17 października 2012

Polityka zagraniczna Obamy wobec Rosji – naiwna czy przemyślana

(fot. REUTERS / Jason Reed / Forum)

Kiedy wzburzone tłumy islamistów protestowały przed ambasadami amerykańskimi na całym Bliskim Wschodzie i w Azji Południowo-Wschodniej w pierwszych tygodniach po fatalnym w skutkach ataku z 11. września 2012 na ambasadę USA w Libii, prezydent Rosji Władimir Putin postanowił skorzystać z okazji, by okazać po raz kolejny pogardę wobec USA. Wyrzucił z Rosji Amerykańską Agencję ds. Rozwoju Międzynarodowego, która doradzała w sprawach niszczenia i zabezpieczania starej, sowieckiej broni masowego rażenia.

 

To nie jedyny afront Putina wobec USA, ale jeden z wielu wyrazów kpiny wobec tzw. polityki „resetu” Baracka Obamy. Zgodnie z koncepcją doradców pierwszego czarnoskórego amerykańskiego prezydenta, Rosję należało włączyć do współpracy partnerskiej, okazując większą pokorę.

 

Obama i jego doradcy ogólnie rzecz biorąc uważali, że amerykańskie problemy na świecie nie wynikają z agresji czy brutalnej polityki ekstremistów ideologicznych za granicą, ale były gorzkimi owocami prowadzonego od lat „mobbingu, egoizmu i militaryzmu”, szczególnie widocznego za rządów George’a W. Busha. Skarżyli się, że Ameryka od dawna zachowuje się jak „łobuz międzynarodowy”, arogancko łamiący prawa innych i samolubnie dążący do osiągania swoich interesów, jednocześnie odmawiając podporządkowania się decyzjom zatwierdzonym przez instytucje międzynarodowe. Uznali, że USA powinny okazać pokorę i przyjąć doktrynę „mea culpa”.

 

Anne-Marie Slaughter, która doradzała Obamie i pracowała jako szef Planowania Polityki w Departamencie Stanu, napisała w lutym 2008 r. artykuł w „Commonweal” pt. „Dobre powody, by być pokornym”. Stwierdziła w nim, że że Stany Zjednoczone „powinny jasno dać do zrozumienia, że wskutek swojej pychy doprowadziły do kilkudziesięciu tysięcy niepotrzebnych zgonów”. Samantha Power, która także należy do osób doradzających prezydentowi Obamie, pisała z kolei w 2003 r. w „New Republic”, że wdrożenie doktryny »mea culpa« wzmocni wiarygodność Stanów Zjednoczonych „poprzez wykazanie, że amerykańscy decydenci nie popierają grzechów swoich poprzedników”.

 

W 2009 r. podczas swojej pierwszej wizyty w Rosji prezydent Obama mówił w Nowej Szkole Ekonomicznej w Moskwie, że „stosunki amerykańsko-rosyjskie wymagają resetu”. Skrytykował pogląd o skazaniu Rosji i Ameryki na odwieczną rywalizację i o potrzebie walki o wpływy.

 

Te słowa dla konserwatywnych analityków brzmiały rewolucyjnie. Nie bardzo wiedzieli, co o tym sądzić. Kpili, że Obama i jego doradcy naiwnie uwierzyli, iż wraz z nowym czarnoskórym prezydentem nadejdzie era, w której wielkie mocarstwa przestaną zachowywać się tak, jak czyniły to od wieków. Że potężne narody nie będą już działać egoistycznie ani agresywnie, a stosunki międzynarodowe zmienią się tak drastycznie, iż epokowe dzieło Tukidydesa – ateńskiego historyka, który około 2300 lat temu, zauważył, iż narody zawsze realizują swoje interesy z większym lub mniejszym sukcesem, a czasami z tragicznymi skutkami – przestanie mieć jakiekolwiek znaczenie.

 

Obama mówił o „resecie” w polityce z Rosją w niecały rok od agresji rosyjskiej na Gruzję. Wkrótce potem rozpoczęły się prace w Iranie nad wzbogacaniem uranu. Jednocześnie Putin i wysocy urzędnicy państwowi, a także wojskowi nie szczędzili krytyki pod adresem Ameryki. Podjęli zdecydowane działania – nie świadczące o zaprzestaniu rywalizacji z USA – w obronie własnych interesów (zaangażowanie w Syrii, torpedowanie inicjatywy obrony przeciwrakietowej w Europie itp.).

 

W ciągu 39. miesięcy od stwierdzenia przez Obamę, że wielkie mocarstwa nie „muszą okazywać siły dominując lub demonizując inne kraje”, Rosja przeciwstawiając się Stanom Zjednoczonym i NATO, zintensyfikowała działania w celu umocnienia wpływów na Bliskim Wschodzie, w szczególności w Syrii i w Iranie.

 

Nawet tak bardzo przychylni administracji Obamy redaktorzy „The Washington Post” nie mogli powstrzymać się od ubolewania nad naiwną polityką wobec Rosji. Analitycy krytykując prezydenta USA, który wierzy, że uda mu się skłonić Putina do przekonania syryjskiego prezydenta do ustąpienia, stwierdzili, że Obama w gruncie rzeczy nie docenia zaangażowania Putina w umacnianiu wpływów Rosji na Bliskim Wschodzie. Rosjanom odpowiada niestabilność w tamtym regionie, bo sprzyja ona utrzymaniu wysokich cen ropy naftowej.

 

Konserwatyści zarzucają Obamie, że poczynił ustępstwa na rzecz Rosji w Europie, kosztem sojuszników z Polski i z Czech. Twierdzą, że amerykański prezydent, wstydząc się niejako sojuszników z NATO wykazał słabość wobec Rosji i poddał w wątpliwość sens zawierania sojuszy obronnych. Tym samym wyświadczył niedźwiedzią przysługę amerykańskim interesom związanym z bezpieczeństwem narodowym.

 

Wielu analityków uważa także, że w koncepcji polityki zagranicznej Obamy pomija się pogląd obecnej administracji na rolę Ameryki w świecie. W środowisku postępowych amerykańskich akademików dominuje przekonanie, że USA nie powinny już pełnić roli przywódcy „wolnego świata”. To właśnie ta postawa – ich zdaniem – jest głównym źródłem napięcia międzynarodowego. Zgodnie z tym poglądem, budowanie mostów z państwami, które zawsze obawiały się potęgi amerykańskiej, przyniesie szacunek Stanom Zjednoczonym i wprowadzi harmonię na świecie. Tymczasem wzmacnianie istniejących sojuszy i wspieranie dotychczasowych przyjaciół – zdaniem teoretyków lewicowych – co prawda umacnia amerykańskie wpływy, ale jednocześnie pogłębia strach przed hegemonią USA. Dlatego, według nich, Stany Zjednoczone powinny przyjąć postawę pokory.

 

W książce „The Audacity of Hope”, Obama ubolewa, że Ameryka winna jest tolerowania i pomagania niektórym reżimom w potwornym łamaniu praw człowieka. Konserwatyści zarzucają zaś Obamie, że sam ponosi winę za podobne postępowanie. Nie reaguje na to, co się dzieje w Rosji, gdzie mordowani są dziennikarze, ujawniający nadużycia władzy, prześladowani są opozycjoniści i ich rodziny.

 

Obama przymyka oczy na to, mając nadzieję na podpisanie kolejnych porozumień, zmierzających do całkowitego wyeliminowania broni nuklearnej na świecie. Jest przekonany, że Putin pomoże mu – za pośrednictwem Rady Bezpieczeństwa ONZ – uporać się z problemem Syrii i Iranu.

 

Konserwatywni analitycy zauważają, że „polityka resetu” poniosła fiasko. Ich zdaniem, jest naiwna. Obama dał zielone światło radykałom do kpienia sobie z potęgi amerykańskiej. Rosja usztywnia swoją antyamerykańską postawę, a rosyjscy oficerowie drwią z naiwnego planu Obamy, by uczynić świat wolny od broni jądrowej. Putin umacnia korupcyjny reżim, który funkcjonuje dzięki gospodarce ekstrakcji, zależnej niemal wyłącznie od sprzedaży ropy i gazu. Tłumi oddolne inicjatywy obywateli i niszczy bezwzględnie opozycję metodami sowieckimi. Rosja wskutek polityki „resetu” nie stała się bardziej przyjazna. Nie wykazuje też większej ochoty do współpracy.

 

Konserwatyści przestrzegają, że Obama nie postrzega Rosji Putina jako złożonego, konfliktogennego państwa, mogącego potencjalnie wyrządzić ogromne szkody swoim obywatelom, sąsiadom, sojusznikom USA i samej Ameryce. Raczej ma zamiar dalej ustępować Rosji w nadziei na podpisanie kolejnej umowy o redukcji zbrojeń strategicznych, która ma stworzyć utopijny świat bez broni jądrowej.

 

Źródło: Foreign Policy, Agnieszka Stelmach

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(0)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie