Filip Obara: „Lalka” Kawalskiego – odrobiona lekcja z szacunku

Z kinowej projekcji nowej „Lalki” wyszedłem z uczuciem wręcz katartycznym. Że MOŻNA – zrobić coś dobrego i normalnego. Z szacunkiem dla literackiego pierwowzoru. Jednocześnie tym bardziej zobaczyłem, jak puste są – pardon – wymiociny Maślony i Demirskiego z wersji Netflixowej.
O godzinie 9:00 w piątek na sali Kina pod Baranami zastałem głównie młodzież szkolną, która wyjątkowo żywo – i to w dobrym tego słowa znaczeniu – reagowała na film, śmiejąc się, a na końcu bijąc brawo. Widziałem twarze osób ożywionych, trochę rozbawionych, a trochę poruszonych. Wszystkie mijające mnie na korytarzu pary licealistów rozmawiały na temat filmu i epoki, o której opowiada. Był to widok niecodzienny, gdyż nie jest tajemnicą, że na polskich produkcjach wolnych od kontrowersji sale kinowe raczej świecą pustkami, a jak już spędzi się na nie szkoły, to niekoniecznie ze skutkiem pożądanym…
Gdy, wyszedłszy, postawiłem stopę na płycie krakowskiego rynku, odkryłem u siebie uczucie dawno nieobecne – uczucie pełni i duchowego spokoju. Uczucie prawdziwego artystycznego katharsis, które według Arystotelesa powinno każdorazowo towarzyszyć recepcji poważnego dzieła scenicznego (czy – dodajmy – ekranowego), a jednak tak rzadko jest nam obecnie udzielane przez polskich twórców.
Tym razem wszystko jest na swoim miejscu. Obsada absolutnie gwiazdorska (można wymieniać jednym tchem: Dorociński, Urzędowska, Kondrat, Komorowska, Kulesza, Seweryn, Janda, Dębska, Szyc, Englert Stuhr, Żak, Ostaszewska, Ogrodnik, Chyra…), a wszyscy członkowie tej obsady dokonali rzeczy, która mogłaby się wydawać niemożliwa: porzucili siebie. Idealnie wcielili się w postacie, tak że mogliśmy na te niespełna trzy godziny zapomnieć o ich życiu prywatnym i wypowiedziach, które często niekoniecznie licują z należytą czcią dla polskiego dziedzictwa i polskiej tożsamości.
Doskonała praca kamery i dynamiczny montaż, dzięki któremu ta klasyczna realizacja „ogląda się” znacznie lepiej niż barbarzyńska nawalanka Maślony-Demirskiego, która była nudna jak flaki z olejem. Dobra muzyka, która nadaje całości wybitnie elegijny ton. Wierna adaptacja, ale momentami wzbogacona o wstawki odreżyserskie, które są zabawne i bezpretensjonalne. Właściwie, więcej można o tym filmie powiedzieć dobrego niż złego. Można oczywiście przyczepić się, że emocjonalnie twórcy nieco przeszarżowali, podobnie jak ze wspomnianą elegijnością, ale to tylko kwestia drobnej niedoskonałości w ogólnym balansie, a nie wada, która znacznie zaniżałaby ocenę.
Mówi się wręcz, że produkcja w reżyserii Macieja Kawalskiego i ze scenariuszem tegoż oraz Piotra Sobocińskiego, ma szansę dołączyć do kanonu najpopularniejszych i najbardziej cenionych adaptacji polskiej klasyki. Jestem skłonny się zgodzić, z jednym zastrzeżeniem – w nowej „Lalce” nic nie jest takie, jakie było. Jest to film bardziej „hollywoodzki”, ale nie w złym znaczeniu. Potrafi on być spektakularny, zrobiony z rozmachem i widowiskowy, a równocześnie przez cały czas zdradzać – jakże krzepiący – fakt, że twórca naprawdę przeżywa w swojej artystycznej wrażliwości to dzieło, a nie pastwi się nad nim z pozycji nieuprawnionego poczucia wyższości.
Kawalski wraz z plejadą wybitnych aktorów dał nam rzecz od dawna niebywałą: prawdziwe artystyczne przeżycie, w którym dusza narodowa – której wyrazicielem, niejako modelem, był dla Prusa Stanisław Wokulski – żyje, czuje, przemawia, nie pozostawia nas obojętnymi i zmusza do dyskusji o tym, co ważne – o czym świadczy pospolite ruszenie do kin i komentarze nie mniejsze niż w przypadku łajdackiej pseudo-dekonstrukcji zaserwowanej przez Netflix.
Kinowa „Lalka” jest świetnym przykładem tego, że aby lepiej dostrzec brzydotę i oszustwo, trzeba oglądać je w kontraście do właściwego wzorca. Wprawdzie nie dałem się zwieść serialowi i od razu dałem mu niską notę, ale gdy obejrzałem wersję stworzoną z szacunkiem dla oryginału i zaprzęgającą talenty, by powiedzieć coś więcej niż – za przeproszeniem – Polska jest do dupy, a jedyne, co ma wartość, to nurzanie jej w rynsztoku i wykrzykiwanie wulgaryzmów, to dopiero zobaczyłem, jak niesamowicie pusta, pretensjonalna i beznadziejnie wtórna jest streamingowa defekacja Maślony i Demirskiego, która niczym nie różni się od prostackich przedstawień teatralnych, w których usuwa się tekst oryginału, zachowuje tytuł, żeby się sprzedało, po czym raczy się widza hałaśliwym śmietnikiem własnych kompleksów i wynaturzeń.
Wiem, że z tak krytycznym porównaniem obu produkcji nie zgodziliby się twórcy i aktorzy ich obu, ale jestem przekonany, że wartości i dobrego oddziaływania filmu Kawalskiego nie da się wyabstrahować z kontekstu tego iście bolszewickiego trendu, w który wpisuje się serial. Zaznaczę przy okazji, że nie jestem co do zasady wrogiem niekanonicznych odczytań i bardzo cenię Kosa Pawła Maślony, ponieważ – pomimo zupełnego przekłamania i fanatycznych uprzedzeń klasowych – jest to znakomity pastisz twórczości Quentina Tarantino zanurzony bez reszty w polskim imaginarium (dzięki czemu wtórność formy nie drażni).
Jednej tylko rzeczy zabrakło mi w „Lalce” Kawalskiego. Chodzi o drobny, ale jednak w pewnym sensie kulminacyjny i kluczowy, moment w książce Bolesława Prusa – po tym, jak Wokulski próbuje popełnić samobójstwo. Bohater czyni to ze słowami „Boże, bądź miłościw…”, po czym następuje krótki, lecz ważny dialog z ratującym go dróżnikiem Kasprem Wysockim. Co wielmożny pan robi najlepszego? Kto słyszał takie rzeczy… Przecie Bóg… – mówi Wysocki nieśmiało, niemniej wskazując na perspektywę najważniejszą, po czym przychodzi żal u Wokulskiego, który powtarza Boże miłosierny… Boże miłosierny!… Na co znów Wysocki: Płacz, wielmożny panie, i wzywaj boskiego imienia… Nie będziesz go wzywał nadaremnie… Nie będę przytaczał całości tej pięknej sceny, niemniej padają tam słowa ewidentnie wskazujące na perspektywę Bożej Opatrzności, a sam opis duchowych przeżyć Wokulskiego (mimo że samą powieść trudno byłoby przecież określić jako katolicką) robi niesamowite wrażenie. Ten motyw został w filmie zupełnie pominięty i nie wiem, czy przesadzę, jeżeli uznam, że o ile dla polskości miejsca w tej adaptacji nie zabrakło, o tyle dla wiary twórcy już go poskąpili…
Ale nawet pomimo tego braku muszę przyznać, że Stanisław Wokulski został ukazany w całej rozpiętości swego charakteru i bynajmniej nie jako gburowaty cwaniak bez kręgosłupa, jak u Maślony-Demirskiego, lecz jako człowiek bezpretensjonalnie przyzwoity ze skłonnością do szlachetności. Takiej postaci potrzebowało polskie kino. Taką dał nam Maciej Kawalski. I chwała mu za to.
Filip Obara







