Cyfrowe euro bliżej niż się wydaje – czy mamy czego się bać?

Widmo cyfrowego euro krąży nad Europą. I tylko patrzeć, jak się zmaterializuje. Jego zwolennicy mówią o większej wygodzie i bezpieczeństwie. Ale czy prawda nie jest zgoła inna? Czy cyfrowy pieniądz Europejskiego Banku Centralnego nie tworzy przypadkiem narzędzia, które pewnego dnia może posłużyć do totalnej inwigilacji?
Prace nad cyfrowym euro wyraźnie przyspieszyły. W grudniu 2025 roku ministrowie finansów państw Unii Europejskiej porozumieli się w sprawie dalszego rozwoju projektu. Z kolei 23 czerwca 2026 roku Komisja Gospodarcza i Monetarna Parlamentu Europejskiego poparła wówczas założenia przepisów dotyczących wprowadzenia cyfrowego euro. Decyzja komisji otworzyła drogę do negocjacji między Parlamentem Europejskim, Radą UE i Komisją Europejską. Podczas tych rozmów ma zostać ustalony ostateczny kształt przepisów.
Kolejny krok nastąpił 9 lipca 2026 roku, gdy Parlament Europejski poparł rozpoczęcie negocjacji z Radą UE. Za projektem głosowało 416 europosłów, przeciw było 169, a 22 wstrzymało się od głosu.
Europejski Bank Centralny zamierza rozpocząć pilotaż w drugiej połowie 2027 roku. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, cyfrowe euro mogłoby wejść do obiegu w 2029 roku. Ostateczna decyzja zapadnie jednak dopiero po uchwaleniu odpowiednich przepisów.
Jak ma działać cyfrowe euro
EBC tłumaczy zasadę działania nowego pieniądza na przykładzie wypłaty z bankomatu. Dziś możemy wypłacić 100 euro. Kwota znika z rachunku, a w zamian otrzymujemy banknoty. W przypadku cyfrowego euro pieniądze trafiałyby do osobnego portfela w telefonie lub zegarku.
Będzie można płacić w ten sposób w sklepach, restauracjach i internecie. Użytkownicy mają również możliwość przesyłania pieniędzy bezpośrednio między sobą. System powinien działać w całej strefie euro, a część płatności będzie można przeprowadzać również bez połączenia z siecią www.
Projekt przewiduje także płatności regularne, takie jak czynsz, rachunki czy opłata za przedszkole. EBC testował również płatności warunkowe. Sprzedawca otrzymałby pieniądze dopiero po dostarczeniu zamówienia, wykonaniu usługi albo zakończeniu określonego etapu prac.
Bank centralny zapewnia, że cyfrowe euro nie będzie pieniądzem programowalnym. Nie ma mieć terminu ważności ani ograniczeń dotyczących miejsca lub celu wydatku. Obywatel sam ma decydować, na co przeznaczy swoje środki.
Już teraz przewiduje się jednak limit kwoty przechowywanej w cyfrowym portfelu. EBC obawia się, że bez takiego ograniczenia ludzie mogliby masowo przenosić pieniądze z rachunków bankowych do cyfrowego euro. Uderzyłoby to w stabilność banków.
Większe płatności nadal byłyby możliwe. Portfel trzeba byłoby jednak połączyć z tradycyjnym kontem, z którego pobierana byłaby brakująca kwota.
Obietnice zwolenników
Najczęściej wymienianą zaletą tego rozwiązania jest wygoda. Tym samym środkiem płatniczym będzie można posługiwać się w całej strefie euro. Podróżny nie będzie musiał szukać bankomatu ani płacić prowizji za wypłatę gotówki. Podstawowe usługi mają być bezpłatne dla osób fizycznych.
Ważną funkcją ma być możliwość płacenia bez dostępu do internetu, choćby podczas awarii sieci albo w miejscach o słabym zasięgu. Transakcję można byłoby przeprowadzić za pomocą telefonu lub innego urządzenia.
Zdaniem autorów projektu, daje to większe bezpieczeństwo niż środki przechowywane w aplikacji prywatnej firmy. Przedsiębiorstwo może przecież upaść. Za bankiem centralnym stoi państwo i cały system prawny.
Cyfrowe euro ma być pieniądzem publicznym, emitowanym przez EBC i uznawanym za prawny środek płatniczy. Bruksela przedstawia cyfrowe euro również jako sposób na zmniejszenie zależności od amerykańskich koncernów. Europejski rynek płatności jest dziś w dużym stopniu oparty na systemach Visa i Mastercard. Własna infrastruktura płatnicza pozwoliłaby Unii zachować większą kontrolę nad obiegiem pieniądza.
Cyfrowe euro – droga do zniewolenia?
Przeciwnicy wskazują na związane z nim zagrożenia. Głosy krytyczne wobec obecnego kształtu projektu odzywają się zresztą także w samym Parlamencie Europejskim.
Fernando Navarrete, konserwatywny eurodeputowany i sprawozdawca projektu, opowiedział się za znacznym ograniczeniem zakresu cyfrowego euro. Jego zdaniem powinno ono przede wszystkim zastępować gotówkę tam, gdzie płatność odbywa się bez dostępu do internetu. Ostrzegał natomiast przed budową pełnego systemu płatności online, który mógłby stworzyć konkurencyjny wobec rynku „równoległy ekosystem płatniczy” i osłabić rozwój prywatnych europejskich rozwiązań.
Zwolennicy cyfrowego euro mówią o uniezależnieniu się od Visy i Mastercarda. W ich miejsce może jednak powstać zależność znacznie głębsza: od jednej infrastruktury obejmującej całą strefę euro. Im większa część obrotu przeniesie się do wspólnego systemu, tym poważniejsze będą skutki jego awarii, błędnej aktualizacji, cyberataku albo błędu operatora.
Centralizacja daje władzom wygodę zarządzania, a użytkownikom prostotę. Odbiera jednak systemowi część odporności. Błąd popełniony lokalnie pozostaje lokalny. Błąd wpisany we wspólny mechanizm może w jednej chwili dotknąć milionów ludzi w wielu krajach.
Największą siłą gotówki jest paradoksalnie… jej prymitywizm. Banknot nie może się zawiesić, utracić połączenia z serwerem ani przestać działać po nieudanej aktualizacji. Nie potrzebuje żadnej zgody centrum. Właśnie dlatego pozostaje ważnym zabezpieczeniem na wypadek kryzysu.
Co gorsza, cyfrowe euro to krok prowadzący do totalitaryzmu. Tworzy bowiem techniczną infrastrukturę umożliwiającą daleko idącą kontrolę nad obiegiem pieniądza. Dzisiejsze gwarancje prywatności zapisano w przepisach. Przepisy można jednak zmienić.
Ktoś mógłby powiedzieć: cóż z tego? Uczciwy człowiek nie musi się przecież niczego obawiać. To jednak iluzja.
Dość przypomnieć, co działo się w Kanadzie w 2022 roku. Tamtejszy rząd zamroził wówczas środki na kontach kierowców protestujących przeciwko restrykcjom covidowym. Gdyby cyfrowa waluta stała się dominującą formą pieniądza i wyparła gotówkę, sytuacja byłaby jeszcze gorsza. Zabrakłoby bowiem realnej alternatywy poza kontrolowanym cyfrowo systemem.
Przykład kanadyjskich kierowców ciężarówek dał przedsmak tego, co może nas czekać, gdy tylko unijne wilki w owczych skórach zrealizują swoje plany.
Stanisław Bukłowicz






