Filip Obara: Grzech donosicielstwa zakorzenił się w duszach tchórzliwych Polaków

Ryba psuje się od głowy. Donosicielstwo wyrasta niczym chwasty ze szpar w sejmowej podłodze, skąd słane są do Brukseli „uprzejmie” zawiadomienia na kolegów z sąsiednich ław, podobnie jak z chodników na polskich osiedlach, gdzie sąsiad – zamiast stanąć twarzą w twarz z sąsiadem – woli uciec się pod skrzydła „opiekuńczej” władzy. Co nauka Kościoła mówi na ten temat?
W jednej z lokalnych grup na Facebooku spotkałem się z osobliwym przytykiem, który odebrałem dość osobiście. Jakiś „anonimowy członek” raczył umieścić post, w którym groził donosem sąsiadowi (mniejsza o to, w jakiej sprawie – chodzi o sposób postępowania). Spotkał się ze słusznym potępieniem w komentarzach, z tym że jeden z komentujących zasugerował, że na takie sąsiedzkie donosy mogą się zdobyć jedynie… katolicy.
Odpowiedziałem, że zgadzam się w kwestii potępienia łajdackiego zachowania człowieka, który chowając się za „anonimem” grozi sąsiadowi donosem, natomiast wyprosiłem sobie posądzanie katolików o popieranie takich zachowań.
Abstrahując od tej konkretnej sytuacji, powstaje pytanie, skąd pomysł, że katolicy mieliby w jakikolwiek sposób przykładać się do mentalności donosicielskiej i brać udział w tym procederze?
Problem z odpowiedzią polega na tym, że od momentu, gdy do szeregów hierarchii i duchowieństwa wkroczyło aggiornamento (posoborowe zmieszanie ze światem), to dla ogółu społeczeństwa (łącznie z katolikami) przestało być oczywiste, co jest, a co nie jest zgodne z katolickimi zasadami moralnymi.
Dlatego warto sięgnąć do dwóch źródeł, które dostarczają moim zdaniem wyczerpującego wyjaśnienia – do odpowiednich ustępów Ewangelii według św. Mateusza oraz Sumy Teologicznej św. Tomasza z Akwinu.
Upomnienie braterskie czy „obywatelski” donos?
Ewangelista przytacza słowa Pana Jezusa, w których Syn Boży wprost odnosi się do tego, jak powinniśmy się zachować, gdy jesteśmy świadkami niepokojącego zachowania naszych bliźnich: Gdy brat twój zgrzeszy, idź i upomnij go w cztery oczy. Jeśli cię usłucha, pozyskasz swego brata. Jeśli zaś nie usłucha, weź z sobą jeszcze jednego albo dwóch, żeby na słowie dwóch albo trzech świadków oparła się cała sprawa. Jeśli i tych nie usłucha, donieś Kościołowi! A jeśli nawet Kościoła nie usłucha, niech ci będzie jak poganin i celnik! (Mateusz, 18, 15-17).
W pierwszej kolejności zatem mamy wziąć sprawę w swoje ręce, kierując względem miłości bliźniego, aby przekonać grzeszącego do zmiany postępowania. W drugiej kolejności mamy odwołać się do sankcji społecznej. W trzeciej – uciec się do powagi duchownego (tak, drodzy proboszczowie, wobec konkretnego – a nie tylko ogólnego – zła, które dzieje się wśród waszych parafian, nie macie prawa być bierni) i dopiero kiedy to nie zadziała, to… no właśnie? Niech ci będzie jak poganin i celnik!
Dziwnym trafem Ewangelia nie mówi nic o donosie do władzy świeckiej. Czy dlatego, że Pan Jezus nie ufał rzymskim włodarzom? Bynajmniej, przecież sam powiedział: Oddajcie cesarzowi, co jest cesarskiego. Ale dlatego – jak sądzę – że pomysł angażowania władzy politycznej do codziennych spraw ludzkiego życia zadomowił się na dobre w naszym myśleniu dopiero… w okresie rewolucji francuskiej, czyli ponad siedemnaście wieków po tym, jak słowa te zostały wypowiedziane.
W przytoczonym pouczeniu jest więc oczywiste, że społeczność lokalna posiada swoją autonomię, w ramach której załatwia swoje spory, a dopiero w przypadku poważnego zagrożenia ze strony jednostki przestępczej sięgamy po odwołanie się do państwowego aparatu przymusu, jak wskazuje św. Tomasz, komentując, że „przykazanie Pańskie nie ma zastosowania w wypadkach zagrożenia społeczeństwa, bo wtedy grzech szkodzi nie tylko grzeszącemu” (2-2, 33, 7).
Zajmując się braterskim upomnieniem w części Sumy Teologicznej poświęconej cnocie miłości, Akwinata szczegółowo omawia poszczególne elementy powyższego cytatu, na końcu zaś zawiera istotną uwagę, którą warto przytoczyć w całości, ponieważ odnosi się właśnie do kwestii donoszenia:
„Nie wolno być posłusznym wobec przełożonego, jeśli to jest sprzeczne z przykazaniem Bożym, co jest wyrażone w Dziejach Apostolskich (5,29): «bardziej trzeba słuchać Boga aniżeli ludzi». Dlatego nakaz przełożonego, by mu ktoś donosił o występkach do poprawienia, należy rozumieć rozsądnie, z zachowaniem porządku obowiązującego przy bratnim upomnieniu, niezależnie od tego, czy przełożony nakazał to wszystkim, czy tylko komuś pojedynczemu. Gdyby jednak przełożony nakazał to wyraźnie sprzecznie z przez Boga ustanowionym porządkiem, grzeszyłby i on sam, wydając takie polecenie i grzeszyliby ci, którzy go posłuchali; działa on bowiem sprzecznie z przykazaniem Bożym, w czym posłusznym mu być nie wolno. Ponieważ nie przełożony, lecz tylko Bóg, jest sędzią tajemnic sumienia, dlatego nie ma on władzy nakazywania czegoś w sprawach występków ukrytych, chyba że się w jakiś sposób ujawniają, np. już o tym mówią ludzie lub są poszlaki. W tych wypadkach może przełożony wydać takie polecenie, na sposób postępowania sądów cywilnych lub kościelnych, a więc może domagać się przysięgi na prawdziwość zeznań.”
Widzimy stąd, że nawet w relacji rodzic-dzieci, nauczyciel-uczniowie, pracodawca-pracownicy i w każdej innej donos nie jest czymś obojętnym moralnie. Podlega on ogólnym zasadom sprawiedliwości i miłości bliźniego. A co dopiero, jeżeli komuś przyszłoby do głowy donosić do władzy czy na policję, o czym św. Tomasz nawet nie pisze, skąd śmiem wnosić, że jemu mogło to do głowy akurat nie przyjść…
Widzimy też, że nawet, gdy spełnimy warunek, który nakłada na nas cnota odwagi i staniemy z bliźnim twarzą w twarz, ewentualnie przy świadkach, to jeszcze nie znaczy, że donos jest moralnie usprawiedliwiony. Tak jak celem upomnienia braterskiego jest poprawa bliźniego, tak celem donosu jest dobro wspólne, powstrzymanie szkody bądź ukaranie sprawcy przestępczego czynu.
Ale musi wybrzmieć jeszcze jedno – wszystkie te sprawy Tomasz omawia w kontekście sytuacji, w której nasz bliźni, na którego ewentualnie mielibyśmy donieść… popełnia grzech, tudzież przestępstwo, które wiąże się z wyrządzeniem rzeczywistego, obiektywnego i poważnego zła.
Tu dochodzimy do istoty problemu, a zarazem do pytania: Czy pobudką, jaką kierują się współcześni polscy donosiciele jest faktycznie obiektywne rozeznanie moralnego zła, miłość bliźniego i zgodna z zasadami sprawiedliwości chęć spowodowania jego poprawy?
Surowa kara za bezpodstawny donos? Tak!
Jeżeli intencje osoby decydującej się na donos nie są szlachetne i uczciwe, a ten, na kogo ona donosi, nie popełnił istotnego zła, jeżeli sąsiad doniesie na sąsiada w jakiejś sprawie życia codziennego, to przedstawiciel władzy, np. policjant oraz inne zaangażowane osoby, usłyszą o takiej czy innej wadzie bliźniego, która może być nawet nieprawdziwa. Jest to klasyczny przykład grzechu, który nazywamy obmową.
Mało tego, św. Tomasz wskazuje, że jest jeszcze inny grzech pokrewny wobec obmowy: „Podjudzacz, podszczuwacz i obmówca mówi o tym samym i w ten sam sposób, gdyż jeden i drugi skrycie rozpowiada to, co u bliźniego jest złe. Dlatego nieraz używa się tych dwóch wyrazów zamiennie” (2-2, 74, 1). Oba grzeszne procedery różnią się jednak celem. Obmówca chce zaszkodzić dobremu imieniu bliźniego, podczas gdy podszczuwacz (jego w omawianym kontekście nazwalibyśmy donosicielem czy też konfidentem) chce dodatkowo zwrócić przeciwko niemu tych, u których szczuje. „Podszczuwacz, rozgłaszając o bliźnim to, co wydaje się w nim złe, obmawia go; różni się jednak od obmówcy tym, że nie zadawala się samym rozgłaszaniem, lecz usiłuje podburzyć przeciw niemu innych, nawet gdy mówi o tym, co w danym człowieku jest zasadniczo dobre, a tylko wydaje się złe, jeśli to nie podoba się słuchaczom” – czytamy.
Czyż nie to robi człowiek, który z byle powodu (choćby związanego z parkowaniem na osiedlu), zamiast powiedzieć o tym w cztery oczy, składa donos na policję w nadziei, że sąsiad dostanie mandat? Osobnego omówienia wymagałyby konkretne sytuacje, w których współczesnemu człowiekowi – przeżartemu legalizmem, obsesją przestrzegania przepisów bądź pilnowania domniemanego bezpieczeństwa – wydaje się, że powinien reagować… Więcej na ten temat pisałem w tekście Cywilizacja trwa tam, gdzie ludzie przechodzą na czerwonym świetle.
Jeżeli sąsiad donosi na sąsiada, że ten „źle zaparkował” samochód, to w normalnej kulturze prawnej i społecznej policjant powiedziałby: Po jaką cholerę nas pan wzywa, zamiast iść do sąsiada i załatwić z nim porachunki. Za karę ma pan wysprzątać sąsiadowi podwórko. Jeżeli kara nie zostanie wykonana w ciągu trzech dni, trafi pan do aresztu i uiści karną opłatę za bezpodstawne wezwanie policji.
Przy takim trybie postępowania Polacy bardzo szybko nauczyliby się, że stosunki sąsiedzkie reguluje się… między sąsiadami. A samozwańczy „stróże porządku”, którym przeszkadza, że ktoś na chwilę zaparkował w „miejscu niewyznaczonym”, żeby kupić leki w aptece, mieli by doskonałą okazję do refleksji nad przyrodzonym porządkiem świata, w którym władza polityczna ze swoim aparatem przymusu nie wchodzi na nasze podwórko i nie mówi nam jak mamy żyć.
Żeby tak – kiedyś.. może… – było, musimy najpierw uświadomić sobie, jakimi zasadami według planu Bożego kieruje się życie społeczne, a następnie – zacząć wywierać presję na donosicielach i okazywać sobie wzajemnie solidarność w budowaniu społeczności opartych na organicznych zasadach, w których zwolennicy „pruskiego drylu” i antyludzkiego etatyzmu są pariasami, wykopywanymi poza nawias cywilizowanego towarzystwa.
Filip Obara








