Łukasz Warzecha: Wizje pani von der Leyen

„Europa ociepla się dwa razy szybciej niż reszta świata!” – oznajmiła pani Ursula von der Leyen podczas tegorocznego SOTEU, czyli State of the European Union – dorocznego wrześniowego wystąpienia przewodniczącego Komisji Europejskiej, wygłaszanego na sesji plenarnej w Strasburgu. Dalej zaś oznajmiła, że w związku z tym nie ma mowy o zejściu z klimatystycznego kursu. Twierdzenie, że Europa ociepla się dwa razy szybciej niż reszta świata, jest o tyle interesujące, że w sieci krążą zestawienia nagłówków prasowych z ostatnich lat, pokazujących, że to samo pisano w zasadzie o każdej możliwej innej części globu. Znajdziemy więc teksty o tym, że Australia, Antarktyka, Afryka, Ameryka czy Azja ocieplają się dwa razy szybciej (albo generalnie szybciej) niż reszta świata. Trzeba by zatem uznać, że każda część świata ociepla się szybciej niż każda inna. Czy jakoś tak.
Czy zatem przewodnicząca KE opiera swoje twierdzenie na jakichkolwiek danych czy też po prostu powtarza bezmyślnie klisze z wystąpień klimatystów? Odpowiedź jest chyba oczywista.
Podczas swojego mniej więcej godzinnego wystąpienia szefowa Komisji Europejskiej nie zajęła się w ogóle rewizją systemu ETS, a więc jednym z najgorętszych tematów w Unii obecnie. Nie wspomniała również o ETS 2, który ma wejść w życie w 2028 r., a który oznacza gigantyczne podwyższenie kosztów życia, a więc również potężny impuls inflacyjny – nie tylko w Polsce, lecz również w całej UE, w tym w strefie euro. Już dzisiaj polityka klimatyczna drenuje UE z jej potencjału gospodarczego, czemu trzeba zapobiegać regulacjami, sztucznie obciążając import surowców do Unii za pomocą cła węglowego CBAM.
CBAM to szczególnie wyrazisty symbol absurdu unijnej polityki klimatycznej. Ceny energii w UE i co za tym idzie unijnych wyrobów na przykład ze stali są dzisiaj horrendalne. W ubiegłorocznym raporcie Międzynarodowa Agencja Energetyczna szacowała, że ceny prądu w UE są o 100 proc. wyższe niż w USA i o 50 proc. wyższe niż w Chinach. Z kolei niedawno wiceprezes Polskiej Grupy Energetycznej wskazywał, że w Polsce koszt ETS to około 50 proc. kosztów cen energii dla przedsiębiorstw, podczas gdy średnia unijna to około 11 proc. Wszystko to powoduje, że logicznie rynkowo byłoby sprowadzać spoza UE te wyroby i półprodukty, które powstają z materiałów najbardziej obciążonych kosztami polityki klimatycznej. Tak byłoby znacznie bardziej opłacalnie. Komisja Europejska to doskonale wie, dlatego postanowiła zamknąć tę drogę właśnie cłem węglowym. Każdy produkt z listy (są na niej stal, aluminium, cement, nawozy, ale także wodór – ze szczegółowymi parametrami) jest obciążony opłatą odpowiadającą emisjom, jakie wiązały się z jego wyprodukowaniem. Chcesz uciec od kosztów polityki klimatycznej, sprowadzając towar z Indii czy Chin? Niedoczekanie twoje. Zapłacisz dodatkowo, tak żeby ci się to nie opłacało.
W przypadku cen energii i ich wpływu na przemysł skutek polityki klimatycznej jest całkowicie oczywisty. Nie inaczej jest, gdy idzie o europejski przemysł samochodowy. Pchanie na siłę samochodów elektrycznych przysłużyło się wyłącznie producentom chińskim i to do tego stopnia, że hipoteza o potężnym lobbingowym wpływie Pekinu nie wydaje się irracjonalna. Europejski przemysł samochodowy leży i kwiczy, co w ostatnim czasie widać najwyraźniej w przypadku problemów Volkswagena, który w sumie zapowiada zwolnienie nieprawdopodobnej liczby 100 tys. pracowników.
Media przez jakieś czas powtarzały błędne twierdzenie o rezygnacji UE z planu zakazu rejestracji nowych aut spalinowych od 2035 r. Otóż nic takiego nie zostało postanowione mimo apeli sektora motoryzacyjnego. Pojawiła się jedynie propozycja KE, która w symbolicznym stopniu zakaz łagodzi: zamiast redukcji emisji o 100 proc. ma być redukcja o 90 proc., którą w dodatku producenci musieliby kompensować poprzez stosowanie „zielonej” stali wytwarzanej w Unii Europejskiej. Czyli tej horrendalnie drogiej, bo produkowanej bezwęglowo. Zagadka: jaki będzie to miało wpływ na ceny w ten sposób wytwarzanych pojazdów?
To prowadzi do pytania, które słyszę na różnych spotkaniach wielokrotnie: dlaczego oni – politycy i przede wszystkim urzędnicy KE – to robią? Jaka jest ich motywacja? Nie wiem, czy kiedykolwiek poznamy całą prawdę. Kilkakrotnie już słyszałem jednak od europosłów – i to wcale niekoniecznie z grup politycznych opozycyjnych wobec obecnej Komisji – że pani von der Leyen działa jak fanatyczka. Być może to jednak zbyt prosta odpowiedź.
Odstawmy na chwilę na bok kwestie zewnętrzne – lobbing, międzynarodowe interesy i podobne – i zastanówmy się tylko nad samą panią von der Leyen. W tej chwili jest na półmetku swojej drugiej kadencji. Jako przewodnicząca KE nie ma żadnej legitymacji demokratycznej. Mimo wprowadzenia teatralnej instytucji Spitzenkandidaten, wybór, a właściwie wyznaczenie szefa Komisji nie stało się ani trochę bardziej demokratyczne. Nadal jest to osoba wybierana w kuluarach Rady Europejskiej (zgromadzenia szefów rządów i państw) w ramach skomplikowanego układu politycznych interesów przeplatających się z kwestiami poprawności politycznej (płeć) czy narodowościowymi. Niewiele zmienia tutaj konieczność zatwierdzenia danej osoby przez PE.
Tu przypomnieć trzeba, że gdy pani von der Leyen była po raz pierwszy wybierana na szefową KE w 2019 r., w Parlamencie za jej kandydaturą opowiedzieli się posłowie PiS, a partia pana Kaczyńskiego uznała zatwierdzenie pani von der Leyen za swój wielki sukces (do dzisiaj można znaleźć okładkę „Gazety Polskiej” z takim dokładnie sformułowaniem). Niemka pozostała na stanowisku na kolejną kadencję nie dlatego, że tak znakomicie kieruje Komisją, ale dlatego, że nikt nie był gotowy na naruszenie istniejącego układu i negocjowanie od nowa ułożenia wszystkich stanowisk. W KE pani von der Leyen miała i ma nadal fatalną renomę jako osoba apodyktyczna, zgarniająca pod siebie wszystkie kompetencje, niekonsultująca niemal niczego z komisarzami odpowiadającymi za daną dziedzinę. Symbolem jej dominacji jest sytuacja Kai Kallas, byłej premier Estonii, w tej kadencji wysokiej przedstawicielki UE do spraw zagranicznych i bezpieczeństwa, z urzędu wiceprzewodniczącej KE. Kallas została sprowadzona do roli paprotki – nie może kompletnie nic poza wygłaszaniem nic nieznaczących oświadczeń.
Dochodząc do władzy w KE pani von der Leyen potrzebowała jakiegoś politycznego wehikułu. To problem samej konstrukcji instytucjonalnej UE – rozdęte kompetencje Komisji Europejskiej powodują, że zamiast zajmować się wyłącznie zarządzaniem strukturą, działa ona faktycznie jak rząd, choć nie ma demokratycznej legitymacji, jaką mają rządy w państwach członkowskich. Komisja potrzebuje jakiejś wizji, choć w ogóle nie powinna jej mieć. Nie od tego jest. Niemka postawiła na politykę klimatyczną. Dlaczego tak się stało i czemu to akurat był jej wybór – trudno powiedzieć. Może kiedyś jakiś dziennikarz śledczy będzie potrafił sprawdzić, jakie były przyczyny. Mógł to być splot przypadków, wpływu lobbystów i osobistych przekonań.
Zaś instytucjonalne usytuowanie Komisji Europejskiej oraz pozycja jej przewodniczącego powodują, że w praktyce jest to ciało niemal niekontrolowane. Jeśli polityk znajdując się w takich okolicznościach zainwestuje ogromnie wiele w jedną, całkowicie błędną politykę, lecz nie ma środków czy czynników, które przymusiłyby go do rezygnacji z tego błędnego kierunku – dlaczego miałby to zrobić? Szczególnie jeśli sam w żaden sposób nie odczuwa jej skutków. Wymowna jest historia z samochodami służbowymi dla członków Komisji. W ramach jej przymusowego „zazieleniania” pani von der Leyen przesadziła ich do elektrycznych limuzyn. Ponieważ jednak są to ciężkie BMW, pojazdy te nie są w stanie bez ładowania pokonać niespełna 450-kilometrowej trasy Bruksela-Strasburg (w tym ostatnim mieście odbywa się raz w miesiącu sesja PE) i muszą robić postój na ładowanie w połowie, w Luksemburgu. Powoduje to, że komisarze tracą czas, a bywa i tak, że na stacji ładowania tworzą się kolejki służbowych pojazdów Komisji. Ta uciążliwość nie dotyczy jednak samej pani von der Leyen, ona bowiem podróżuje opancerzonym samochodem z ochroną, a ten jest już napędzany tradycyjnym silnikiem spalinowym.
Nie jest zatem tak, że wystarczy pozbyć się pani von der Leyen, a sytuacja radykalnie się zmieni. Fiksacja na punkcie zielonego ładu może wynikać z jakichś osobistych uprzedzeń czy fanatyzmu obecnej przewodniczącej KE, ale stoi też za nią cały system. Bez jego zmiany oraz bez przełamania tradycyjnej koalicji w Parlamencie, złożonej z Europejskiej Partii Ludowej i Socjaldemokratów, wiele się nie zmieni.
Łukasz Warzecha
ŁUKASZ WARZECHA: VON DER LEYEN, TUSK I WOJNA. KOMU TO SŁUŻY?






