Łukasz Warzecha: Sylwia Spurek układa dietę szkolną

Artykuł 48 polskiej konstytucji mówi: „Rodzice mają prawo do wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami. Wychowanie to powinno uwzględniać stopień dojrzałości dziecka, a także wolność jego sumienia i wyznania oraz jego przekonania”. Nie jest to jedyny przepis ustawy zasadniczej, który jako nieostry jest przez polskie państwo nadszarpywany. Tu jednak emocje są wyjątkowo duże, bo wielu rodzicom w takich sytuacjach włącza się tryb „wara od moich dzieci”. I słusznie.
Prawo opisane w art. 48 było wcześniej naruszane w różnych sprawach. Na przykład nowelizacja prawa łowieckiego, uchwalona za rządów Prawa i Sprawiedliwości pod dyktando Jarosława Kaczyńskiego, którego poglądy są bliskie tym głoszonym przez prozwierzęce lobby, odebrała polującym rodzicom prawo do zabierania własnych dzieci na polowania. Uzasadniano to rzekomymi szkodami psychicznymi. Od tego czasu myśliwi bezskutecznie walczą z tym zapisem.
Takie uzasadnienie otwiera drogę innym zwolennikom przejmowania przez państwo roli rodziców – i to się dzieje najczęściej w obrębie szkoły. Zakaz używania telefonów komórkowych, który zdejmuje z rodziców kolejną część odpowiedzialności za własne dzieci, nie jest przecież niczym innym. Jednak wyjątkowo szkodliwym przykładem wdzierania się przez państwo na obszar, który powinien pozostawać w gestii rodziców, jest dieta planetarna, wprowadzona właśnie do przedszkolnych i szkolnych jadłospisów rozporządzeniem Ministerstwa Zdrowia datowanym na 16 lutego.
Nazwa brzmi dla osób niewtajemniczonych nieco zagadkowo, ale też podniośle. Faktycznie planetarność w nazwie nie ma jednak nic wspólnego z na przykład okrągłym kształtem (można by sobie wyobrażać, że to odniesienie do jakiegoś graficznego przedstawienia zrównoważonego doboru składników). To nawiązanie do ideologicznego potraktowania tematu: celem diety ma być nie tylko rzekome zdrowe żywienie, ale też „ochrona planety”. Nie jest to fantazja czy teoria spiskowa, ale oficjalne uzasadnienie, podawane przez jej projektantów, czyli Komisję EAT-Lancet, która opracowała zalecenia w raporcie z 2019 r.
Co to takiego, owa komisja? Założyła ją grupa naukowców (odniesienie do nazwy czasopisma medycznego „Lancet” wzięło się jedynie od publikacji raportu w tymże miejscu) w 2016 roku. Przy czym komisja jest odnogą Eat Foundation. Początkowo inicjatywę finansowały trzy podmioty: Wellcome Trust, Stordalen Foundation (fundacja norweskiej miliarderki Gunhild Stordalen) oraz Stockholm Resilience Centre przy Uniwersytecie Sztokholmskim. Wellcome Trust całkowicie otwarcie stwierdzał, że celem jego działania jest zmiana globalnego wzorca żywienia. Na stronie fundacji czytamy we wpisie z 2016 r.: „A new foundation launches today with the ambition to reform the global food system, enabling us to feed a growing global population with healthy food from a healthy planet”, czyli „Uruchomiona zostaje dzisiaj nowa fundacja, której ambicją jest zreformowanie globalnego systemu żywnościowego, czego celem jest nakarmienie rosnącej światowej populacji zdrową żywnością ze zdrowej planety”. „Zrównoważony wpływ na środowisko” jest jednym z oficjalnych celów tego schematu. Wellcome Trust zarzekał się, że nie miał wpływu na wynik prac gremium, które sfinansował, ale trzeba by być skrajnie naiwnym, żeby uwierzyć, że zasileni pokaźnymi sumami naukowcy dostarczą rezultat stojący w sprzeczności z dezyderatami fundatorów. A mówimy o dużych pieniądzach: Wellcome Trust i Stordalen Foundation wyłożyły na działalność Eat Foundation na jej pierwsze trzy lata po 3 mln funtów, zaś działalność samej Komisji EAT-Lancet finansował wyłącznie Wellcome Trust. Wellcome, podobnie jak Stordalen Foundation, miała swoich przedstawicieli we władzach Eat Foundation.
Od 2020 r. do fundatorów dołączyła Fundacja Rockefellera. Nowy raport komisji ma kolejnych fundatorów, wśród których są IKEA Foundation (ponad 3 mln euro), Fundacja Rockefellera czy Svenska Postkodlotteriets Stiftelse (szwedzka fundacja oparta na loterii, która realizuje klasyczną „postępową” misję społeczną).
Opisywanie całej sieci powiązań pomiędzy wielkimi fundacjami a Eat Foundation – a więc i komisją, która przygotowała raport i projekt diety planetarnej – zajęłoby tysiące znaków. Jest to klasyczny przykład plątaniny interesów, z której wyłania się kolejny wielki projekt globalnego wpływu na ludzi, motywowanego „dobrem planety” i postępem. Ten właśnie projekt Ministerstwo Zdrowia bierze jako podstawę wydanego przez siebie rozporządzenia.
Mówimy tutaj o akcie prawnym w randze rozporządzenia, który konstruowany jest w zaciszu gabinetów, bez żadnej debaty. Wiemy jednak, kto brał udział w przygotowaniu tego gniota. To między innymi organizacja Green Rev, która na swojej stronie chwali się wprost, że MZ po prostu przyjęło przygotowany przez nią projekt rozporządzenia: „Od 16 lutego 2026 r. obowiązuje rozporządzenie Ministra Zdrowia, które po raz pierwszy w historii polskiego prawa gwarantuje roślinny posiłek w każdym publicznym przedszkolu i szkole podstawowej w Polsce. Green REV Institute walczyło o tę zmianę przez 5 lat. Wygrałyśmy.
Green REV Institute złożył projekt nowelizacji do Ministerstwa Zdrowia w 2024 r. wraz z partnerami koalicji. W 2025 r. skoordynowałyśmy ogólnopolskie konsultacje publiczne, zmobilizowałyśmy blisko 70 radnych Ambasadorów_rek i ponad 100 organizacji partnerskich. W lutym 2026 r. rozporządzenie weszło w życie. Nasza propozycja stała się polskim prawem”.
Green Rev to organizacja wprost deklarująca cele zgodne ze skrajnie lewicową agendą: „Misja Fundacji to zmienianie i budowanie świata w szacunku dla człowieka, zwierząt i klimatu. Współczesne rolnictwo przestało być tym, które znaliśmy. Stało się przemysłem, który wpływa na jakość życia i zdrowie ludzi, zmiany klimatyczne i uprzedmiotowienie zwierząt”.
Nic dziwnego, skoro wśród założycieli są Sylwia Spurek i jej siostra Anna, a w radzie naukowej zasiadają tacy prozwierzęcy fanatycy jak prof. Elżanowski. Niestety, nie dowiemy się, kto jest fundatorem i zasila finansowo fundację – takiego linku na jej stronie brak, a sprawozdania finansowe nie muszą tego precyzować. Wiemy natomiast, że wśród partnerów są European Vegetarian Union, Future Food4Climate czy skrajnie lewacka federacja Niech żyją!
Swoją rolę odegrała także organizacja Rodzice dla Klimatu. „Od początku istnienia naszego ruchu stale łączymy dorosłych, którzy chcą wspólnie działać na rzecz klimatu, czystego środowiska i ochrony bioróżnorodności, w sposób pokojowy, dążąc do zmian systemowych zgodnych z zaleceniami Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu (IPCC). Chcemy, aby u podstaw wszystkich decyzji, przede wszystkim politycznych, leżały nie zyski korporacji czy partykularne interesy, a dobro wspólne – przede wszystkim zdrowie, przyszłość i bezpieczeństwo dzieci i przyszłych pokoleń oraz dobrostan przyrody” – tak ta struktura przedstawia swoje cele. Na swojej stronie organizacja wychwala m.in. londyńską ULEZ, czyli odpowiednik SCT – wywołujący rosnącą wściekłość londyńczyków – czy właśnie tworzenie SCT w polskich miastach. Niestety, o finansowaniu tej fundacji także niczego się nie dowiemy.
Gdy idzie o rozporządzenie, kluczowy jest zapis dotyczący przekroju posiłków. Zwłaszcza dwa zapisy: „co najmniej raz w tygodniu w ramach obiadu była podawana potrawa przygotowana na bazie nasion roślin strączkowych bez dodatku produktów odzwierzęcych” oraz „dwa razy w tygodniu w ramach obiadu była podawana porcja mięsa, przygotowana z mięsa świeżego, a w przypadku osób niespożywających produktów odzwierzęcych – alternatywna potrawa roślinna, w szczególności na bazie nasion roślin strączkowych”. Ten drugi zapis dotyczący mięsa jest o tyle ciekawy, że w innych punktach, przy innego rodzaju produktach, mamy sformułowanie „co najmniej”. Tu go nie ma, z czego wprost wynika, że świeże mięso ma trafiać na stół tylko dwa razy w tygodniu.
Czy rozporządzenie było analizowane pod kątem apetytów uczniów lub przedszkolaków? Wątpię. Czy brano pod uwagę jego skutki finansowe – bo przecież dodatkowe produkty to z ekonomicznego punktu widzenia duży problem? W tej sprawie skierowałem pytania do ministerstwa. Mało tego, prawdopodobnie okaże się, że w „dniu bezmięsnym” liczba chętnych na obiady w szkołach i przedszkolach będzie wyraźnie mniejsza, zatem trzeba będzie przygotowywać posiłek specjalnie dla małej grupy, a część będzie lądować w koszu. Przedszkolaki są przy tym szczególnie narażone na tę żywieniową indoktrynację, bo w przeciwieństwie do uczniów, one po prostu muszą zjeść w ciągu dnia posiłek. Nie dożywią się hot-dogiem w pobliskiej Żabce.
Działania Ministerstwa Zdrowia powinny zostać prześwietlone nie tylko pod kątem tego, czy jest to dieta odpowiednia dla młodych ludzi, ale również pod kątem lobbingu czy podstaw w postaci badań. Przede wszystkim jednak jest to narzucenie ideologicznie motywowanej agendy żywnościowej wszystkim dzieciom w Polsce, które chciałyby skorzystać ze szkolnych posiłków. W ten sposób rządząca lewica realizuje cele lewicowych globalistów.
Łukasz Warzecha





