Ks. prof. Waldemar Rakocy CM: Jak wygląda życie zbawionych w niebie?

Mówimy o życiu świętych w niebie, czyli o ich zbawieniu. Czym jest zbawienie? Zbawienie jest udziałem w życiu Trójjedynego Boga, Ojca, Syna i Ducha Świętego. Bóg wprowadza zbawionych we własne życie i pozwala cieszyć się wszystkim, co je stanowi. Nie będziemy satelitami krążącymi wokół Boga; zostaniemy wprowadzeni w życie samego Boga, będziemy żyli Jego życiem.
Na tym najkrócej polega zbawienie i niebo. Bóg obdarza zbawionych sobą, czyli swoim doskonałym życiem. Zbawieni doświadczają zatem pełni szczęścia. Tego szczęścia, którym jest sam Bóg, nic nie jest w stanie ani zwiększyć (bo jest to pełnia i niczego nie można jej już dodać), ani też pomniejszyć, bo nic nie jest w stanie ująć czegokolwiek Bogu.
W tym znajduje wyjaśnienie wysuwana niekiedy wątpliwość, czy zbawiona matka może być szczęśliwa w niebie, jeżeli potępiło się jej dziecko. Bóg obdarza zbawionych sobą, czyli niewyobrażalnym szczęściem, niepodlegającym ani zwiększeniu, ani umniejszeniu. Gdyby szczęście, którym jest sam Bóg coś pomniejszało, to w Bogu byłby brak, niedoskonałość. A tak nie jest. Stąd owa matka będzie tak samo szczęśliwa, jakby jej dziecko się zbawiło. Wynika z tego, że szczęście jakim jest Bóg, przewyższa i przyćmiewa wszelkie troski. Jest ono tak wielkie, że nic nie jest w stanie zmącić tego szczęścia.
Wierzący wyobrażają sobie najczęściej niebo jako miejsce, w którym Bóg zebrał zbawionych (jakby zamkniętych w jakimś pomieszczeniu). Nie wygląda to w ten sposób. Niebo nie jest miejscem, ale stanem ducha. Jest stanem goszczenia w nas Boga, w którego życie zostaliśmy wprowadzeni. Podobnie jest z piekłem. Ono również jest stanem ducha charakteryzującym się życiem z dala od Boga i tym samym największym nieszczęściem.
Joseph Ratzinger, późniejszy papież, napisał w książce pt. Eschatologia, że zbawieni „nie tyle są w niebie, ile są niebem”. Oni noszą w sobie stan nieba. Zamieszkuje w nich Bóg i zaprowadza stan szczęśliwości. Stąd stanu nieba zbawieni doświadczają wszędzie tam, gdzie się znajdują. Stan szczęśliwości nieba jest niezależny od miejsca. Gdyby wyglądało to inaczej, to, przykładowo, Maryja podczas objawień w Lourdes czy w innych miejscach musiałaby na ten czas opuścić niebo. A tak nie jest. Maryja objawiając się wiernym, stale pozostawała w stanie nieba.
Przedstawię kilka najważniejszych charakterystyk stanu nieba. Po pierwsze, zbawieni osiągają stan szczęśliwości, który nade wszystko charakteryzuje miłość. Ów stan ma swe źródło w życiu Trójjedynego Boga. Życie Trójcy Świętej cechuje „wieczna wymiana miłości” między Boskimi Osobami (dogmat). Boskie Osoby obdarzają się nawzajem miłością. I w to życie miłości Trójjedynego Boga zostaniemy wprowadzeni jako zbawieni. Będziemy żyli Jego życiem, życiem miłości.
Już tu na ziemi rozumiemy, czym jest miłość. W stanie nieba doświadczymy pełni miłości, ale pełni, której miarą będzie sam Bóg. Nie będzie to miłość na miarę człowieka, jakiej teraz doświadczamy w relacjach z drugimi, lecz na miarę Boga, czyli nieporównywalnie większa od tej, jaką przeżywamy obecnie. Konsekwentnie, czyściec nie tyle jest oczyszczaniem się z grzechów, ile wydoskonalaniem w miłości do poziomu odpowiadającego stanowi nieba.
Doświadczany w niebie stan szczęścia cechuje doskonały, wewnętrzny pokój. Ludzie pragną pokoju: nie tylko jako braku wojny, ale również pokoju wewnętrznego, pokoju ducha, który zależy od wielu czynników jak relacje w rodzinie, w pracy, sytuacja materialna, stan zdrowia itp. Osiągnięcie na ziemi pełnego i trwałego pokoju jest niemożliwe. Zawsze pojawia się coś, co ten pokój zakłóca. Dlatego w Piśmie św. pełny i trwały pokój jest synonimem zbawienia. Kto osiągnął zbawienie, osiągnął trwały pokój, wewnętrzną harmonię. Kto przeżywa niepokój, targany jest emocjami, nie doświadcza pokoju i tym samym szczęścia.
Pokój w Bogu urzekająco opiewa psalmista, kiedy mówi: „Uspokoiłem i uciszyłem moją duszę; jak dziecko na łonie swej matki, jak ciche dziecko – tak we mnie jest moja dusza” (131, 2). Oto piękny opis stanu wewnętrznego ukojenia.
Pokój zbawionych równa się zaspokojeniu wszelkich pragnień. Na ziemi nie osiągniemy tego stanu, stąd ludzie przeżywają frustracje: pragną rzeczy, których nie są w stanie zdobyć. Kiedy nawet udaje im się osiągnąć upragniony cel, zaraz pojawia się kolejny. Nowa atrakcyjna praca, nowe mieszkanie, samochód powszednieją i chcielibyśmy czegoś nowego i więcej. Tak jest ze wszystkim. Proces ten nie ma końca; zawsze będziemy pragnęli czegoś więcej w sferze materialnej, emocjonalnej, duchowej. Jest tak, ponieważ najwyższym dobrem jest Bóg i dopóki nie osiągniemy tego celu, zawsze będziemy odczuwali niedosyt i pragnęli czegoś więcej. Człowiek jest zaprogramowany na Boga, na życie z Nim. Dopiero żyjąc z Bogiem, znajdzie zaspokojenie wszelkich pragnień. Lecz do tego momentu będziemy stale odczuwali niedosyt.
Nie jest to jakimś odkryciem, ale każdy, wierzący czy niewierzący, najbardziej pragnie nieba, gdyż każdy pragnie szczęśliwego życia bez końca. A to daje tylko niebo. Wierzący pragną nieba świadomie, a niewierzący nieświadomie: pragną go jednak, bo pragną tego, co daje jedynie niebo, niekończącego się szczęścia. Co za paradoks, niewierzący odrzucając Boga, odrzucają Tego, który pozwala spełnić ich największe pragnienie, szczęśliwe życie bez końca.
W szczęście płynące ze zjednoczenia zbawionych z Bogiem wpisują się relacje z innymi zbawionymi. Relacje miłości, zawężone na ziemi do najbliższych osób, w stanie nieba zostają rozciągnięte na całą społeczność zbawionych. To zaś oznacza, że każdy zbawiony miłuje drugiego jak siebie samego i cieszy się jego szczęściem jak swoim własnym. Św. Tomasz z Akwinu pisze w Sumie teologicznej, że „szczęście każdego zbawionego jest sumą szczęścia pozostałych”.
Ktoś zapyta, czy to możliwe. Oczywiście. Spotykamy się z tym przecież już na ziemi w przypadku sukcesów pojedynczych sportowców czy drużyn narodowych. Cieszymy się wtedy sukcesami obcych ludzi. Nie zazdrościmy im sławy ani pieniędzy. Bezinteresownie podzielamy ich radość, która w ten sposób staje się także naszą radością. Widać na tym przykładzie, że jesteśmy zdolni podzielać w pełni radość innych osób. Jaką szkodę wyrządzają sobie ludzie na ziemi, zazdroszcząc innym! Zamiast pogrążać się w wyniszczającej zazdrości, mogliby dzielić ich radość.
Nie należy lękać się, że niebo odbierze nam to, co obecnie drogie. To, co złe, zostanie naprawione, a to, co dobre – wydoskonalone. Więzi miłości, przyjaźni zostaną zachowane. Lecz niechęć czy wrogość ustąpią miejsca życzliwości i miłości. Niebo uwolni nas od tego wszystkiego, co nas teraz zasmuca, co komplikuje nam życie jak trudne relacje, stany chorobowe, trudności życiowe, proces starzenia się, śmierć. Uwolni nas od tego wszystkiego. To zaś, co kochamy i co jest dobre, odda nam w doskonałej postaci. I dlatego będzie nas to cieszyło bardziej niż teraz.
Płaczemy, że utraciliśmy bliskich – to zrozumiałe, ale odzyskamy ich i będą nas cieszyli bardziej niż tu na ziemi, bo relacje między nami przybiorą doskonałą postać. To, co tracimy teraz, odzyskamy w przyszłości i będzie nas cieszyło jeszcze bardziej.
Wieczność zbawionych jest dynamiczna. To kolejny rys nieba. Nie jest to jakieś unieruchomienie czy zamrożenie w szczęściu. Każdy zbawiony może spotykać się z innymi zbawionymi: św. Franciszek ze św. Agatą czy św. Wincentym a Paulo, ale także nieznana nam Marianna z Maciejem czy Kingą. Uwolnienie się od ograniczeń naszej doczesności nie tylko nie pozbawia wieczności dynamiki, ale ją zwiększa. Obecnie, przykładowo, nie możemy w mgnieniu oka przenieść się do Australii; nie jesteśmy również w stanie być stale zdrowi czy szczęśliwi; nie możemy też przestać się starzeć. Z racji pełnego zjednoczenia z Bogiem, w niebie wszystkie te ograniczenia ustaną. Będziemy mogli podróżować po całym wszechświecie i nic nas nie zasmuci, nie zmartwi.
Teoria ewolucji określa człowieka jako homo sapiens, czyli człowiek rozumny. Ja nazwałbym człowieka zbawionego homo navigans, czyli „człowiekiem żeglującym”, żeglującym po całym wszechświecie i przede wszystkim w Bogu. A żeglując w Trójjedynym Bogu, będziemy przez wieczność odkrywali coraz to nowe morza.
Uczniów Chrystusa powinno cechować radosne i wdzięczne usposobienie względem daru nieba, a nie lęk przed nim. W darze nieba Bóg daje nam samego siebie. Nie daje taniego prezentu, ale najcenniejszy z możliwych – siebie. Śmierć jest oczywiście traumą, ale nie powinna przysłaniać daru życia, który otwiera się za nią. Śmierć to smutna chwila i tylko chwila, za którą rozpościera się szczęśliwa wieczność. Tak naprawdę człowiek nie umiera, ale przechodzi w nową postać istnienia. W śmierci wychodzi nam naprzeciw Chrystus w swym człowieczeństwie i czule przytula do piersi. Przytula tak, jak rodzic dziecko, które okazuje skruchę.
Dwa tygodnie przed śmiercią św. Katarzyny Labouré, Siostry Miłosierdzia, której Maryja objawiła Cudowny Medalik, przyszła do niej jedna z sióstr i widząc ją radosną, zapytała: „Siostra nie boi się umrzeć?” Na co ona odparła: „A czego mam się bać? Idę przecież spotkać się z Panem Jezusem, Najświętszą Panną, ze św. Wincentym a Paulo, moimi rodzicami, ze zmarłym rodzeństwem… To czego mam się bać?” Ona na koniec ziemskiego życia nie patrzyła przez pryzmat trumny, pogrzebu, rozkładu ciała, ale przez pryzmat radosnego spotkania z Jezusem, Maryją, świętymi, rodziną. I to napawało ją radością, szczęściem, a nie smutkiem.
Oto radosna nowina! Bóg wyczekuje nas tak, jak rodzic powracających do domu dzieci. I oto największe odkrycie ludzkości! Bóg pragnie naszego towarzystwa na wieczność i nigdy się nami nie znudzi.
Życie na ziemi zarówno cieszy, jak i smuci. Dlatego nigdy nie zaznamy w nim trwałego szczęścia. Szczęście na ziemi zawsze coś zakłóca. A im bardziej nasze życie zbliża się ku końcowi, tym większe odczuwamy w sobie rozdarcie: nasze ciało obumiera, a dusza wyrywa się ku wieczności. W głębi siebie słyszymy coraz mocniej krzyk własnej nieśmiertelności.
Boże w Trójcy Jedyny, dziękujemy, że zechciałeś wprowadzić nas we własne życie i tak spędzić razem z nami swoją szczęśliwą wieczność.
Ks. prof. Waldemar Rakocy CM






