Nad Sekwaną ruszyła już prezydencka kampania wyborcza. Lewica chce „nowej Francji”

W niedzielę 7 czerwca lewicowy trybun Jean-Luc Mélenchon pojawił się na swoim pierwszym wiecu wyborczym. To czwarta przymiarka tego polityka do sięgnięcia po prezydenturę. Głosowania są zaplanowane na przełomie kwietnia i maja 2027 roku, ale kampania rozpoczyna się niemal rok wcześniej.
Mélenchon na swoje inauguracyjne wystąpienie na starcie kampanii wybrał podparyskie miasto imigrantów Saint-Denis. Stało się ono zarówno wizytówką jego partii La France Insoumise – LFI, jak i poligonem doświadczalnym budowy „Nowej Francji”. Na Place Victor Hugo przyszło około 25 tysięcy ludzi. Od ostatnich wyborów samorządowych rządzi tu przedstawiciel „wielokulturowej” wizji kraju, a zarazem polityk LFI – Bally Bagayoko.
To historyczne miasto z bazyliką Saint-Denis nekropolią królów Francji, jest dzisiaj symbolem wszystkich problemów tego kraju, łącznie z realizującą się tutaj „podmianą społeczeństwa”. – Wierzę, że w tym miejscu jest moc – rozpoczął swój wiec Mélenchon. Lider „Zbuntowanych” uznał Saint-Denis za ucieleśnienie „nowej Francji”, którą chce przeciwstawić „narodowej Francji” kandydata Zjednoczenia Narodowego (RN), a będzie to Marine Le Pen lub Jordan Bardella. Do tej pory wszystkie sondaże dają wygraną w I turze właśnie politykowi z tej dwójki.
Nadmiar kandydatów
Inne odłamy lewicy są podzielone, chociaż tu najpoważniej wygląda socjalista Glucksman. Centrolewica prezydencka nie ma jeszcze kandydata i trwają tu przepychanki m.in. pomiędzy byłymi premierami Gabrielem Attalem a Édouardem Philippem. Centroprawica ma Brunona Retailleau, który zaplanował zgromadzenie swoich zwolenników 20 czerwca na wiecu w Parc Floral de Vincennes. Poza tym padają też nazwiska Davida Lisnarda, Laurenta Wauquieza, MSZ Dominique de Villepina, Jeana-Louisa Borloo, Sarah Knafo, Géralda Darmanina, Xaviera Bertranda. Jest socjalista Olivier Faure i komunista Fabien Roussel, a nawet były prezydent François Hollande.
Jean-Luc Mélenchon, pomimo problemów z antyizraelskimi akcentami polityki jego partii, ma szansę umocnić swoją pozycję lidera po lewej stronie.
„Nowa Francja”
Jego wybór przybliżyłby koniec Francji, jaką jeszcze znamy. Mélenchon nie tylko chce „kreolizacji” kraju, ale na wiecu w Saint-Denis obiecał np. „niepodległość” Nowej Kaledonii i „rozszerzoną autonomię” Korsyki. Obiecywał, że będzie rządził według jednej zasady: „szacunku dla ludu i woli pomocy mu w wyzwoleniu się spod wszelkich zależności i dominacji”. Ten polityk nie uznaje żadnej „tożsamości narodowej”. Chce budować nowe społeczeństwo, zgodnie z wizjami jeszcze Karola Marksa, w których dawny „proletariat” zastąpił „lud wyklęty” w postaci imigrantów.
Francuska tożsamość to temat drażliwy na lewicy. O ile Mélenchon chce ją zniszczyć i na jej gruzach stworzyć „nowego czlowieka”, to socjalista Glucksmann tworzy konstrukcje, w których wyznacza rolę fundamentu „tożsamości” takim elementom jak język, historia, wspólne wartości, wzorce (oczywiście lewicowe). To i tak nieźle, bo Raphaël Glucksmann uważa, że „jego polityczna rodzina zbyt długo ignorowała lub lekceważyła te tematy”.
Media francuskie zwracają uwagę, że aparat partyjny LFI jest tu znacznie bardziej skuteczny i wygra pojedynek o rząd dusz na lewicy. Tym bardziej, że Glucksmann w debatach politycznych wypadał dość blado i zebrał niezłe cięgi np. od prawicowego polityka i publicysty Erica Zemmoura. Warto dodać, że na wiecu w Saint-Denis Mélenchona wspierali m.in. Annie Ernaux, laureatka Nagrody Nobla w dziedzinie literatury, czy Érica Vuillard, zdobywca Nagrody Goncourtów. Polityk zyskuje na popularności, jest dobrym taktykiem, a w najnowszych sondażach jego szanse na awans do drugiej tury znacznie wzrosły.
Wiec pełen symboli
Rewolucyjne przemówienie w cieniu nekropolii królów, wychwalanie „skreolizowanego” społeczeństwa, czy kokietowanie rosnącego elektoratu muzułmańskiego w cieniu murów będących świadkami chrześcijańskiej przeszłości kraju, to symboliczny paradoks współczesnej Francji. Druga tura z udziałem kandydata partii narodowej i Mélenchona to bardzo możliwy scenariusz. Byłaby to „dogrywka”, która może stanowić dla tego kraju rzeczywisty „moment historyczny”.
Bogdan Dobosz
.






