Ostatnie dni Europy. Leon w Hiszpanii wobec martwoty historii

Leon XIV wzywa Hiszpanów do powrotu do wiary w Boga. Hiszpanie go jednak nie słuchają. Nie dlatego, że nie znają drogi powrotu, ale dlatego, że nie chcą wracać. Chcą iść tylko „naprzód”, a Leon XIV nie wie, jak pokazać im kierunek.
Jest truizmem stwierdzić, że Hiszpania nurza się dziś we wtórnym barbarzyństwie. W jaskrawej formie przypomniała o tym światu, kiedy 26 marca 2026 roku zamordowana została Noelia Castillo Ramos. 25-letnia kobieta została poddana tzw. eutanazji. Zgodę na jej uśmiercenie wydał hiszpański system sądowy, z udziałem Sądu Najwyższego; hiszpańscy sędziowie odwoływali się też do regulacji unijnych.
Sprawa wywołała ogromną dyskusję, choć kobieta nie była najmłodszą zabitą w ten sposób osobą w Hiszpanii – wcześniej mordowano już ludzi o kilka lat młodszych.
Uwagę przykuwał jednak wyjątkowo trudny lost Noelii Castillo. Kobieta została zgwałcona przez kilku mężczyzn, prawdopodobnie przez młodocianych imigrantów. Próbowała popełnić samobójstwo, a na skutek tej próby została częściowo sparaliżowana. Co więcej, 25-latka zgłosiła się też do programu dawstwa organów, co sprawiało, że jej eutanazyjne uśmiercenie miało automatycznie beneficjentów.
Mordowanie niewinnych ludzi, którym należna jest pomoc, nie jest w Hiszpanii nowiną. Od wielu lat dozwolona jest w tym kraju praktyka aborcji, czyli zabijania dzieci nienarodzonych. Kobiety mordują własne dzieci aż do 14 tygodnia ciąży na żądanie. Dzieci można zabić także na późniejszym etapie ciąży, jeżeli stwierdzi się ich chorobę albo też faktyczne lub rzekome zagrożenie dla życia czy zdrowia matki. Mordowanie dzieci zostało wprowadzone w Hiszpanii pierwszy raz w latach 30. XX wieku, co wycofał generał Francisco Franco. Legalność dzieciobójstwa przywrócono w latach 80., ułatwiając ją jeszcze w 2010 roku. Obecnie w aborcjach zabijanych jest około 90 tysięcy dzieci rocznie. Liczba spada z roku na rok, prawdopodobnie ze względu na rozpowszechnienie pigułek postkoitalnych, które doprowadzają do uśmiercenia istoty ludzkiej na najwcześniejszym etapie życia. Swoje robi też demografia: Hiszpania ma niezwykle niską dzietność i społeczeństwo po prostu się kurczy.
W kraju nie ma też większego poszanowania dla naturalnego ani sakramentalnego rozumienia małżeństwa. Od ponad dwudziestu lat pary jednopłciowe mogą zawierać tam cywilne „małżeństwa”. Hiszpania wprowadziła takie rozwiązanie jako trzeci kraj na świecie, po Holandii i Belgii. Homomałżeństwa mogą adoptować dzieci, dlatego w Hiszpanii funkcjonują tego rodzaju „rodziny”. Ma to oczywiste implikacje dla systemu edukacji, który – jak każdy system kontrolowany przez państw – odzwierciedla oficjalne stanowisko i stan prawny, przekonując młodych Hiszpanów o normalności instytucji jednopłciowego „małżeństwa”.
Oczywiście, z perspektywy stanowiska Kościoła katolickiego ostatnich lat można byłoby wskazać na sfery, w których Hiszpania wyróżnia się pozytywnie. To między innymi działania na rzecz rozwoju odnawialnych źródeł energii, niechęć do angażowania się w konflikty zbrojne czy zwłaszcza niezwykle proimigrancka polityka. W kwietniu 2026 roku rząd Pedro Sancheza zalegalizował pobyt w Hiszpanii ponad 0,5 mln migrantów, co stanowiło ostry kontrast wobec polityki Donalda Trumpa w USA. Wszystkie te ruchy wielu katolików krytykuje, wychodząc z zupełnie innego postrzegania roli państwa i prawidłowych zasad jego funkcjonowania; referuję tu jednak oficjalną linię polityczną Watykanu, którą – budując na poprzednikach, ale dodając ostrości – ustalił zwłaszcza papież Franciszek, a którą Leon XIV zasadniczo kontynuuje. Z tej perspektywy na naganę mogą liczyć nie tylko przedstawiciele socjalistycznej wierchuszki rządowej, ale również najbardziej wyraziści politycy opozycyjni. Prawicowy Vox Santiago Abascala regularnie krytykuje obecne władze za ich politykę migracyjną; używa też ostrej retoryki, co prowadzi do polaryzacji społecznej – a to zjawisko od dawna znajduje się na watykańskim celowniku.
Leon XIV udał się do Hiszpanii 6 czerwca. Pozostanie tam aż do 12 dnia tego miesiąca. W swoich wystąpieniach porusza dość klasyczne motywy: nawołuje do zgody społecznej, dialogu i pokoju; przypomina o chrześcijańskim dziedzictwie Hiszpanii, apelując o uświadomienie sobie, że Bóg i Kościół nie są tylko jakimś zamkniętym rozdziałem historii, który można traktować jak martwy skarbiec, ale rzeczywistościami życia, które powinny współkształtować hiszpańską przyszłość.
Poprawność jako droga do klęski
Kiedy czytam treść papieskich wystąpień, zadaję sobie pytanie: co tak właściwie Leon XIV chce osiągnąć? Nie znajduję w jego słowach nic, co byłoby złe albo gorszące, abstrahując od kwestii wrażliwości politycznej – to jednak sprawy drugorzędne. Znajduję też wiele rzeczy dobrych i ważnych. Zasadniczo rzecz biorąc, Leon XIV mówi poprawnie – tak, jak można byłoby tego oczekiwać od papieża. Stawiam jednak tezę, że poprawność to za mało. W sytuacji, w której znalazła się Hiszpania – i szerzej, w której znalazła się Europa – poprawność to droga do katastrofy.
Nie mam tu na myśli tylko godności życia ludzkiego. O tym papieże przypominają regularnie, ale trafiają na mur obojętności. Współczesne zachodnie społeczeństwa uznały mordowanie dzieci oraz rzekomo dobrowolne „wspomagane samobójstwa” dorosłych za osiągnięcie cywilizacyjne i nie zamierzają z tego rezygnować. Kościół katolicki potępia takie praktyki, ale nie wyciąga już w tej sprawie najcięższych dział – bo nie wierzy, że przyniesie to jakiś rezultat.
Co mógłby zrobić Leon XIV? Ostro potępić aborcję? Pewnie, ale tak robili już jego poprzednicy, zwłaszcza Jan Paweł II, bez żadnego efektu. Kościół odchodzi dziś od teorii wojny sprawiedliwej, zarazem będąc jednak radykalnie wiernym jednemu z pryncypiów tej teorii: wojna jest sprawiedliwa wtedy, kiedy istnieją widoki na zwycięstwo. Watykan uznał, że w sprawie aborcji czy eutanazji takich widoków nie ma. Dlatego Leon nie wygłasza w Hiszpanii sążnistych antyaborcyjnych filipik; nie odmawia też wizyty w tym kraju, naśladując – mutatis mutandis – postawę Piusa IX po zajęciu Rzymu przez rewolucyjnych Włochów w 1870 roku. Papież stara się dotykać również tej kwestii, ale główny nacisk kładzie na coś innego – na te sprawy, w których, jak sądzi, może odnieść rzeczywisty sukces.
Problem tylko w tym, że kwestie zgody społecznej albo polityki migracyjnej, przy pełnym uznaniu ich właściwej wagi, z perspektywy misji Kościoła katolickiego są jednak wtórne. Dla Kościoła najważniejsze jest to, by ludzie zamieszkujący Królestwo Hiszpanii – a szerzej, zamieszkujący Europę, której nowoczesną ideę Hiszpania stara się wdrażać w życie – aby ci ludzie osiągnęli zbawienie wieczne. Innymi słowy, Kościół chce, by mieszkańcy Hiszpanii uwierzyli w Jezusa Chrystusa.
Stawiam zatem pytanie, jakimi środkami operuje Leon XIV podczas swojej podróży apostolskiej, by zrealizować to właśnie dzieło. Moim zdaniem, te środki nie są satysfakcjonujące. Nie wiem jednak – i to jest sedno dramatu – czy dające się zastosować satysfakcjonujące środki w ogóle istnieją.
Wracam do początku: Hiszpania nie jest już krajem katolickim. Była takim, ale być przestała. Eutanazja, aborcja, homomałżeństwa, walka z obecnością religii w miejscach publicznych, ideologia gender, wreszcie – a to kluczowe – zniechęcenie do dalszego trwania w znanej sobie formie, które przejawia się w niskiej dzietności…
Przeszłość zmartwiała
Społeczeństwo hiszpańskie, tak jak „społeczeństwo” europejskie w ogóle, nie interesuje się Jezusem Chrystusem, którego postrzega jako postać z przeszłości. Leon XIV w swoich wystąpieniach przypomina o chrześcijańskiej tradycji Hiszpanii. Trudno, by tego nie czynił, rzecz oczywista – w końcu te tradycje są długie i wielkie. Te odniesienia są jednak centralne. Stanowią zwornik w zasadzie każdego przemówienia Leona. Od historii wychodzi, historią się karmi, na historii kończy. To prosty zabieg, ale sądzę, że całkowicie nieskuteczny.
Zachodnia epoka współczesna nie znosi historii. Współczesność definiuje się poprzez nowość. Ma to wiele przyczyn: dominacja polityczna młodych i pozbawionych głębokiej historii Stanów Zjednoczonych; zgorszenie tradycją na skutek zbrodni II wojny światowej; relatywizacja tożsamości kulturowej spowodowana globalizacją; wreszcie zachwyt nowoczesnymi technologiami, które bardziej niż cokolwiek innego w przyszłości zdają się „czynić wszystko nowym”.
Leon XIV przypomina hiszpańskiemu parlamentowi o szkole z Salamanki. Hiszpański parlament nie jest jednak zainteresowany szkołą z Salamanki. Szkoła z Salamanki jest hiszpańska, a hiszpański parlament nie myśli w kategoriach narodowych – myśli w kategoriach liberalnych, bo taka jest dominanta ideowa epoki. To, co hiszpańskie, nie jest dla Hiszpanów żadną wytyczną postępowania – podobnie, jak dla Polaków taką wytyczną nie jest to, co polskie, a dla Niemców to, co niemieckie. Dla wszystkich ludzi Zachodu wytyczną postępowania jest to, co liberalne – ideologia liberalnej międzynarodówki zachodniej, oto jedyna wytyczna, na którą otwiera się oko i ucho współczesnych polityków obdarzonych rzeczywistą władzą.
Historią nie interesuje się też zwykły Hiszpan, tak samo, jak nie interesuje się nią zwykły Polak. Owszem, może z zaciekawienia czytać historyczne książki, ale nie myśli w kategoriach rzeczywistej ciągłości z przeszłością – bo rzeczywistość, która go otacza, jest faktycznie nowa, niesamowicie nowa.
Christus alter Jovis
Święci żyją, ale ich retoryczna enumeracja celem uchwycenia sympatii słuchacza jest bezcelowa: choć żywi, dla słuchaczy są martwi, bo przemawiają z dawnych wieków, a dawnych wieków nikt nie chce słuchać.
Współczesnemu człowiekowi Zachodu potrzebne jest to, co nowe. Również Chrystus musi być nowy. Więcej: przede wszystkim Chrystus musi być nowy, bo nikt inny nie jest tak bardzo okryty tym, co stare.
Rzymianom III albo IV stulecia można było opowiadać o godności Katona albo wszechmocy Jowisza, ale traktowali to wszystko jako zużyte i nieinteresujące mity. Porywało ich tylko nowe, bo rzymski świat stawał się rzeczywiście nowy.
Mieszkańców Hiszpanii i Europy nie porywają odniesienia do przeszłości. Może ich porwać tylko nowy Chrystus, ale kto pokaże im nowego Chrystusa? Chrystus, owszem, jest nowy; ale dla Afrykanów i Afrykanie chętnie Go przyjmują: widząc w nim Tego, który niesie przyszłość. Na Zachodzie Chrystus jawi się jako niosący tylko przeszłość, a przeszłość, jak się uważa, jest pusta.
Leon XIV, kiedy opowiada Hiszpanom o chwale ich Królestwa, jest bezradny. Przyjechał do Rzymian i opowiada im o Katonie i Jowiszu, ale oni już nie czczą Katona ani Jowisza.
Jak ma im pokazać nowego Chrystusa?
Leon XIV tego nie wie i chyba nikt tego nie wie. Dlatego na Starym Kontynencie nowa ewangelizacja pozostaje tylko postulatem. Jeżeli to się nie zmieni – a dlaczego i jak miałoby się zmienić? – to pulsująca dziś europejska magma przybierze formę trwale odrębną od tej, którą chciałaby jej nadać ordo christiana. Zastałych form nie kruszy się łatwo; do tego potrzeba wieków – albo tysiącleci.
Być może Leon XIV to ostatni papież, który może pojechać do Hiszpanii, bo Hiszpania – tak jak cała Europa – dąży nieubłaganie do stabilizacji nowej formy.
Chyba, że ktoś pokaże jej jednak nowego Chrystusa. Czekam na pomysły.
Paweł Chmielewski






