Bp Rob Mutsaerts: Kościół i gilotyna. Wiara, którą chciano zabić, znowu żyje

Chrześcijaństwo miało zginąć raz na zawsze, ale znowu wraca. Prawnuki rewolucjonistów ustawiają się w długą kolejkę, by zobaczyć papieża. Wychowani w ateistycznym materializmie, odkryli na strychu stare różańce i uznali, że warto się tym zainteresować. O religii we Francji pisze biskup pomocniczy diecezji s'-Hertogenbosch w Holandii, Rob Mutsaerts.
Rewolucja Francuska podarowała światu trzy wspaniałe słowa: wolność, równość i braterstwo. Trudno im się sprzeciwić. Problem pojawił się dopiero wtedy, gdy rewolucjoniści postanowili wyjaśnić, co przez nie rozumieją. Wolność oznaczała na przykład, że ksiądz miał pełną swobodę złożenia przysięgi wierności nowemu państwu. A jeśli tego nie uczynił, państwo uprzejmie odprowadzało go na gilotynę. Równość oznaczała, że wszyscy byli równi wobec prawa, ale najpierw trzeba było usunąć niektórych z drogi. Braterstwo z kolei doprowadziło do bratobójstwa.
W rewolucjach tragiczne jest to, że często zaczynają się od zupełnie zasadnego oburzenia, a kończą się całkowicie szalonym rozwiązaniem. Również francuski Kościół z czasów ancien régime miał swoje wady. Posiadał bogactwo, przywileje i niekiedy zbyt wygodne relacje z władzą. Reformy były pilnie potrzebne. Jednak rewolucjoniści oferują zazwyczaj szczególne rozwiązanie: kiedy cieknie dach, podpalają dom.
Od 1789 r. konfiskowano majątki kościelne (oczywiście bez odszkodowania); zlikwidowano zakony, a w 1790 r. Konstytucja cywilna duchowieństwa podporządkowała Kościół tyrańskiej władzy państwowej. Następująca po tym radykalizacja doprowadziła do dechrystianizacji w latach 1792–1794: kościoły zamknięto albo zbezczeszczono, a duchowni znaleźli się wśród ofiar śmiertelnych rewolucyjnej przemocy.
Chciano uwolnić Francję od przesądów. Aby udowodnić, jak bardzo jest się racjonalnym, wymyślono nawet nowy kalendarz, nowe święta, nowe kultury, a nawet Kult Rozumu. W nowym kalendarzu nie było oczywiście miejsca na Boże Narodzenie i Wielkanoc. Trudno wymyślić lepszą satyrę na ateizm niż ateistów budujących ołtarz dla Rozumu. Człowiek okazuje się bowiem upartym zwierzęciem religijnym. Gdy tylko usunie Boga ze świątyni, zaczyna budować świątynie dla abstrakcji. Spójrzmy na nasze czasy, w których niektórzy z entuzjazmem przyjmują tę głupią kulturę „woke”. Jest coś wzruszającego w epoce, która usunęła Boga, a następnie natychmiast zaczęła szukać Jego zastępcy. Postępowy liberał opuścił kościół, ponieważ uważał, że kościół ten zbyt często mówił o grzechu, winie, nawróceniu i prawdzie. Następnie odkrył ruch „woke”, który głównie mówi o grzechu, winie, nawróceniu i prawdzie. Tylko że bez przebaczenia, bez łaski i bez poczucia humoru.
A teraz naprawdę zabawna rzecz. Ponad dwa wieki później przez Paryż przejeżdża papież. Nie czyni tego potajemnie, w zamkniętej karocy, w towarzystwie dziesięciu osób ze stowarzyszenia seniorów. Nie, w ten weekend Pola Elizejskie były wypełnione po brzegi. Według agencji Reuters Watykan oszacował frekwencję na mszy pod gołym niebem na około 700 000 osób. Kilka dni wcześniej 80 000 młodych ludzi wypełniło Stade de France, aby uczestniczyć w czuwaniu modlitewnym z papieżem.
Ta ostatnia rzecz jest być może jeszcze bardziej niezwykła. Przez lata zapewniano nas, że chrześcijaństwo zniknie. Wolter był przekonany, że 100 lat po rewolucji francuskiej nikt już nie będzie mówił o chrześcijaństwie. Przyszłość miała być świecka. Kościoły miały stać się muzeami. Religia miała zniknąć, gdy tylko społeczeństwo zostanie „oświecone”.
A jednak pojawia się osiemdziesiąt tysięcy młodych ludzi. To nieco komplikuje wspomnianą teorię. Jeszcze większym wyzwaniem są dane dotyczące chrztów. Według danych francuskiego Kościoła, podczas ostatnich Świąt Wielkanocnych ochrzczono we Francji ponad 13 000 dorosłych – trzykrotnie więcej niż dziesięć lat temu.
Nie należy jednak od razu ogłaszać, że Francja jutro znów stanie się Francją św. Ludwika. Europa wciąż ulega silnej sekularyzacji, frekwencja w kościołach w wielu miejscach pozostaje niska, a Kościół katolicki boryka się z poważnymi ranami, nie tylko z powodu skandali związanych z nadużyciami, z którymi papież Leon musiał zmierzyć się także podczas tej podróży. Ale właśnie dlatego to, co się dzieje, jest tak bardzo interesujące. Chrześcijaństwo nie wraca dlatego, że okoliczności są dla niego tak sprzyjające. Wraca, choć nie spodziewał się tego nikt z przedstawicieli dominującej kultury.
Być może chrześcijaństwo zawsze wraca w ten sposób. W końcu wszystko zaczęło się kiedyś w stajence, od dwunastu raczej mało nadających się mężczyzn i ukrzyżowanego syna cieśli. Chrześcijaństwo ma dość irytujący zwyczaj – jest grzebane tuż przed tym, jak znowu wstaje.
Rewolucja Francuska sądziła, że może zastąpić Kościół Rozumem. Ale człowiek nie pyta tylko: Jak działa świat? Pyta także: Dlaczego istnieję? Dlaczego tu jestem? Dlaczego mam być dobry? Dlaczego poczucie winy boli? Dlaczego pragnę miłości, która przetrwa śmierć? A kiedy laicka cywilizacja odrzuciła odpowiedzi na te pytania, nie należy się dziwić, że pewnego dnia jej dzieci zaczynają szukać na strychu pudełek pozostawionych przez ich dziadków.
Tam nagle natrafiają na krucyfiks, różaniec, Tomasza z Akwinu, Augustyna, chór gregoriański, katedrę. A przede wszystkim na niezwykle zaskakujące twierdzenie: że wszechświat nie jest obojętny, że dobro i zło naprawdę istnieją, że każdy człowiek posiada niezbywalną godność i że Bóg nie jest odległy, ale sam stał się człowiekiem.
Dla kogoś, kto dorastał w przekonaniu, że jest przypadkową zbiorowością atomów, która może przez kilka dziesięcioleci konsumować, zanim zgaśnie światło, ta wiadomość może brzmieć zaskakująco świeżo.
Być może właśnie w tym tkwi część siły przyciągania młodych do chrześcijaństwa. Nie dlatego, że nagle wszyscy stali się reakcjonistami, ale dlatego, że bunt zmienia kierunek, gdy tylko zmienia się ustalony porządek. W 1968 roku aktem buntu było sprzeciwianie się księdzu. W 2026 roku aktem buntu może być słuchanie go.
Kiedy wszyscy mówią, że wolność polega na braku jakichkolwiek zobowiązań, młody człowiek może odkryć, że miłość oznacza właśnie to, żeby się z kimś związać. Kiedy wszyscy mówią, że prawda jest sprawą osobistą, ekscytujące staje się przypuszczenie, że prawda może być obiektywnym faktem, który dotyczy wszystkich. Kiedy wszyscy mówią, że tradycja jest ograniczeniem, mający dwa tysiąclecia Kościół może nagle wydać się bardziej egzotyczny niż kolejny trend na TikToku, który już w czwartek będzie przestarzały.
W tym tkwi wspaniała historyczna ironia. Rewolucjoniści próbowali usunąć krzyże. Francja je przywróciła. Zamknęli klasztory. Klasztory nadal istnieją. Próbowali uczynić wiarę niepotrzebną. Ponad dwa stulecia później młodzi ludzie stoją godzinami w kolejce, by zobaczyć papieża. Rewolucjoniści zmienili nawet kalendarz, żeby podkreślić nadejście nowej epoki. Dziś jednak nikt nie pyta: „Który to dzień termidora?”. Nawet Republika Francuska stosuje kalendarz, który liczy czas od narodzin Jezusa. To niezły wynik jak na wiarę, o której wielokrotnie mówiono, że jest martwa.
Istnieje głęboko zakorzenione współczesne przekonanie, że sekularyzacja jest swego rodzaju prawem natury: im bardziej nowoczesne staje się społeczeństwo, tym bardziej naturalne staje się zniknięcie Boga. Być może rzeczywistość jest bardziej złożona. Być może cywilizacja może utracić swoją pamięć religijną, nie tracąc przy tym religijnego głodu. Można zabrać komuś kartę dań, ale to jeszcze nie oznacza, że zniknie apetyt. I tak oto w samym centrum Paryża gromadzi się ogromny tłum. Kilka kilometrów od miejsc, gdzie rewolucjoniści we własnym przekonaniu ostatecznie rozprawili się ze starą wiarą. Nie ma już gilotyny. Jest człowiek w bieli, który dumnie unosi krzyż.
Nie dowodzi to, że każdy okres w historii Kościoła był chwalebny ani że Europa stoi u progu powszechnego nawrócenia. Jednak trudno oprzeć się temu obrazowi, jeżeli potraktujemy go w kategoriach historycznych. Rewolucja obiecywała wolność, równość i braterstwo, a potem odkryła, że nie da się zbyt przekonująco bronić tych ideałów, ścinając głowy ludziom o odmiennych poglądach.
Kościół głosił coś zupełnie innego: wiarę, nadzieję i miłość. Dwa stulecia później prawnuki Rewolucji znów stoją przed katedrą. Świat już wielokrotnie przygotowywał pogrzeb chrześcijaństwa. Ciekawe jest, że zmarły za każdym razem pojawia się na nowo.
Bp Rob Mutsaerts
Źródło: Paarse Pepers






