Łukasz Warzecha: „Lex Kamilek”, czyli jak szkodzi Horna-Cieślak

Warzecha-Horna-Cieslak (1).jpg

Kto śledził aferę wokół głośnej interwencji pani rzecznik praw dziecka, ten mógł zauważyć, że przewijał się tam temat Kamilka i ustawy, nazywanej jego imieniem. Szczególnie mocną bombę wrzuciła Wirtualna Polska informując, że pani Horna-Cieślak współpracowała z Instytutem Wymiaru Sprawiedliwości za czasów pana Ziobry, opracowując projekt „ustawy Kamilka”. Tu wszystko zaczyna się spinać, bo ustawa – o której mówiłem swego czasu kilkakrotnie na moim kanale – jest prawem fatalnym, zbędnym i szkodliwym na kilku poziomach.

Publicystyczna nazwa ustawy jest zarazem odbiciem zjawiska koszmarnego aktywizmu prawnego: coś się wydarza – politycy natychmiast wymyślają ustawę, która co prawda problemu nie rozwiązuje, ale za to można się pochwalić, że się coś zrobiło. Zdarzenie miało miejsce w pierwszej połowie 2023 r. W Częstochowie ojczym skatował na śmierć małego chłopca. Do zbrodni doszło w domu, a rodzina była pod nadzorem pomocy społecznej oraz sądów rodzinnych w Częstochowie i Olkuszu. To ważne, bo wskazuje, że – po pierwsze – system już był, ale nie zadziałał, należałoby zatem przede wszystkim zająć się diagnozą przyczyn tego niezadziałania; po drugie – do skatowania chłopca doszło w domu, dlatego rozwiązania, jakie wdrożyła „ustawa Kamilka”, nie miały wiele wspólnego z tą tragiczną sytuacją. Nawet gdyby ustawa działała w czasie, gdy ojczym katował chłopca, i tak niczego by to nie zmieniło.

Rząd PiS postanowił jednak pokazać, że coś robi i Ministerstwo Sprawiedliwości uruchomiło w błyskawicznym tempie prace nad projektem ustawy, w których – jak się teraz okazuje – brała udział pani Horna-Cieślak, od dawna w tamtym momencie współpracująca z Instytutem Wymiaru Sprawiedliwości. Przygotowany przez nią projekt ustawy został jednak złożony nie jako projekt rządowy, ale poselski. Jak zwraca uwagę autor tekstu na portalu Wirtualnej Polski Szymon Jadczak, oznacza to, że projekt nie musiał przechodzić konsultacji (to zresztą luka w prawodawstwie, która koniecznie powinna zostać uszczelniona). Jak wynika z tekstu WP, pani Horna-Cieślak nie tylko z IWS współpracowała, ale wprost dla niego pracowała przez kilka lat, pobierając normalne wynagrodzenie. Żeby było zabawniej, ten zawodowy związek nie został ujawniony w czasie, gdy rozpatrywano jej kandydaturę na rzecznika praw dziecka. Ona sama tłumaczy, że była to rzekomo „wiedza powszechna”. Raczej wątpię, bo gdyby tak było, to z całą pewnością posłowie koalicji rządzącej nie oddaliby na nią głosu. Tymczasem 28 listopada 2023 r. zagłosował za nią gremialnie cały klub Koalicji Obywatelskiej.

Zróbmy to razem!

Pani Horna-Cieślak twierdzi, że nie pobierała wynagrodzenia za przygotowanie projektu ustawy („Z koleżanką, sędzią Agnieszką Matysek […] robiłyśmy to po pracy. Zaczęłyśmy jesienią 2022 r. Siedziałyśmy wieczorami w domu i pisałyśmy przepisy” – cytuje jej wypowiedź Jadczak). Nie ma to jednak większego znaczenia z punktu widzenia kształtu przepisów, który okazał się absurdalny. Skandaliczne natomiast jest to, że – jak się teraz okazuje – praktycznie nie sposób prześledzić drogi projektu na etapie jego przygotowywania w ministerstwie. Całość została przeprocedowana błyskawicznie – chłopiec zmarł w szpitalu na początku maja, a Sejm uchwalił ustawę już 28 lipca ogromną większością 441 głosów. Przeciwko było jedynie 11 posłów – z ówczesnych kół Konfederacji i Wolnościowców. Zdrowy rozsądek zachowało jedynie 11 posłów.

Jeśli zaś spojrzymy na „lex Kamilek” przez pryzmat znanych już zachowań pani rzecznik – nie tylko ostatniej afery, ale również wcześniejszej, z lodami w Pszczynie – widzimy pewien schemat szkodliwości jej działań.

Ustawa wprowadziła przede wszystkim wiele nowych biurokratycznych obowiązków, tak jakby nowa warstwa biurokracji miała rozwiązać jakikolwiek problem. W ustawie o przeciwdziałaniu przemocy domowej wprowadzono na przykład kwestionariusz szacowania ryzyka zagrożenia dla zdrowia i życia dziecka, który muszą w czasie interwencji wypełniać funkcjonariusze. Każdy, kto nie utracił kontaktu z rzeczywistością, rozumie świetnie, że kwestionariusz dla ochrony dziecka nie zmienia literalnie nic. To po prostu dodatkowy kwit, który policjant musi wypisać, co zajmuje mu kolejne cenne minuty służby. Ale uwaga: jako że jedną z dominujących cech polskiego systemu państwowego jest maksymalne asekuranctwo, policjanci będą oczywiście mieli tendencję do przeszacowywania owego ryzyka, tak aby nikt im potem nie zarzucił, że go nie docenili, a to z kolei ułatwia odbieranie rodzicom dzieci. Prawda, jak to się elegancko składa w całość z najnowszymi wyczynami pani rzecznik?

Jednak najgorsze jest skrajnie absurdalne, biurokratyczne obciążenie, jakie generuje ustawa o ochronie małoletnich, tworząca fikcyjny mechanizm dbania o dzieci. Po pierwsze – informacje o każdym, kto ma choćby epizodyczny kontakt z dziećmi, mają być weryfikowane w Krajowym Rejestrze Karnym. Spowodowało to, że zaświadczeń zaczęto wymagać na przykład od rodziców, którzy mieliby pomóc nauczycielowi w opiece nad klasą w czasie wycieczki do kina. Rodzice nie mają czasu na uzyskiwanie takich papierków, więc po prostu taka pomoc się skończyła.

Ale skutki są znacznie poważniejsze, bo podobnym zaświadczeniem powinna się legitymować choćby osoba oprowadzająca szkolną wycieczkę na przykład po jakimś zakładzie pracy – fabryce, redakcji, biurze. W wielu przypadkach stało się to powodem rezygnacji z takich wizyt. Docierały do mnie również sygnały o tym, że zaświadczeń wymagano czy to od opiekunów parafialnych chórów czy nawet od pełnoletnich ministrantów służących wraz z niepełnoletnimi. Paranoja? Oczywiście, ale zgodna z literą ustawy i wspomnianym powszechnym asekuranctwem.

Innym skutkiem stały się przesłuchania gości hotelowych przyjeżdżających z niepełnoletnimi przez recepcjonistów na okoliczność stopnia pokrewieństwa – co oczywiście wywoływało awantury i prawdopodobnie po początkowym wzmożeniu zostało zarzucone. Był to skutek wdrożenia przez „lex Kamilek” tak zwanych standardów ochrony małoletnich. Gdyby nie przyjęte przeze mnie założenia o miernych zdolnościach intelektualnych pani Hornej-Cieślak, które każą raczej zakładać, że po prostu nie była ona w stanie przewidzieć konsekwencji własnych poczynań, musiałbym zapytać o wpływy lobbingowe. Wkrótce bowiem uaktywnił się sektor organizacji, które za pieniądze oferowały wszelkim instytucjom, w których pojawiają się dzieci, sporządzenie takich standardów jako gotowca. Przy czym mówimy tutaj naprawdę o wszelkich możliwych instytucjach, nie tylko tych, których celem jest opieka nad dziećmi. Standardy muszą mieć wszystkie muzea, teatry, kina, filharmonie, centra handlowe, obiekty sportowe i tak dalej. To oczywiście kompletna i całkowita fikcja, zabierająca jedynie czas i pieniądze oraz wymagająca oddelegowania pracownika odpowiedzialnego za tę działkę. W dziedzinie realnej ochrony dzieci nie zmienia to absolutnie nic.

Inne skutki, jakie wywołała ustawa, to zakaz bezpośrednich kontaktów telefonicznych nauczycieli z uczniami, zapisany w standardach niektórych szkół, czy przebywania z nimi sam na sam w zamkniętym pomieszczeniu. Przy czym tego bezpośrednio w ustawie nie zapisano – to twórcze interpretacje jej zapisów przez poszczególne placówki, a raczej firmy, które pisały dla nich standardy.

Wisienką na torcie są przewidziane w ustawie i przyjmowane przez Radę Ministrów Krajowy Plan Przeciwdziałania Przemocy na Szkodę Małoletnich oraz Krajowy Plan Przeciwdziałania Przestępstwom Przeciwko Wolności Seksualnej i Obyczajności na Szkodę Małoletnich. Jak wiadomo, skoro przyjęte będą plany, to nic złego już wydarzyć się nie może. Plan to podstawa, jak w Peerelu.

Spójrzmy jednak na sprawę z pewnego oddalenia. Dlaczego – poza rozrostem absurdalnej biurokracji tworzącej fikcyjne mechanizmy – ta ustawa jest fatalna? Otóż idzie ona w kierunku wzmocnienia podejrzliwości i nieufności pomiędzy dziećmi i dorosłymi. U jej podstawy tkwi założenie, że każdy właściwie kontakt dorosłego z dzieckiem, w szczególności dorosłego niebędącego rodzicem, musi potencjalnie mieć w sobie coś niestosownego. Dlatego robi się z recepcjonistów hotelowych przesłuchujących, z pracowników ośrodków sportu konfidentów, a standardy ochrony małoletnich mają tę podejrzliwość wszczepić właściwie wszystkim. Objawem tej paranoi jest obawa przed zamknięciem drzwi klasy czy pokoju, jeżeli nauczyciel zostaje sam na sam z uczniem.

Stworzona przez panią Hornę-Cieślak pod patronatem PiS ustawa jest nie tylko szkodliwa z powodu swojego biurokratycznego ładunku, lecz również dlatego, że niszczy naturalny porządek, a nawet osłabia zdrowe mechanizmy kontroli. Jej projektantka zapewne nie zdaje sobie z tego sprawy, ale paradoksalnie skutki ustawy mogą być odwrotne od zamierzonych również dlatego, że im więcej schematów formalnych, tym bardziej przytępia się naturalna, zwykła ludzka wrażliwość na podejrzane sytuacje. Radą na zapobieganie tragediom takim jak ta z Częstochowy nie jest mnożenie pisemnych standardów, kwestionariuszy, planów i innych dupokrytek, tylko tłumaczenie ludziom, kiedy i jak powinni rozpoznać niebezpieczne dla dzieci sytuacje. Tego nie robi się poprzez ustawy.

Dla porządku trzeba jeszcze odnotować, że obecna władza podjęła próbę niewielkiej racjonalizacji ustawy, proponując, aby zrezygnować z konieczności uzyskiwania zaświadczeń z Krajowego Rejestru Karnego w przypadku okazjonalnego zajmowania się dziećmi. Niestety, tę nowelizację zawetował pan prezydent Nawrocki, powołując się na… opinię rzecznik praw dziecka.

Łukasz Warzecha

Zróbmy to razem!
Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.
Wybierz kwotę: