby popełnienie grzechu.
Trzeba jednak rozróżnić dwie kwestie: ogólny obowiązek posłuszeństwa oraz ślub posłuszeństwa.
Posłuszeństwo nie jest obowiązkiem zarezerwowanym dla osób duchownych czy zakonników. Dotyczy każdego człowieka w określonych relacjach i zakresach odpowiedzialności. Dzieci niepełnoletnie winny być posłuszne rodzicom, pracownicy swoim przełożonym, a kapłani – przełożonym kościelnym. Oczywiście takie podporządkowanie tyczy się tylko konkretych obszarów – np. pracodawca może wydawać polecenia dotyczące obowiązków zawodowych, ale nie ma prawa do decydowania o prywatnym życiu pracownika.
Każde nieposłuszeństwo jest grzechem, a kapłanów dotyczy to nawet bardziej, ponieważ podczas święceń kapłańskich przyrzekają posłuszeństwo swojemu ordynariuszowi i jego następcom. Nie jest to więc wyłącznie kwestia organizacyjna, lecz zobowiązanie związane bezpośrednio z danym powołaniem.
Czym innym jest natomiast ślub posłuszeństwa, składany między innymi przez zakonników wraz ze ślubami ubóstwa i czystości. Jest to uroczyste zobowiązanie wobec Boga do życia zgodnie z radami ewangelicznymi. Nie jest to jedynie deklaracja przestrzegania pewnych zasad, ale akt całkowitego oddania Bogu swojego życia.
Posłuszeństwo jest poświęceniem naszej woli, czystość – naszego ciała, a ubóstwo – wszystkich dóbr doczesnych, aby służyć Bogu i miłować Go. Są to trzy ramiona Krzyża duchowego, a wszystkie trzy muszą być wzniesione na czwartym, którym jest pokora1 – pisał św. Franciszek Salezy.
Złamanie takiego zobowiązania oznacza popełnienie aż dwóch grzechów: pierwszym jest wystąpienie przeciwko danej cnocie, a drugim – złamanie złożonego ślubu.
Po co zatem „utrudniać” sobie życie i obarczać się dodatkowym ślubem? Czy nie jest to niepotrzebne komplikowanie sobie codzienności?
Człowiek składający śluby zakonne chce ofiarować Bogu nie tylko to, co i tak byłby zobowiązany Mu oddać, ale również te obszary życia, w których mógłby swobodnie decydować o sobie. Jest to więc szczególny akt zawierzenia i oddania siebie Bogu.
Wszystko to wypływa z miłości do Boga i pragnienia jak najpełniejszego oddania Mu siebie. Podejmując dodatkowe zobowiązania, człowiek nie tyle ogranicza swoją wolność, ile ofiarowuje ją Bogu. Każdy akt wierności złożonemu ślubowi staje się szczególnym wyrazem tego oddania i przynosi dodatkową zasługę przed Bogiem.
Życie zakonne nie jest jednak powołaniem dla wszystkich. Dlatego tylko ci, którzy zostali do niego wezwani, podejmują tak szczególną formę oddania się Bogu.
Nie oznacza to jednak, że posłuszeństwo jest obowiązkiem wyłącznie zakonników. Kapłani diecezjalni nie składają ślubu posłuszeństwa, ale podczas święceń przyrzekają posłuszeństwo swojemu ordynariuszowi i jego następcom. Różnica polega więc na tym, że przypadku zakonników ich zobowiązanie jest dodatkowo potwierdzone ślubem złożonym Bogu, jednak zarówno jednych jak i drugich obowiązuje posłuszeństwo przełożonym. Na czym ono polega?
Podwładny powinien wyrzec się własnego osądu (o ile nie chodzi o kwestię grzechu) i wykonać to, co mu nakazano – pisał św. Ignacy Loyola2.
Nie oznacza to, że kapłan nie ma prawa do swojego zdania.
Podwładny, któremu przełożony wydał lub wydaje polecenie, a który dostrzega racje przemawiające przeciwko temu poleceniu albo jego wady, powinien pokornie przedstawić przełożonemu swoje zastrzeżenia i dostrzeżone wady, nie próbując jednak skłaniać go ku jednej czy drugiej decyzji. Następnie powinien spokojnie podążyć drogą, którą mu wskazano, lub wykonać to, co mu nakazano3 – wyjaśnił św. Ignacy.
To bardzo ważne rozróżnienie. Można mieć wątpliwości, można je przedstawić, można poprosić o wyjaśnienie. Po przedstawieniu swoich zastrzeżeń trzeba jednak przyjąć ostateczną decyzję przełożonego z pokorą.
To samo tyczy się zmiany parafii przez księży. Z wyjątkiem zakonników związanych z konkretnymi wspólnotami zakonnymi każdy kapłan prędzej czy później opuści parafię, w której posługuje – i jest tego świadomy. Dlatego podejmując wartościową inicjatywę duszpasterską, powinien od początku brać pod uwagę, że kiedyś przyjdzie mu ją pozostawić. Dobre przedsięwzięcie nie może być uzależnione od niego ani zbytnio skupione wokół jego osoby, ale powinno mieć możliwość dalszego rozwoju również wtedy, gdy on odejdzie.
A jeżeli wspólnota nie potrafi funkcjonować bez konkretnego kapłana, warto zadać sobie pytanie, czy przypadkiem nie skoncentrowała się zbyt mocno na nim samym, zamiast na Chrystusie, do którego miał ich prowadzić. Kapłan nie jest bowiem celebrytą, wokół którego ma skupiać się uwaga wiernych, lecz sługą i narzędziem prowadzącym ludzi do Boga.
Warto też pamiętać, że zmiana parafii nie oznacza rezygnacji z własnego charyzmatu. Zmienia się miejsce posługi, ale niekoniecznie jej istota. Przecież każde zgromadzenie czy diecezja i tak są zobowiązane do troski o uświęcenie swoich członków zgodnie z własnym charyzmatem. Nie oznacza to, że kapłan zawsze będzie wykonywał dokładnie te zadania, które najbardziej lubi, ale że powierzone mu obowiązki – gdziekolwiek przyjdzie mu je pełnić – będą zgodne z misją wspólnoty, do której należy. On musi tylko pozwolić się prowadzić.
Warto w tym miejscu przytoczyć pewną analogię, którą posłużył się bł. Fulton Sheen:
Jako osoba używam ołówka jako narzędzia. Gdyby ołówek posiadał własną osobowość, mógłby powiedzieć: „Nie będę pisać” lub: „Będę stawiał linie ku górze, gdy ty chcesz, abym stawiał linie ku dołowi”, albo: „Stępię swój czubek”. Z takim narzędziem mógłbym niewiele zdziałać4 – pisał błogosławiony rekolekcjonista.
Kapłan nie jest właścicielem swojej misji. Nie on sam wyznacza jej kierunek, nie on decyduje o wszystkich okolicznościach jej realizacji. Jeśli naprawdę chce być narzędziem w rękach Boga, musi być gotowy pozwolić się prowadzić – także wtedy, gdy droga wskazana przez przełożonych nie jest tą, którą sam by wybrał.
Najdoskonalszy przykład posłuszeństwa pozostawił nam sam Chrystus. Modląc się w Ogrojcu, doskonale wiedział, co miało Go spotkać: biczowanie, droga krzyżowa, a wreszcie okrutne ukrzyżowanie. Dlatego modlił się: „Ojcze mój, jeśli to możliwe, niech Mnie ominie ten kielich!”, dodając jednocześnie: „Wszakże nie jak Ja chcę, ale jak Ty” (Mt 26,39).
Zbawiciel nie udawał, że nie odczuwał lęku. Przedstawił Ojcu to, co naprawdę przeżywał, ale ostatecznie całkowicie zaufał Jego woli. To posłuszeństwo zaprowadziło Go aż na krzyż, ale właśnie przez nie dokonało się zbawienie świata.
W tym świetle posłuszeństwo kapłańskie nabiera znacznie głębszego znaczenia. Nie jest jedynie elementem kościelnej hierarchii, sposobem zarządzania parafiami czy organizowania pracy duszpasterskiej. Jest drogą naśladowania Chrystusa.
Posłuszeństwo nie zawsze jest łatwe. Owszem, pozwala uwolnić się od ciężaru samodzielnego rozstrzygania każdej sprawy. Niekiedy wymaga jednak rezygnacji z planów, porzucenia rozpoczętych dzieł, opuszczenia ludzi, z którymi zbudowało się silne więzi, a nawet podjęcia posługi w miejscu, którego samemu nigdy by się nie wybrało.
Właśnie w takich chwilach okazuje się, czy kapłan rzeczywiście służy Chrystusowi, czy może – choćby nieświadomie – zaczął budować własne dzieło.
Tymczasem parafia nie należy do księdza, duszpasterstwo nie jest jego prywatnym przedsięwzięciem, a posługa kapłańska nie jest osobistą karierą. Ostatecznie nie chodzi o to, aby parafianie mieli swojego ulubionego księdza, ale by dzięki pomocy duszpasterza, który został im dany, mogli podążać drogą zbawienia. Celem i Panem całego tego dzieła jest Bóg, a kapłan pozostaje jedynie Jego narzędziem.
Adrian Fyda
1 Św. Franciszek Salezy, Filotea, cz. III, rozdział 11.
2 Ignatius of Loyola, To Giovanni Battista Viola, by commission, Rome, August, 1542, „Ignatius of Loyola: Letters and Instructions”, ed. John W. Padberg, et al. St. Louis, Mo.: Institute of Jesuit Sources, 1996, 86–87, tłum. własne.
3 Ibid.
4 Sheen F., abp, Kapłan nie należy do siebie, przeł. Izabella Parowicz, Wydawnictwo Diecezjalne i Drukarnia w Sandomierzu, 2018, s. 75.







