Covidowy dramat w Szpitalu Południowym. Relacja jak z horroru

Południowy Kanał Zero.jpg
Fot. Kanał Zero

Brak procedur i bieżącej opieki nad chorymi, zaniechanie leczenia, niekompetentny personel i śmierć pod respiratorem. Według relacji żony pacjenta zmarłego 5 lat temu w słynnym dzisiaj stołecznym Szpitalu Południowym, tak wyglądał dramat człowieka, który po kilkunastu dniach niemal samotnej walki z chorobą i… personelem placówki osierocił kilkuletnią córkę. 

Pani Magdalena od 2021 roku stara się wyjaśnić okoliczności związane z rodzinną tragedią, która rozegrała się pomiędzy 31 marca i 12 kwietnia 2021 roku, w okresie surowego reżimu sanitarnego. Kobieta pisze skargi, pozwy, apeluje. Przed kamerami Kanału Zero opowiedziała historię swojego męża.

Mężczyzna trafił do szpitala, gdyż domowe leczenie nie przynosiło rezultatów. W wyniku ciężkiego przebiegu grypy tracił już swobodę oddychania. Dusił się, kaszlał, nie spał nocami. Mimo to obawiał się pójść na oddział. Żona wezwała jednak karetkę licząc, że pod okiem lekarzy odzyska siły. Powodem była też obawa, że chorobą zarazi się kilkuletnia córka.

Zróbmy to razem!

Jednak od pierwszego dni pobytu w Szpitalu Południowym pojawiły się problemy, o których mężczyzna informował rodzinę telefonicznie. Na przykład pacjent nie dostawał żadnych leków, kończył się podawany mu tlen i nikt tego nie monitorował, długimi okresami nikt z personelu do niego nie zaglądał. Nie było żadnego planu kuracji.

- Leczono go tylko doraźnie. Jak coś go bolało, to przeciwbólowe. Jak był zdenerwowany, to uspokajające, o czym też nie wiedziałam. To były leki, które mogłam sama podawać mu w domu, a nie w szpitalu. Przez brak leczenia, brak opieki i brak planu leczenia oraz zaniedbania, które były, on w pewnym sensie poddał się psychicznie. Był w tamtym miejscu narażony na bardzo duży stres – opowiadała.

- Leżał ze źle wpiętym weflonem przez kilka godzin, we krwi. Nikt tego nie zmieniał. Gdy dzwoniłam, na przykład o godzinie trzeciej w nocy, i mówiłam, żeby ktoś do niego poszedł, bo maszyna szwankuje i mąż się dusi, to uzyskałam odpowiedź, że to jest cały szpital duszących się pacjentów.

Któregoś dnia w nocy z aparatury zamiast tlenu lała się do nosa zimna woda. Po 1,5-godzinnym bezskutecznym wzywaniu personelu chory zerwał przewody i wybiegł na korytarz, gdzie wzywał głośno pomocy, lecz nikt do niego nie przychodził.

– Dopiero potem, kiedy dzwoniłam do szpitala na różne oddziały, przychodziła pielęgniarka lub też lekarz i patrzyli, co się dzieje. To miało miejsce nie tylko za dnia, ale również nocą. Tak naprawdę nie spałam, tylko czuwałam kiedy on zadzwoni i będzie tej pomocy potrzebował – wspominała wdowa.

To były po prostu dla mnie sceny jak z najgorszego horroru. Tego, co przeżyłam podczas pobytu mojego męża w szpitalu, po prostu nie życzę nikomu – mówiła pani Magdalena.

Według relacji, pacjent był przerażony takim traktowaniem. Informował rodzinę, że nie otrzymuje żadnych informacji na temat leczenia i swojego stanu. Chciał wręcz uciekać ze szpitala. Żona podjęła starania o przeniesienie do prywatnej placówki nie wiedząc, że w sytuacji reżimu sanitarnego z powodu „pandemii” jest to niemożliwe.

Gość Kanału Zero opowiadała, że mąż wysyłał jej wiadomości w rodzaju: „Obserwuję ją, ona tu każdego usypia”. – I to nie chodziło o usypianie jak w przedszkolu, do snu, tylko usypianie w takim sensie, że podpinano ludzi pod respiratory i tak kończyli życie – mówiła wdowa.

Prawny pełnomocnik rodziny i sami bliscy usiłowali zainteresować sytuacją w Szpitalu Południowym urząd miasta, Rzecznika Praw Pacjenta, Ministerstwo Zdrowia, Wydział Zdrowia Mazowieckiego Urzędu Wojewódzkiego.

Interwencje przyniosły krótkotrwały efekt w postaci poprawy opieki i przeniesienia chorego na inny oddział. Na trzy dni przed śmiercią, czyli 9 kwietnia bliscy otrzymali informację, że wyniki badań są lepsze. Podobnie było z samopoczuciem, co pani Magdalena wnioskowała z bezpośrednich kontaktów. Chory nie zawsze mógł rozmawiać, bo często uniemożliwiała to aparatura tlenowa, ale wtedy wysyłał wiadomości SMS.

 - Jak już były parametry i wszystko na tyle dobrze z informacji, jaką dostałam, że jest poprawa, jest znaczna poprawa... I też do końca życia będą we mnie żyły słowa, które otrzymałam od lekarki dzień wcześniej, mówiące o tym, że bym tej nocy przygotowała się na najgorsze. Tej właśnie nocy mam się przygotować na najgorsze. Czy jesteśmy w stanie przewidzieć co do godziny, co do daty czyjąś śmierć? zastanawiała się.

Otrzymała wtedy ostatni telefon, w którym zrezygnowany mąż oznajmił, że „musi im się poddać” i „nie da rady dłużej z nimi walczyć”.

- W ostatnim dniu pobytu męża w szpitalu jego życie ratowały dwie kobiety. Jedna z tych nich była bez specjalizacji, a druga miała pod sobą cały oddział duszących się pacjentów – wspominała dramatyczne chwile pani Magdalena.

Według uzyskanych przez nią informacji, mąż zmarł krótko po podłączeniu do respiratora.

W jej przekonaniu do tragedii doszło z powodu zaniedbań ludzi powołanych do tego, by ratować ludzkie życie i brali za to ogromne wynagrodzenia.

Kobieta zwróciła się do szpitala o zapisy z maszyny, do której podłączony był pacjent, o całą dokumentację leczenia. W aktach sprawy sądowej znajduje się zapis z aparatury, w którym wpisane było nazwisko… innej osoby. Zostało jednak przekreślone, a obok, długopisem wpisano personalia zmarłego męża. Wraz z jego rzeczami trafił do niej także dowód osobisty obcego człowieka.

Zgłaszając sprawę do prokuratury chciała dowiedzieć się, który z medyków odpowiedzialny był za leczenie, kto był na dyżurze w kluczowych godzinach i innych szczegółów. Niestety, nie doczekała się do dzisiaj odpowiedzi. Wciąż trwa postępowanie z tytułu pozwu cywilnego przeciwko szpitalowi.

Źródło: Kanał Zero

RoM

 

 

 

 

 

Zróbmy to razem!
Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.
Wybierz kwotę: