Bogdan Dobosz: Francuski wstęp do powtórki z 1968 roku?

Ostatnie wydarzenia we Francji z udziałem uczniów szkół średnich są wielowymiarowe. Mają typowy dla tego kraju wymiar rewindykacji społecznych (przepełnione klasy, niedoinwestowane szkoły, problemy kadrowe), ale też przypomina to próbę wzniecenia rewolucji młodzieży na wzór roku 1968, chociaż w wersji pajdokratycznej, a nakładają się na to zmiany demograficzne związane z imigracją (już w 2024 roku ponad 30% dzieci urodzonych we Francji miało co najmniej jednego rodzica urodzonego poza Unią Europejską), a co za tym idzie wszystkie problemy społeczne francuskich przedmieść.
Jest też odrzucenie państwa z widoczną nienawiścią wobec policji jako reprezentanta Republiki, postępująca islamizacja (okrzyki – niech żyje Algieria!, flagi palestyńskie, żądania hallalowej żywności na stołówkach), czy wreszcie gra skrajnej lewicy na sprawowanie „rządu dusz” młodzieży.
W pierwszym szeregu protestów pojawiają się politycy Zbuntowanej Francji (LFI), a w drugim atakujący policję i nauczycieli bojówkarze „Antify”. Szkoła, która miała być fundamentem integracji społecznej i republikańskiego wychowania znalazła się na celowniku skrajnej lewicy jako punkt wyjściowy do ich nowej rewolucji.
Fala obecnych zamieszek ma też konkretny cel polityczny. Zastraszenie społeczeństwa przed wyborami w 2027 roku i pokazaniem tego, co będzie się działo na francuskich ulicach w przypadku wygranej Marine Le Pen...
Francja jest widownią przerażających scen wymieszanych z dość ludycznymi zachowaniami typowymi dla młodych ludzi. Jest zabawa, są też uliczne starcia, ale i polityczne wiece, fajerwerkowe moździerze, bomby aerozolowe, konfrontacje z funkcjonariuszami organów ścigania, płonące szkoły i śmietniki, niszczone auta i infrastruktura. Bunt rozprzestrzenia się po całej Francji. W internecie można zobaczyć płonące fasady domów w Nantes, ostrzał moździerzowy strażników więziennych w Drancy, podpalony wóz strażacki w Marsylii…
Zaczęło się na przedmieściach
Wszystko zaczęło się 17 września w liceum Saint-Exupéry w Créteil. Tam nauczyciele rozpoczęli strajk, domagając się dodatkowych środków, a uczniowie dołączyli do ich protestu. Swoje zrobiły media społecznościowe i ruch rozprzestrzenił się po całej Francji. Wśród skarg uczniów znajdowały się na początku przepełnione klasy, nieobecni nauczyciele, dni nauki trwające od 8:00 do 18:00 oraz zdegradowane budynki szkolne. Pod bramy szkoły przybyli szybko aktywiści skrajnie lewicowej partii La France Insoumise, Antifa, związki zawodowe i protest szybko nabrał charakteru politycznego. Poza „Wolną Palestyną” dominującym hasłem jest „walka z faszyzmem”, czyli z kandydaturą Marine Le Pen w wyborach prezydenckich.
Protesty przerosły rząd
Rząd podjął negocjacje, ale organizacje uczniowskie szkół średnich opuściły w piątek 2 września, spotkanie z Ministrem Edukacji Narodowej i apelowały o kontynuowanie blokad. Nasilenie akcji ma mieć miejsce w najbliższy wtorek. „Mieliśmy bardzo konkretne żądania dotyczące zdrowia psychicznego, godzin lekcyjnych i budynków szkolnych. Minister zapowiedział, że przeprowadzi badania i rozpocznie konsultacje krajowe, ale nie otrzymaliśmy żadnych zobowiązań” – mówił niejaki Louis Letoublon z uczniowskiej organizacji „Les Lycéens”? Dodał - „będziemy kontynuować walkę”.
Termin „walka” dobrze ilustruje wydarzenia. Straty materialne szacowane są już na kilka milionów euro. Tylko w stołecznym regionie Île-de-France, gdzie działa 468 średnich szkół, prezydent regionu Valérie Pécresse (LR) oszacowała straty na 7 milionów euro. Duże zniszczenia są w regionach Grand Est i Auvergne-Rhône-Alpes. Prezydent regionu Owernia-Rodan-Alpy, Fabrice Pannekoucke, oszacował na razie szkody spowodowane przemocą związaną z blokadą szkół średnich „od 25 do 30 milionów euro”. W jego regionie znajduje się ponad 300 szkół średnich.
Minister sprawiedliwości Gérald Darmanin zwrócił się do prokuratorów z prośbą o pociągnięcie rodziców do odpowiedzialności cywilnej za szkody wyrządzone przez ich dzieci, aby „zmusić ich do zapłaty za naprawy”. Ministerstwo Edukacji Narodowej informowało w piątek, że 564 szkoły były ogarnięte tego dnia „zakłóceniami”.
Prawdziwe sceny miejskiej partyzantki miały miejsce m.in. w Pantin (departament Seine-Saint-Denis), Strasburgu (Bas-Rhin) i Lyonie (Rhône). W Belfort doszło do linczu na policjancie, były też ataki na dyrektorów szkół, strażaków, policja musiała użyć gazu. Według danych opublikowanych przez ministra spraw wewnętrznych Laurenta Nuñeza, tylko w piątek dokonano 1745 aresztowań, a od poniedziałku było to ponad 5000 zatrzymań. Minister przyznał, że sytuacja ma „znaczne rozmiary” i podkreślił groźbę „zamieszek i przemocy w miastach”.
Do takich poważnych zamieszek doszło w piątek w pobliżu 158 szkół, a ich celem byli pracownicy oświaty, przechodnie, ale przede wszystkim funkcjonariusze policji, którzy skarżą się, ze mają „związane ręce”. Są zmuszeni „zachować powściągliwość w obliczu ekscesów”, ponieważ na najwyższych szczeblach władzy panuje obawa eskalacji. Nic dziwnego, że wśród młodych chuliganów panuje pewne poczucie bezkarności. System zapracował sobie zresztą na to przez czterdzieści lat, traktując łagodnie podmiejskie i osiedlowe burdy. Druga strona jest mniej powściągliwa. Policja do tej pory konfiskuje kominiarki, koktajle Mołotowa, fajerwerki, kije baseballowe.
Początek rewolucji?
Pod szkołami pojawiają się lewaccy agitatorzy polityczni i bojówki Antify. „Jutro podpalimy Pałac Elizejski” - grzmiał zatrzymany później przez policję Ritchy Thibault w Seine-Saint-Denis. To asystent parlamentarny i rewolucyjny „ekolog”. Podsycaniem ognia przed szkoła zajmował się w Saint-Denis nawet mer miasta Bagayoko. Według politologów, obecny bunt uczniów szkół średnich daje lewackiej partii LFI okazję do sprawdzenia swojej siły na siedem miesięcy przed wyborami prezydenckimi. To próba generalna przed uruchomieniem strategii blokowania i sparaliżowania kraju, by doprowadzić go na próg sytuacji rewolucyjnej.
Dominująca narracja medialna próbuje przedstawiać zamieszki jako wyraz uzasadnionego „gniewu społecznego” wynikającego z niedoinwestowania edukacji. Tu może jednak chodzić o coś poważniejszego, czyli przymiarkę do rewolucji, która jest cyniczną i niebezpieczną grą partii Zbuntowana Francja (LFI) i z góry przegranego kandydata tej partii na prezydenta, acz z szansami na II turę, czyli Jeana-Luca Melenchona.
Bogdan Dobosz






