Marta Nawrocka poparła in vitro. Kto zawinił?

Pierwsza Dama popiera in vitro. Każdy ma prawo do szczęścia, twierdzi a Polska ma problemy demograficzne, więc… Marta Nawrocka nie jest jednak pierwsza. Wcześniej in vitro popierało również wielu innych prominentnych ludzi prawicy. Dlaczego?
Pierwsza Dama, Marta Nawrocka, wyraziła poparcie dla procedury in vitro w programie Bogdana Rymanowskiego. Oto cała jej wypowiedź:
„Ja uważam, że nie można odebrać drugiej osobie tego szczęścia posiadania dziecka, jeżeli nie może kobieta zajść w sposób naturalny. Ja jestem tą szczęściarą i mam trójkę dzieci, które urodziłam naturalnie, zaszłam w ciążę naturalnie i nie chciałabym ograniczać drugiemu człowiekowi posiadania dzieci i uważam, że jak ktoś chce skorzystać z tego programu, to jak najbardziej niech korzysta. Mamy problem demograficzny w Polsce i chciałabym, żeby każda mama, każda kobieta, która chce zostać mamą, była szczęśliwa i została nią. Jeżeli to jest sposób in vitro, to tak”.
Stanowisko Marty Nawrockiej zostało przyjęte z dużym zaskoczeniem przez znaczną część opinii publicznej. Na polskiej prawicy nie jest to jednak niczym nowym. W 2023 roku prezydent Andrzej Duda podpisał ustawę o finansowaniu in vitro z budżetu. Za ustawą głosowała część Prawa i Sprawiedliwości, w tym były premier Mateusz Morawiecki i wielu ludzi, którzy związani są dziś z jego ugrupowaniem Rozwój Plus. W debacie z tymże Morawieckim na „Kanale Zero” poparcie dla in vitro wyraził również popularny komentator, a dawniej polityk, Jan Maria Rokita. Wszyscy wymienieni – Duda, Morawiecki, Rokita – podają się za katolików i wydaje się, że rzeczywiście się za takich uważają. Wypowiedź Marty Nawrockiej można zatem dopisać do tej listy.
Dlaczego część polskiej prawicy, pomimo zachowywania związków z Kościołem katolickim, deklaruje swoje poparcie dla in vitro?
Emocje rządzą poglądami
Wydaje się, że pierwszorzędnym argumentem są emocje. W przypadku takim, jak aborcja, bardzo łatwo o negatywne obrazy i skojarzenia. W łonie matki dojrzewa dziecko, a ktoś je morduje – truje chemiczną substancją, wbijając igłę w serce; rozrywa na kawałki. Mamy do czynienia z morderstwem, które dla każdego jest oczywiste. Nawet lewicowcy nie udają, że to nie jest mordowanie. To jest mordowanie, wiedzą o tym – tyle, że w ideologii lewicowej niektóre kategorie ludzi nie mają godności. W przeszłości komuniści mordowali „wrogów ludu”, dziś aborcjoniści mordują „wrogów samorozwoju”. Dla prawicy bestialstwo lewicowej ideologii jest w przypadku aborcji jednak dobrze widoczne, dlatego na ogół politycy z tego kręgu są stabilni w potępianiu aborcji. Owszem, niektórzy centryści w rodzaju Mateusza Morawieckiego akceptują tolerowanie mordowania dzieci w niektórych przypadkach, ale nawet oni nie uważają, żeby to było coś „dobrego”. Co do zasady, ludzie przywiązani do cywilizowanego ładu odrzucają zabijanie ludzi; to ich mierzi i odraża.
W przypadku in vitro jest inaczej. Procedura in vitro nie jest fizycznie odrażająca. Odbywa się w laboratorium, a jej przedmiotem nie są rozwinięte dzieci, ale ludzkie zarodki. Zarodki, choć z perspektywy biologicznej i filozoficznej są ludźmi, nie wyglądają jak ludzie – i nie budzą emocji. Zamrożenie zarodka, jego selekcjonowanie, ba, nawet jego zabicie – nie da się tego pokazać w sposób, który budziłby analogiczną odrazę, co aborcja.
Co więcej, w przypadku aborcji emocją, która stoi za ruchem aborcyjnym, jest na ogół frustracja, gniew i bunt – to rzeczy brzydkie. W przypadku in vitro, argumentacja dotyczy miłości, uczucia, chęci posiadania dzieci…
In vitro nie emocjonuje
Prawicowiec, który kieruje się w ocenie in vitro emocją, a nie rozumem, jest skonsternowany. Z jednej strony słyszy od Kościoła, że in vitro jest złe. Z drugiej – nie potrafi tego dostrzec. „Jakieś” zarodki, a co to jest, a czy to ma duszę, no nie przesadzajmy, przecież to nie płacze, czy to człowiek, chyba nie…
Do akceptacji in vitro prawicowca zachęca też społeczna emocja. Miłość, macierzyństwo, rodzina – to wszystko przecież konserwatywne wartości. In vitro zdaje się je wspierać, więc prawicowiec ma nieledwie naturalną skłonność do poparcia in vitro. Dodatkowo, prawicowiec chce też silnego narodu – a mamy kryzys demograficzny. Wpada więc w pułapkę Makiewela: za dobre uznaje to, co skuteczne dla osiągnięcia celu politycznego, a nie to, co rzeczywiście godziwe.
Co istotne, brak racjonalnego oglądu kwestii in vitro obserwujemy również w Stanach Zjednoczonych. Tamtejsza prawica walczy z aborcją, ale w przypadku in vitro pozostaje bierna albo nawet wspiera tę procedurę. Politycy nie rozumieją tego problemu, a jeżeli nawet rozumieją – to nie mają siły, by przeciwstawiać się społecznej emocji, która nakierowana jest na triumf woli dążącej do szczęśliwego rodzicielstwa.
In vitro jest tymczasem moralnym złem i nic nie może tego zmienić: zamrażanie ludzkich zarodków to niegodziwość. Jak zatem przekonać prawicę, by przestała kierować się emocjami, a postawiła na racjonalną ocenę tej sprawy?
Kościół a in vitro. Brakuje powagi
Sądzę, że brakuje solidnego głosu Kościoła katolickiego. Mówiąc krótko, Kościół nie traktuje sprawy in vitro poważnie. Kiedy sprawa nabiera charakteru politycznego, biskupi publikują wprawdzie jakieś specjalistyczne oświadczenia, ale tych tekstów nikt nie czyta. W efekcie w społeczeństwie umacnia się przekonanie, że nawet jeżeli in vitro jest według Kościoła złem, to w praktyce Kościół to toleruje. Jakby było jakimś pomniejszym grzechem, ot, jak palenie papierosów.
W przypadkach, na których biskupom zależy, potrafią zdobyć się na duże kampanie społeczne. To na przykład religia w szkole albo tzw. edukacja zdrowotna. Biskupi działali tu szeroko, publikowali wiele listów, wypowiadali się w mediach, wspierali różne inicjatywy, protesty, wiece, marsze…
Kiedy chodzi o in vitro, panuje jednak milczenie. Gdy polski parlament w 2023 roku przegłosował rozszerzenie finansowania in vitro z budżetu, a ustawa trafiła na biurko prezydenta Andrzeja Dudy, reakcji niemal nie było. Dopiero pod sam koniec procesu legislacyjnego ówczesny szef episkopatu abp Stanisław Gądecki wysłał do prezydenta list, prosząc go, by nie podpisywał ustawy. Żadnej kampanii społecznej, żadnego poruszenia w mediach.
Część ortodoksyjnych katolików działających w polityce wie, że w Kościele katolickim wiary muszą bronić wszyscy – nie tylko biskupi, ale również wierni. Dlatego niektórzy politycy opowiadają się jasno przeciwko in vitro, nawet jeżeli biskupi milczą. Większość prawicowych polityków, choćby i było konserwatystami, postrzega sprawy mniej świadomie: uważają, że w polityce można zrobić tyle, na ile Kościół skutecznie pozwala. Jeżeli biskupi w sprawie in vitro reagują tak słabo, to widocznie wcale nie jest to takie ważne i pewnie sami nie są przekonani, że to taka zła procedura.
Potrzebna świadoma polityka
Dlatego za błędy, które publicznie głoszą Marta Nawrocka, Mateusz Morawiecki, Jan Rokita czy Andrzej Duda, odpowiada w pierwszej mierze inercja pasterzy. Kluczowe pytanie brzmi zatem: skąd bierze się ta inercja? Niestety, w Kościele katolickim w Polsce nie ma większego zainteresowania sprawami doktrynalnymi. Biskupi skupiają się raczej na administracji i lokalnej polityce; czym zajmują się teologowie uniwersyteccy poza zdobywaniem kolejnych punktów z publikacji, tego nikt nie wie. Polskie życie kościelne kręci się wokół polityki: jeżeli pojawia się jakiś temat na stylu religii i polityki, który rozpala emocje, to wówczas jest poruszenie również w Kościele. In vitro nie rozpala jednak emocji, dlatego biskupi, teologowie i katoliccy dziennikarze niewiele sobie z tego robią. Ot, jakiś skomplikowany temat moralny i doktrynalny – nie ma się co tym zajmować.
Po stronie hierarchii kościelnej, głównego winowajcy moralnej zapaści wokół in vitro, nie widzę możliwości poprawy status quo. Jedyna szansa to autentycznie katolicka, świadoma polityka, robiona przez ludzi, którzy zdają sobie sprawę z natury wojny cywilizacyjnej, kryzysu Kościoła – i wiedzą, że odpowiedzialność za obronę wiary spoczywa również na nich, a nie tylko na ospałych pasterzach i teologach z urzędu.
Paweł Chmielewski







