Multimilionerzy znów pouczają zwykłych śmiertelników. Festiwal hipokryzji na gali Grammy

Tegoroczna gala nagród muzycznych Grammy zamieniła się w jedną wielką demonstrację polityczną. Liczne gwiazdy wyrażały dezaprobatę wobec polityki migracyjej Donalda Trumpa, pouczały ze sceny wyborców prezydenta oraz próbowały wzbudzić w nich poczucie wstydu.
Jak relacjonuje brytyjski The Spectator, piosenkarka Billie Eilish, odbierając nagrodę za Piosenkę Roku, wybełkotała: "Choć jestem ogromnie wdzięczna, szczerze mówiąc, nie czuję potrzeby mówić nic poza tym, że nikt nie jest nielegalny na zrabowanej ziemi". Sabrina Carpenter z łzami w oczach kiwała głową i klaskała, jakby właśnie była świadkiem przemówienia Martina Luthera Kinga "I Have a Dream". Joni Mitchell, Kehlani i Justin Bieber mieli przypinki z napisem "ICE out" w proteście przeciw polityce imigracyjnej administracji Trumpa.
W przypadku arcybogatych gwiazd popkultury po raz kolejny mamy do czynienia ze zjawiskiem znanym jako "sygnalizowanie cnoty" (ang. virtue signalling), czyli po prostu - z moralnością na pokaz. Sygnalista w pierwszej kolejności chce wykorzystać popularność inicjatywy, by pokazać się jako osoba dobra lub będąca po „właściwej stronie”. A to, czy cała akcja w ogóle odniesie sukces i rzeczywiście wpłynie na proponowane zmiany, nie ma w danej chwili żadnego znaczenia.
Postawę gwiazd popkultury wyśmiał popularny komik Bill Maher w swoim programie "Real Time". "Mam nadzieję, że nie zepsułem doskonałego bilansu przypinek i wstążek rozwiązujących wszystkie problemy świata. To znaczy, nie ma takiego problemu - od broni po AIDS, od nękania po raka piersi - który nadal by istniał po tym, jak ludzie założyli dla nich wstążki. Z wyjątkiem was, wy pozerzy" - kpił.
Jak się bowiem okazuje, w sprawie nielegalnej migracji pouczają Amerykanów "nadludzie", dysponujący prywatną ochroną 24/7, mieszkający w odosobnionych, pilnie strzeżonych zamkniętych posiadłościach, których nie dotyczą problemy zwykłych ludzi. Hipokryzję Billie Eilish, autorki słów o "zrabowanej ziemi, obnażyli sami rdzenni Amerykanie. Okazało się, że posiadłość piosenkarki wybudowano na ziemiach należących w przeszłości do plemienia Tongva. Jak przekazali przedstawiciele plemienia, gwiazda nie kontaktowała się z nimi zw sprawie kupna działki.
The Spectator zauważa, że gwiazdy pop-kultury swoim zaangażowaniem wciąż popełniają ten sam błąd. Głośne opowiadanie się po stronie aborcji, anty-białego raisizmu, LGBT+, genderyzmu czy w końcu nielegalnej migracji, jedynie wzbudza niechęć zwykłych Amerykanów, zmęczonych polityczną poprawnością oraz ludźmi pouczającymi ich jak mają żyć. Nic dziwnego, że później kierują swoje polityczne sympatie w zupełnie inną stronę, niż życzyliby sobie celebryci, którzy - w ostateczności - osiągają efekt odwrotny do zamierzonego.
Piotr Relich







