Rozłam Kaczyński – Morawiecki. PiS nigdy nie miał się lepiej?

Wiele osób lamentuje nad rozpadem PiS, który – wszystko na to wskazuje – staje się powoli faktem. Proponuję nieco inną perspektywę: jeśli nie dojdzie do jakiegoś rewolucyjnego zdarzenia w polskiej lub światowej polityce, PiS przy obecnym układzie sceny politycznej, wróci do władzy w 2027 roku.
Rozłamy nigdy nie są przyjemne dla zwolenników rozpadającego się ugrupowania zwłaszcza, gdy towarzyszy im autentyczna nienawiść między zwaśnionymi stronami. Nie chodzi o prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego i byłego premiera Mateusza Morawieckiego, wszak ta dwójka rozgrywa ten mecz raczej na chłodno, kalkulując skutki podejmowanych działań. Dlatego też zresztą sytuacja ta trwa już od kilku miesięcy, czyli od momentu, gdy Morawiecki ogłosił powstanie Stowarzyszenia Rozwój Plus. Nienawiść rozgorzała na dobre i wylała się w mediach pomiędzy członkami frakcji „narodowej” i „technokratycznej”, między ludźmi związanymi z Patrykiem Jakim, Jackiem Sasinem czy Przemysławem Czarnkiem a grupą skupioną wokół Mateusza Morawieckiego. Powiedzieć, że te dwie koterie się nie lubią, to nie powiedzieć nic.
Prezes PiS podszedł do całej sprawy po swojemu. Dla niego – od czasów dekompozycji jego pierwszej partii Porozumienia Centrum, którą rozbijał mu swego czasu Jan Olszewski, oraz od czasów AWS, którą to koalicję rozbijało z kolei wielu polityków, w tym sam Kaczyński – fundamentem trwania w polityce jest posiadanie własnego i karnego ugrupowania. Prezes traktuje tę sprawę jako swoje być albo nie być. Każdy, kto uderza w spójność jego partii jest przeciwnikiem i musi zostać przykładnie ukarany.
W tym sposobie myślenia nie ma miejsca na partię kilku nurtów. Owszem, frakcje mogą być, a nawet powinny, bo skłóconymi grupami łatwiej zarządzać, ale nie mogą się one formalizować, a szczególnie nie wolno im tego robić, jeśli prezes nie wyrazi na to zgody. Morawiecki musiał o tym wiedzieć, bo Kaczyńskiego zna świetnie. Musiał wiedzieć też, że „kicha on” na zwyczajowe tytułowanie go premierem, a ceni sobie przede wszystkim tytuł „prezesa”. Bo właśnie partia jest jego głównym i najważniejszym narzędziem prowadzenia polityki. W dodatku także źródłem utrzymania, wszak PiS jest opakowany rozmaitymi, zamożnymi spółkami.
Motywy Morawieckiego, autorytaryzm Kaczyńskiego
Nie wierzę zatem w opowieść Morawieckiego o „niewinnym” planie budowania inicjatywy obliczonej na poszerzenie dla PiS bazy wyborców. To jasne, że Stowarzyszenie Rozwój Plus miało być szalupą ratunkową dla niego i jego ludzi, zagrożonych marginalizacją w macierzystej partii. Zmiana kursu przez Kaczyńskiego na „konfederacki” sprawiła, że zaczęło brakować miejsca dla Morawickiego i jego frakcji. Najprawdopodobniej zatem ogromna jej część zostałaby niebawem albo zmarginalizowana albo wręcz relegowana z list wyborczych. Stąd tak wielka jej mobilizacja i determinacja, która w istocie obliczona jest bardziej na przyszłe negocjacje z Nowogrodzką odnośnie wspólnej listy lub ewentualnej koalicji niż budowanie jakiejś nowej, wielkiej siły politycznej.
Mimo to trzeba stwierdzić jasno: PiS, choć wizerunkowo pokiereszowany autorytarnym przywództwem Kaczyńskiego i ambicjami Morawieckiego, jest dzisiaj partią o ogromnym potencjalne. Jest niemal pewne – na ile można w polityce cokolwiek przewidywać – że żadne ugrupowanie nie zdobędzie w przyszłorocznych wyborach samodzielnej większości. Władzę przejmie ta partia, która wykaże się większą obrotowością i otwartością na koalicje parlamentarne. Jeszcze trzy lata temu z PiS-em nikt nie chciał wchodzić w koalicje. Dzisiaj osłabiony Kaczyński nie wydaje się aż tak niebezpieczny a w jego orbicie ideowej są nie tylko dwa istniejące już ugrupowania, czyli Konfederacja i Konfederacja Korony Polskiej, lecz także – być może – partia „Rozwój Plus”.
Co więcej, jeśli Morawiecki zagra agresywnie i postanowi pójść do wyborów samodzielnie to zamiast negocjować wspólną listę i powrót do PiS, może wejść w koalicję z częścią PSL i resztkami Polski 2050, czyli z Szymonem Hołownią, Katarzyną Pełczyńską-Nałęcz i ich skromnym politycznym zapleczem. Ewentualne ugrupowanie Morawieckiego stanie się wtedy swoistą śluzą, przez którą niechętni PiS politycy będą wchodzić w koalicję z Kaczyńskim, nie brudząc sobie rąk.
Od Brauna do Hołowni
Czy jednak taka partia miałaby szansę w wyborach? Sądzę, że tak. Odwoła się do silnej w Polakach emocji o potrzebie tworzenia wielkich projektów rozwojowych, które pozwolą nam utrzymać wzrost gospodarczy, w warunkach szybkiego rozwoju technologicznego. To może być partia niezbyt postępowego elektoratu wielkich miast i liberalizującej się coraz bardziej zamożnej prowincji.
Jeśli faktycznie po 2027 roku Polską będzie rządzić szeroka koalicja rozpięta między Braunem a Hołownią, to możemy mieć do czynienia z prawdziwym tyglem polityk, niestety być może również z korektą w kwestiach światopoglądowych. Jak zauważał już bowiem Feliks Koneczny, niższe cywilizacje „ściągają w dół” te wyższe. Morawiecki i jego technokratyczna frakcja już dawno ogłosiła, że PiS przegrał przez zakaz tzw. aborcji eugenicznej. W dodatku związana z nim grupa raczej daleka jest od obrony jakichkolwiek postulatów wolnościowych, by przypomnieć chociażby czas pandemicznych restrykcji czy akceptacje progresywnych polityk unijnych w postaci Zielonego Ładu. Niewykluczone zatem, iż stanie się wielkim blokującym wszelkich inicjatyw chroniących cywilizacyjny dorobek chrześcijaństwa.
To zatem co może być dobre dla PiS, niekoniecznie będzie dobre dla Polski.
Tomasz Figura







