Ks. prof. Piotr Roszak: Czy z duszą jest jak z eterem? O ważności pojęcia duszy

Historia nauki zna pojęcia, które przez pewien czas wydawały się niezbędne do opisu świata, a później jednak okazywały się zbędne. Najbardziej znanym przykładem jest eter – sugerowano jego istnienie, aby wyjaśnić rozchodzenie się światła, widząc w nim niewidzialną substancję wypełniającą wszechświat. Gdy doświadczenie Michelsona i Morleya podważyło jego istnienie, eter zniknął z podręczników fizyki (choć nota bene jako termin trafił wówczas do medycyny!). Nic więc dziwnego, że niektórzy stawiają dziś podobne pytanie wobec duszy. Skoro neuronauki coraz dokładniej opisują działanie ludzkiego mózgu i potrafimy dzięki temu obserwować procesy poznawcze, to czy pojęcie duszy nie należy do tej samej kategorii co eter, który był może użyteczny kiedyś, ale dziś już jest niepotrzebny?
Dusza nie jest jednak tym samym rodzajem pojęcia co eter, bo nie należy do fizyki, lecz metafizyki. Nie została wymyślona po to, by wyjaśnić jakieś konkretne zjawisko fizyczne, ale odpowiedzą na znacznie głębsze pytanie: kim jest człowiek i jego duchowe działania? Mylenie tych dwóch poziomów wyjaśniania jest często powodem do nieporozumień.
Powrót wielkich pytań
Dynamiczny rozwój nauki w nowożytności sprawia niekiedy wrażenie, że nowe interpretacje podważają wszystko, co myślano wcześniej. Po pierwszym okresie zachwytu nowymi teoriami, kiedy odrzuca się dawne rozwiązania jako nieaktualne, przychodzi zwykle etap bardziej spokojnej refleksji. Wtedy okazuje się, że rzeczywistość jest bogatsza niż sądzono. Myślano bowiem kiedyś, że po Newtonie nie będzie już żadnych tajemnic we wszechświecie. Wszystko miało być przewidywalne, a człowiek, jak śpiewał z ironią Grzegorz Turnau, jest „systemem mechanicznie doskonałym”, w którym nagle coś się zepsuło. Pojawienie się mechaniki kwantowej w XX wieku pokazało jednak, że świat nie daje się opisać w jeden sposób, a interakcje poziomu fizykalnego i duchowego (nazywanego często przez samych fizyków „ukrytym”) przyjmuje bardzo wielu naaukowców, którzy jak David Bohm mówili wręcz o stanie splątanym dotyczącym cząstek, które oddziałują na siebie pomimo ustania interakcji. Podobnie wielu uważało, że sukces nauk eksperymentalnych uczyni metafizykę zbędną. Tymczasem coraz większa liczba filozofów nauki przyznaje, że bez metafizyki nauka nie potrafi nawet uzasadnić własnych założeń, statusu pojęć czy zakresu teorii. Dla większości więc pytanie nie jest „czy”, ale „jaka” metafizyka jest potrzebna dzisiejszej nauce.
Ku zaskoczeniu wielu, w epoce biologicznego determinizmu i redukcjonizmu wracają do łask klasyczne pojęcia, nad którymi dyskutuje się w najlepszych ośrodkach naukowych świata. A jednym z nich jest właśnie dusza. Paradoksalnie, rozwój neuronauk nie tyle zmusza do odrzucenia tego pojęcia, ile pozwala lepiej zrozumieć, co ono oznacza.
Czy można zrobić zdjęcie duszy?
To pytanie w pewnym sensie nie wskazuje na nic nowego. Już św. Tomasz z Akwinu stawiał podobne pytania w „Summie teologii”, które dzisiaj powracają w nowej postaci. Czy można empirycznie potwierdzić obecność rzeczywistości duchowych? Czy można zobaczyć duszę? Czy da się ją uchwycić na tomografie komputerowym albo sfotografować?
Niektórzy twierdzą, że skoro czegoś nie można zobaczyć, zważyć lub zmierzyć, to tego nie ma. Taki sposób myślenia cechuje się jednak pewną naiwnością. Czy da się zrobić zdjęcie istocie miłości? Możemy sfotografować zakochanych, zarejestrować aktywność ich mózgów, zmierzyć poziom hormonów. Nadal jednak nie uchwycimy samej miłości. Poznamy jej biologiczne korelaty, ale nie jej istotę.
Jeszcze lepiej pokazuje to przykład książki. Można bardzo dokładnie przeanalizować skład chemiczny atramentu, zbadać papier, policzyć litery, opisać procesy zachodzące w mózgu czytelnika. To nawet będzie bardzo kompletna informacja. Ale czy jednak dzięki temu poznamy sens książki? Oczywiście nie. Znajomość nośnika nie jest jeszcze poznaniem – duchowej – treści.
Wydaje mi się, że podobnie jest z człowiekiem. Neuronauki coraz lepiej opisują biologiczny nośnik ludzkiego poznania, ale nie oznacza to jeszcze, że wyjaśniły sam podmiot poznający. To jak z „okablowaniem’ w przypadku urządzeń elektronicznych: ich kreatywne działanie pozostaje powiązane z poszczególnymi kablami, ale do nich się nie sprowadza. Wynika to z faktu, że nauki empiryczne odpowiadają przede wszystkim na pytanie, „jak” coś działa np. jak postępuje człowiek. Pojęcie duszy należy natomiast do odpowiedzi na pytanie, kim człowiek jest. Dlatego św. Tomasz z Akwinu nie rozumiał duszy jako „ducha w maszynie”, ukrytego gdzieś między organami czy neuronami. Dusza nie jest przedmiotem po prostu umieszczonym gdzieś w ciele. Jest zasadą życia, która nadaje jedność i tożsamość materii, całemu ciału człowieka.
Dusza w Biblii
Z perspektywy wiary jasno wynika, ze dusza nie jest późnym dodatkiem do chrześcijaństwa ani reliktem greckiej filozofii na siłę dodanym do katolicyzmu. Pismo Święte od początku mówi o duchowym wymiarze człowieka. Hebrajskie pojęcia nefesz i ruah znajdują później swoje odpowiedniki i osadzenie w greckich terminach psyche i pneuma. Spotyka się tu droga poznania naturalnego z Objawieniem. Dlatego nikogo nie dziwią słowa Księgi Mądrości, że „dusze sprawiedliwych są w ręku Boga” (Mdr 3,1). Podobnie Psalmy pełne są odniesień do duszy człowieka: „Jak łania pragnie wody ze strumieni, tak dusza moja pragnie Ciebie, mój Boże” (Ps. 42, 2-3). A Chrystus sam mówi: „smutna jest dusza moja aż do śmierci” (Mt 26,38) i jednocześnie pyta: „Cóż pomoże człowiekowi, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł?” (Mt 16,26). Trudno uznać te wszystkie wypowiedzi za przypadkowe metafory. Nieprzypadkowo późniejsza tradycja Kościoła będzie modliła się słowami: „Duszo Chrystusowa, uświęć mnie”. A zatem pojęcie duszy nie jest marginalnym elementem chrześcijaństwa, ale odsłania kluczowe kwestie antropologii i soteriologii.
Jeśli wierzymy, że Pismo Święte jest świadectwem Bożego Objawienia, trudno więc pominąć to, co mówi ono o duszy. Nie jest to kwestia dowolności interpretacyjnej, prostego wskazania, że to po prostu wpływy greckie, ale komplementarności, przy odmienności języka, tych dwóch sposobów wskazywania na tożsamość człowieka, do którego kierowane jest zbawienie. Jesteśmy na poziomie „gramatyki”, przy której jakiekolwiek zmiany, odbijają się mocnym skutkiem na chrześcijańskich twierdzeniach.
Jednocześnie, wydaje mi się zresztą, że współczesne dyskusje często stawiają niewłaściwe pytanie. Nie chodzi przede wszystkim o to, czy istnieje dusza jako rzeczywistość duchowa, ale o to, czy jest ona nieśmiertelna. Wiara odpowiada twierdząco, jeśli ktoś sięgnie do tzw. „głównych prawd wiary” (a warto je sobie przypominać, nie tyle co do brzmienia, ile co do ich ‘sensu’, a więc dlaczego tak formułuję prawdy). Człowiek nie jest przeznaczony do unicestwienia. Coś musi bowiem przenieść w wieczność zapis tego, kim jesteśmy. Wchodzimy do życia wiecznego nie jako anonimowa energia czy bezosobowa świadomość, lecz jako konkretne osoby. Jeśli Piotr ma być zbawiony, to nie jakiś jego odległy odpowiednik czy niemal doskonała kopia. Musi istnieć ciągłość tożsamości osoby Piotra żyjącego na ziemi, w konkretnym miejscu i czasu, z Piotrem, który ma doświadczyć zmartwychwstania. Dusza jest właśnie gwarancją tej ciągłości, że to chodzi o mnie.
Czy mózg wszystko wyjaśnia?
Przez pewien czas, ale dość krótki (co nie znaczy, że nie zdążyło się zapisać w umysłach ludzi i wytworzyć wręcz tzw. „powszechnej opinii”) dominowało przekonanie, że człowiek jest niczym więcej niż garścią neuronów. Miłość, religia, moralność, wolność – wszystko miało być efektem odpowiednich reakcji chemicznych i wyładowań elektrycznych. Paradoksalnie, dziś jednak coraz mniej naukowców broni takiego twardego stanowiska. Relacje między mózgiem a umysłem, między materią a duchem, okazują się znacznie bogatsze. Wiele sporów bierze się z prostego błędu: utożsamienia korelacji z przyczynowością.
To, że akty religijne wiążą się z aktywnością określonych obszarów mózgu, nie oznacza jeszcze, że mózg wytwarza religię. To, że człowiek potrzebuje mózgu do działania, nie oznacza, że jest wyłącznie mózgiem. Musimy jeść, aby żyć, ale nie oznacza to, że jesteśmy zdeterminowani do spożywania konkretnych potraw. Podobnie mózg umożliwia ludzkie działanie, ale go nie determinuje Coraz częściej wracają tutaj intuicje tomistyczne. Nie chodzi o bezkrytyczny powrót do średniowiecza, ale o dostrzeżenie, że klasyczne kategorie pozwalają uchwycić coś, co umyka redukcjonizmowi. Tomasz doskonale widział korelacje między życiem psychicznym a cielesnym, ale nigdy jednak nie utożsamiał jednego z drugim.
Dziwna niechęć do „duszy”
Dlaczego więc słowo „dusza” budzi dziś taki opór? Być może nie dlatego, że dysponujemy lepszym wyjaśnieniem człowieka. Często po prostu zmieniamy terminologię. Jedni mówią o świadomości, inni o podmiotowości, jeszcze inni o umyśle czy „ja”. Co ciekawe, sam sw. Tomasz posługiwał się terminem mens jako synonimem duszy ze względu na jej poznawcze właściwości. Ale to nie oznacza odrzucenia duszy.
W tle działa również charakterystyczna dla nowożytnej nauki ekonomia myślenia, która przeszła do historii jako tzw. brzytwa Ockhama lub w późniejszej wersji jako zasada racji dostatecznej. Chodzi o to, ze w wyjaśnianiu poszczególnych zjawisk szuka się przyczyn najbliższych, bezpośrednio odpowiedzialnych za dane zjawisko. Jest to niezwykle skuteczna metoda badawcza. Nie wolno jednak zapominać, że wyjaśnienie najbliższej przyczyny nie oznacza jeszcze wyjaśnienia całej rzeczywistości. To, że potrafimy opisać proces biologiczny, nie oznacza jeszcze, że wyjaśniliśmy sens ludzkiego życia, wolność czy odpowiedzialność.
W tym sensie interesujące są intuicje prof. Marka Szulakiewicza, który od lat przypomina, że współczesna kultura potrzebuje nie tyle kolejnej redukcji człowieka, zapaści w materialistyczną iluzję, ile odkrycia na nowo jego duchowego wymiaru. Materia sama z siebie nie odpowiada na pytanie o sens. Świat potrzebuje nie tylko opisu, ale również interpretacji. Nauka mówi nam coraz więcej o tym, „jak” funkcjonuje człowiek, ale pytanie „kim jest” pozostaje pytaniem filozoficznym i teologicznym. Ślady rzeczywistości duchowej poznajemy podobnie jak wiele innych rzeczywistości – po ich skutkach.
Dlatego łaski nie da się zważyć ani sfotografować, ale można zobaczyć jej owoce: heroiczne przebaczenie, wierność mimo cierpienia, zdolność do miłości przekraczającej ludzką kalkulację. Nie jest to dowód laboratoryjny, ale przecież nie wszystko, co rzeczywiste, daje się zamknąć w probówce. Przypomina mi się w tym miejscu wiersz Potwór Pana Cogito Zbigniewa Herberta. Gdy inni zaczynają wątpić w istnienie potwora, uznając go za legendę, Pan Cogito odpowiada prosto: potwór istnieje, bo są jego ofiary. Ktoś je przecież zabił. Nie wszystko poznaje się przez bezpośredni ogląd. Niektóre rzeczywistości odsłaniają się przez swoje działanie. Tak właśnie klasyczna filozofia mówi o duszy.
Zbaw duszę swoją
Czasami spotykam na przydrożnych krzyżach wezwanie (będące śladem przeprowadzanych w danej parafii np. misji świętych): „Zbaw duszę swoją”, ale nie odbieram go jako jedynie zachęty do troski o jakiś ukryty, ale jeden tylko z elementów człowieka. Rozumiem je jako wezwanie do ocalenia całego człowieka. Dusza jest bowiem wyrazem tej tajemnicy, ontologicznej podmiotowości, dzięki której pozostajemy sobą mimo upływu czasu, zmian naszego ciała, a ostatecznie także śmierci.
Być może dlatego współczesna nauka, zamiast ostatecznie pożegnać pojęcie duszy, coraz częściej zmusza nas do ponownego postawienia pytań, które wydawały się już zamknięte. Im więcej wiemy o mózgu, tym wyraźniej widać, że opis mechanizmu nie jest jeszcze opisem człowieka.
Dusza nie jest więc religijnym odpowiednikiem eteru – hipotezą wymyśloną po to, by zapełnić luki w wiedzy. Jest próbą nazwania tego, czego nie wolno zgubić, jeśli chcemy ocalić pełną prawdę o człowieku. Dlatego warto jej bronić. Nie ze względu na sentyment do dawnego słownictwa, ale dlatego, że wraz z pojęciem duszy bronimy ludzkiej wolności, odpowiedzialności, godności i nadziei życia wiecznego, wbrew pokusie prostego redukcjonizmu czy „nicwiętyzmu”, wedle którego człowiek jest niczym więcej niż neuronami, komórkami, czynnikami społecznymi etc. A jednak jest czymś znacznie więcej, bo zdolnym do życia wiecznego – jest capax Dei. Nic więc dziwnego, ze katolicka nauka o duszy inspiruje do dziś.
Ks. Piotr Roszak






