Zanim pomyślimy o demografii zabierzmy się za samotność. Nigdy nie było tak trudno znaleźć "drugiej połówki"

Był taki czas, niedawno temu, gdy najbardziej samotnymi grupami społecznymi były wdowy oraz osoby niepełnosprawne uwięzione w swoich domach. Już tak nie jest. Zanim zaczniemy analizować, jakie czynniki ekonomiczne sprzyjają większej dzietności lub jak zachęcić rodziny do sprowadzania dzieci na świat, musimy skonfrontować się z trudną prawdą: nie ma z kim tych dzieci mieć. Dane są porażające. Nigdy nie było tak trudno znaleźć drugiej połówki.
Znalazłam kiedyś w pamiątkach babci misternie złożony liścik, zdaje się, że był to kształt róży. Po uporaniu się z rozłożeniem zdumiałam się: to list miłosny, niemal oświadczyny, w każdym razie autor starał się przekonać babcię, że małżeństwo z nim – a przecież trzeba kogoś znaleźć! – jest doskonałym pomysłem na życie… Nie była to znana mi osoba. Od adresatki dowiedziałam się, że praktycznie nie znała tego mężczyzny, ale też list o takim poziomie zaangażowania nie dziwił. Takie były czasy. Babcia wychodząc za mąż miała lat dwadzieścia, ale już wcześniej była atrakcyjną matrymonialnie partią. Panowie wcześnie (pod względem lat) byli zdesperowani i ukierunkowani na oczywistość: jakąś żonę trzeba znaleźć!
Osamotnienie w wieku turbospołecznym
Od tamtych czasów (lata pięćdziesiąte ubiegłego wieku) minęło już kilka epok w świecie obyczajów. Od desperacji do Tindera, który wydaje się jej odwrotnością. Aplikacja służąca do niekończącego się poszukiwania partnera (wcale nie małżonka!) i randkowania ciągle na nowo, symuluje proces dopasowywania – udając cyfrową swatkę. Można powiedzieć, że przeszliśmy od swatek prawdziwych do cyfrowych, z tym że te drugie nie utrzymują się z efektywności swojego zadania. Portale randkowe żyją podbijaniem dopaminy i fantazji o związku, aktywnie przekształcając kulturę miłosną w kiepskiej jakości fast food. Co roku nowe nastolatki wchodzą w okres rozglądania się za płcią przeciwną i biorą to, co ich otacza, za właściwe. Na przykład „oczywistość”, że nie ma sensu wiązać się z mężczyzną poniżej 180 centymetrów wzrostu… Bombardowanie zamówieniami seksualnymi, rywalizacja rzekomymi atutami fizycznymi jak na targu niewolników, całe litanie wymagań łącznie z wielkością miseczki biustonosza, miesięcznymi zarobkami czy jedynym słusznym sposobem spędzania wakacji – to nowa norma. Możemy się domyślić, że to droga donikąd.
Osoby w wieku wypracowywania więzi intymnych i przynależności do przeróżnych grup – w wieku (dotychczas) turbospołecznym – czyli 18–35-latkowie są dziś najbardziej osamotnioną grupą. Niemal połowa dorosłych poniżej trzydziestego roku życia nie ma nawet dziewczyny czy chłopaka, z nikim się nie umawia, a co dopiero mówić o trwałej relacji owocującej założeniem rodziny. Jest to sytuacja niezmiernie emocjonująca dla młodych dorosłych, którzy w zależności od płci obwiniają tę drugą połowę społeczeństwa. Jeśli wsłuchamy się w ich głos, powstaje wzorzec przyczyn bardzo podobny do tego wyłaniającego się z badań i analiz.
Doktor Anna Gromada, badaczka z IFiS PAN, w naprawdę wyśmienitej, bardzo treściwej rozmowie z Piotrem Pacewiczem (można ją przeczytać w wolnym dostępie w Okopress pod tytułem Epidemia samotności), wskazuje cztery czynniki. Są nimi: smartfonoza (unieszkodliwiająca uwagę, planowanie, inicjatywę), pornografia (demotywująca do realnego kontaktu, zabijająca czułość, blokująca rozwój psychoseksualny), wspomniane aplikacje randkowe (wieloletnie badania pokazują, że to najmniej skuteczna forma poszukiwania partnera) i wreszcie… psychoterapia (co nazwałabym raczej „rozwojozą”) i wojna płci. Niesłychanie nabrzmiała w naszym kraju (podobnie jak u najmniej dzietnych azjatyckich rekordzistów – w Północnej Korei). Czytelnik tekstów niżej podpisanej zauważy, że już nieraz u Wozinskiej mógł przeczytać, jaka jest waga powyższych zjawisk dla zdrowia psychicznego młodych pokoleń… Warto się do nich cofnąć.
Czytaj także Kwartalnik PCh24.pl - klknij TUTAJ i pobierz
Rozmijanie się płci
Niedawno rozmawiałam ze wspaniałą, piękną, młodą, samotną kobietą, wierzącą i pragnącą założyć rodzinę. Podzieliła się ze mną swoimi przemyśleniami na temat poszukiwań. Najważniejsze to nie być zdeterminowaną, nie fiksować się na samotności. Trzeba postawić na to, by sobie radzić, by być niezależną, mieć zainteresowania… żeby nie było tak, że ja tego męża muszę mieć i zdecyduję się na cokolwiek, byle tylko… Przyznam, że zadrżałam wewnętrznie. Choć faktycznie, desperacja jest kiepskim doradcą, zwykle tym dobrym jest umiar. A w programie: będę niezależna i nie będę mężczyzny do niczego potrzebowała trudno go wysłyszeć. Warto cofnąć się w czasie i przyjrzeć, czy faktycznie ludzi łączy brak zależności i brak potrzeby? Podobną mitologią obrosła niedojrzałość jako czynnik, który trzeba usunąć, by dobrze wybrać małżonka. I w tym jest wiele prawdy, ale znów brak umiaru nas gubi. Na niedojrzałość najlepszym lekarstwem jest czas – zauważa nasza cywilizacja – a zatem odsuwajmy życiowe zobowiązania „na później”. Traf (a może Opatrzność?) chciał, że leczy on też z… elastyczności, nadziei, entuzjazmu i sił witalnych potrzebnych do sprostania opiece nad rodziną. Likwiduje również płodność, co kończy się, wraz z zamykającym się po czterdziestce okienkiem, eksplozją desperacji (czasem u zupełnie zaskoczonych tym faktem kobiet). Ja ciebie do niczego nie potrzebuję oraz zaczekam, aż będę dojrzała to dwa przekleństwa kobiet. Trzecim jest „rozwojoza” – zarówno edukacyjna, jak i „psychiczna” luka pomiędzy kobietami i mężczyznami się powiększa.
O tej pierwszej z pewnością Państwo słyszeli – mowa o różnicy wykształcenia na korzyść kobiet, która pokrywa się z różnicą statusu pracy, zamieszkiwanego obszaru i oczekiwań. Również na temat wyglądu związku, komunikacji, wychowania dzieci, praktycznie wszystkiego. W efekcie rozmijamy się jako płcie. O ile kiedyś należeliśmy z grubsza do jednej kultury, a różnice międzypłciowe były uważane za część obiektywnej rzeczywistości, o tyle dziś zwłaszcza kobiety uwiodła idea wiecznego postępu (w tym wewnętrznego), a mężczyzn – jak sądzą – powinny ukształtować na własny obraz i podobieństwo. Męskość mężczyzny dobrze sprzedaje się w kinie, ale niekoniecznie jest postrzegana jako pozytyw w prywatnych relacjach. Mężczyźni próbują się do tego dostosować, rezygnując z najbardziej kontrowersyjnych form ekspresji (rywalizacji, dominowania, gwałtowności) – i paradoksalnie, są dla kobiet jeszcze mniej atrakcyjni (prawdopodobnie według zasady: natury nie oszukasz). Jest to niezwykle skomplikowany problem, który zasługuje na odrębny tekst.
Mentalna dezaktywacja
Porozmawiajmy jeszcze o młodych mężczyznach i o tym, co blokuje ich z wyrwania się z samotności. O pornografii napisano już wiele. Podobnie jak o toksycznej ideologii RedPill, będącej rodzajem wyniosłego antyfeminizmu dla mężczyzn, którzy czują się zdeprecjonowani i oszukani przez kobiety. Mniej natomiast mówi się o mentalnej dezaktywacji, być może – niestety, bo bardzo chciałabym jako kobieta, żeby podobne koincydencje nie miały miejsca – związanej z aktywnością kobiet. Według zasady małej parafii: gdzie dopuszczono dziewczęta do ministrantury, tam zanika służba chłopców. Gdy obraz zachowania kobiety zmienił się, mężczyźni się spłoszyli. Być może zaniknięcie części wcześniejszych norm w zakresie „podrywu” cieszy (kto nie wierzy, niech przypomni sobie komedię Kogel mogel), ale zarazem zanikły jakiekolwiek próby dziejące się w tak zwanym realu. Takie oczywiste formy matrymonialnej aktywności, jak proszenie do tańca – istnieją tylko na antypodach status quo. Wiele pięknych małżeństw powstało, bo on już mnie nie wypuścił, nie dał się przegonić czy nie chciał się odczepić (piszę to na podstawie analizy wspomnień najstarszych góralek z niedawno wydanej książki Twardy jak skała, silna jak halny). Dziś bardzo wielu mężczyzn obraża się lub wycofuje po pierwszym „koszu”, zamiast wejść w skomplikowaną grę, wymagającą wyczucia, odchodzenia i niepozwalania o sobie zapomnieć (nie, nie mówię tu o stalkingu!), która cechowała ten etap dawniej.
Kluczowe zalecenie brzmi jednak: nie daj się zamknąć w świecie cyfrowym! Niech real służy ci do nawiązywania znajomości. O to trzeba walczyć!
Katarzyna Wozinska
Tekst pochodzi z magazynu "Polonia Christiana" (numer 110, maj-czerwiec 2026)
Kliknij TUTAJ i sprawdź jak zamówić









