Początek zagłady. Świadkowie o 1 września 1939 roku

1-wrzesnia-2026.jpg
Oprac. PCh24.pl

Bandycki napad hitlerowskich Niemiec na Polskę 1 września kosztował życie milionów naszych rodaków. Mało jest takich rodzin, w których nie opłakiwano by śmierci bliskiej osoby. W pamięci świadków rozpętania wojny światowej przez Niemców ten dzień wyrył się nie gojącą się raną.  

W porównaniu do tragicznych zmian jakie przyniosła wojna, życie rodziny Gosków w okresie międzywojnia było sielanką. Szczęśliwe dzieciństwo Józefa Goska (1923 – 2022) przecięło jak nóż wycie syren 1 września 1939.

„Mieszkaliśmy w Stołpcach, na wschodnich Kresach RP. Ja w okresie mego wczesnego dzieciństwa byłem szczęśliwy. Trwało to do wybuchu wojny. Jako że, ze Związkiem Radzieckim obowiązywał pakt o nieagresji, większą część oddziałów KOP-u, skierowano do walki na zachodniej granicy. Również szwadron „Stołpce”, wchodzący w skład pułku „Snów”, w którym służył mój tato Franciszek Gosk, ruszył do boju z Niemcami.

Zróbmy to razem!

Dla mnie, choć miałem wówczas zaledwie 6 lat, wyjazd ojca na wojnę był przeżyciem traumatycznym. Kilka miesięcy później, podczas porodu mojego brata, zmarła moja mama. Ona była pierwszą ofiarą wojny w naszej rodzinie, ponieważ wybuch wojny pozbawił ją należytej opieki zdrowotnej. Można sobie wyobrazić, co wówczas czułem.

Kiedy tato wrócił szczęśliwie żywy z frontu, zabrał mnie i wyjechaliśmy w rodzinne strony ojca, czyli do miejscowości Bieńki, w okolice Czyżewa. Ten wyjazd też był dla mnie pełen lęku, gdyż tatą zainteresowało się NKWD i właściwie z naszego domu w Stołpcach uciekaliśmy potajemnie.

W Bieńkach tato ożenił się ponownie. Jego wybranką była moja ciocia, czyli siostra mojej mamy. Wkrótce przyszedł na świat mój przyrodni brat. Ojciec nie mógł spokojnie znieść okupantów. Wstąpił do AK (aut. Franciszek Gosk dowodził działaniami plutonu, walczącego w składzie III batalionu 76. Pułku Piechoty AK potem WiN) w grudniu roku 1946 został aresztowany przez UB, a już w styczniu 1947 zabito go w piwnicach białostockiego więzienia UB. Zaopiekowała się mną moja nowa mama, bo rodziców zabrała mi wojna i jej siewcy spod ciemnej gwiazdy”.

Czesław Milewski ps. „Bernard” (1920- 2013). „Byłem żołnierzem Narodowych Sił Zbrojnych. Kiedy wybuchła wojna pracowałem w warsztacie mechanicznym przy ulicy Jurowieckiej w Białymstoku. Wszyscy pracownicy tego warsztatu i jego właściciel byli zakonspirowanymi członkami NSZ. Nasza tam komórka, dowodzona przez majstra o nazwisku Panasewicz, zajmowała się pomocą Żydom, którzy znajdowali się w getcie. Jego mur ciągnął się zaraz za warsztatem.

Pewnego dnia przyszedł do nas jeden Żyd po jedzenie. Akurat byłem sam w robocie. Dałem mu, zapakowane w papier, dwa kilo masła. On to włożył pod pazuchę i skierował się w stronę wyjścia, a tu nagle w drzwiach, nie wiadomo skąd się wziął, stanął gestapowiec. Wyszarpał mu te masło i zaczął niemiłosiernie bić tego człowieka. Jedną ręka go bił, a w drugiej trzymał odbezpieczony pistolet. Wiedziałem, że jak skończy łomotać Żyda, to zajmie się mną. Nie było jak uciec, bo we wszystkich oknach były siatki. Żeby nie to - skoczyłbym na szybę i bym dał dyla. Ale nie było jak.

Stało się jak myślałem. Kiedy Żyd leżał już nieprzytomny, podszedł do mnie celując z pistoletu i założył mi kajdanki. Zaprowadził mnie na komisariat Gestapo, który był w budynku na rogu ulicy Sienkiewicza i Jurowieckiej. Potem z Gestapo przewieźli mnie do białostockiej siedziby „Kripo” czyli tajnej niemieckiej policji, na ulicę Warszawska 50.

Niemcy zamknęli mnie w piwnicy, w tak małej celi, że dało się w niej na leżąco wyprostować nóg. Specjalnie się tak nade mną znęcali przez dwa miesiące. Potem zamknęli mnie w więzieniu na ulicy Kopernika. Po krótkim czasie całodobowego siedzenia w celi, Niemcy znając moje umiejętności, kazali mi naprawiać sieci sanitarne w całym więzieniu.

Powiem panu, że dzięki temu widziałem jakie okrucieństwa Niemcy potrafili wyrządzać naszym rodakom. Widziałem tam Polaka, żołnierza podziemia, którego niemieccy oprawcy skuli łańcuchem ważącym jakieś 80 kilo. Do tego go bili. Potem wywieźli go do obozu koncentracyjnego. Jakimś Bożym cudem on to wszystko przeżył jeszcze długo po wojnie żył w Białymstoku.

W niemieckim więzieniu widziałem bardzo wielu polskich zakładników i Cyganów. Były tam nawet kobiety w ciąży i z dziećmi. Jak przyszła choroba zakaźna. To wielu z nich umierało – dzieci też. Wszystkich, jak się wiele lat później dowiedziałem, zakopywali na terenie więziennego ogrodu. Od Niemców, którzy byli bardzo przekupni, wykupili mnie koledzy z NSZ. Zapłacili za mnie cztery i pół tysiąca marek, to była duża suma, kilkuletni zarobek niemieckiego robotnika”.   

Ks. Władysław Podeszwik (1933-2021). „Kiedy wybuchła wojna byłem małym chłopcem. Pierwszy raz usłyszałem o niej od moich ciotek, które we wrześniu 1939 siedziały przy stole i mówiły o bitwie pod pobliskim Andrzejewem, w której zginęło około 400 polskich żołnierzy 18 dywizji piechoty. Leżą oni w mauzoleum w Andrzejewie (aut. niedaleko Łomży). Osobiście widziałem niemieckie okrucieństwo ucieleśnione w postaci okupacyjnego komisarza Kolna - Glaubitza. Widziałem go kilka razy. Duży chłop, twarz owalna, czerwona. Polskim gospodarzom zabierał całą żywność. Tak, że przez niego przymieraliśmy głodem. Z diabelską przyjemnością mordował Żydów. Miał taki sadystyczny zwyczaj, że musiał zabić człowieka przed śniadaniem.

Opowiadali mi znajomi, że raz nie znalazł żadnego Żyda na ulicy, to wszedł do żydowskiego domu i zastrzelił dwie młode dziewczęta. To był człowiek demoniczny i oczywiście jak żył, tak skończył. On lubił polowania. Podczas jednego z nich za coś mu podpadł Polak, młody naganiacz zwierzyny. Złapał za lufę dubeltówki i chciał go uderzyć kolbą w głowę, ale ten unikając ciosu, zwinnie odskoczył w bok. Glaubitz uderzył w ziemię, dubeltówka wypaliła mu w brzuch. Długo się męczył, zanim skonał”.     

Wybuch wojny, wówczas piętnastolatka, Zbigniewa Narskiego zastał w Pułtusku. Kiedy z nim rozmawiałem miał już 95 lat, był u schyłku swojego życia, ale okupację niemiecką pamiętał doskonale. Zbigniew Narski (1924 – 2023) „1 września 1939 - byłem tego dnia u mojej ciotki w Pułtusku na wakacjach. Niemcy podeszli pod Pułtusk już gdzieś bodajże 5 września, więc ciotka Józefa jej mąż, jej dwie córki i ja – wszyscy ruszyliśmy w drogę. Była cała masa ludzi, którzy uciekali. Pamiętam strach przed blisko nas eksplodującymi bombami lotniczymi i pociskami armatnimi”.

„Wojna, która wywołali Niemcy odcisnęła się bolesnym piętnem na całym moim życiu. Podczas okupacji byłem żołnierzem AK, do tego członkiem Kedywu w Warszawie. Z jednej strony byłem zwierzyną, na która polowali Niemcy, z drugiej myśliwym, który poluje na Niemców. Obie te role bardzo niekorzystnie na mnie wpłynęły. Jako żołnierz Kedywu wykonywałem wyroki śmierci na członkach niemieckiego aparatu terroru. Brałem tez udział w akcjach, które miały na celu likwidację wrogów, którzy najbardziej nam szkodzili.

Dokładnie pamiętam jedną z takich akcji. To było w czerwcu 1944. Dostaliśmy rozkaz wystrzelać wszystkich wysokich rangą Niemców w kawiarence, która znajdowała się między Wierzbnem a Służewcem. Kiedy wszedłem do kawiarni trwała już strzelanina. Zobaczyłem jednego martwego Niemca w kącie opartego o ścianę, dwóch leżało za ladą. Dobiłem ich, bo byli w agonii i się męczyli, charczeli cicho. Jeden uciekał korytarzem i zamknął się w jakimś pokoju. Poprosiłem go, żeby wyszedł – naturalnie bezskutecznie. Przestrzeliłem zamek. Skosiłem go serią z automatu. Długo myślałem, że go zabiłem. Jednak później okazało, że przeżył. Jeżeli zabija się człowieka i to z bliskiej odległości, nie pozostaje to bez śladu w psychice i duszy. Łatwo wtedy z żołnierza stać się bestią. Ja się nią nie stałem jedynie dlatego, że potrafiłem podczas akcji zamrozić uczucia. Do tej pory nie potrafię, a może się boję ich odmrozić. To mi mocno poharatało życie”. 

Weronika Rzemieniecka z domu Wiszowata – Szcześniak, jedna z czterech córek Antoniego, którym udało się ujść niemieckiej zagładzie.  „Mieszkaliśmy we wsi Wiszowate na Białostocczyźnie, gdzie moi rodzice – Antoni i Leokadia prowadzili gospodarstwo rolne. Miałam 11 rodzeństwa. Wraz z nastaniem okupacji niemieckiej, rozpoczęła się zagłada Żydów. Moi rodzice byli dobrymi ludźmi, głęboko wierzącymi katolikami, więc nie odmówili schronienia znajomemu żydowskiemu krawcowi. Do dziś nie pamiętam jakie miał nazwisko. Ukrywał się u nas przez wiele miesięcy.

Kiedy Niemcy urządzali w okolicy obławy na Żydów, krawiec, aby nas nie narażać, spał w pobliskim olchowym lesie. Do naszego gospodarstwa przychodził wtedy za dnia pomagać i spożyć posiłek. Niestety krawca i nas wydał mieszkający w sąsiednim gospodarstwie folksdojcz. Niemcy przeprowadzili obławę, złapali ukrywającego się w olszynie żydowskiego krawca i zastrzelili go na pobliskiej łące. Mój ojciec Antoni, pod osłoną nocy, tam go pochował. Ojciec przeczuwał, że Niemcy mogą po nas przyjechać, więc część mojego rodzeństwa, tych co mogli sobie poradzić bez matki, porozsyłał do kuzynów po różnych wsiach.

Kiedy 6 sierpnia 1943 roku rano przyszli Niemcy w domu nie było sióstr Bronisławy, Jadwigi i Wandy, mnie też nie było, dlatego żyje. Nieszczęśliwie moi dwaj bracia Stefan – lat 18 i Józef – lat 16. którzy też się ukrywali, akurat tego dnia przyszli pomóc ojcu przy żniwach. Ojciec myślał, że może tylko jego aresztują, więc za dnia pracował w polu a nocami spał, przykryty snopami zboża. Stało się inaczej. Aresztowano wszystkich członków rodziny, którzy byli w na terenie gospodarstwa, moją mamę Leokadię – 45 lat, tatę Antoniego lat 50, braci Józefa i Stefana, siostrę Mariannę – lat 15 oraz braci Franciszka - lat 12, Jerzego – lat 10, Antoniego – lat 6, Czesława lat 4, Stanisława – 2 lat. Wszystkich trzymali w więzieniu przy ulicy Szosa Południowa (aut. dzisiejsza Kopernika) w Białymstoku.

Wiem o tym, bo stamtąd mój ojciec wysłał gryps do swego brata, że tam właśnie są. To  była ostatnia informacja od niego. Potem słuch o nich przepadł. Dopiero kilka lat temu dowiedziała się w IPN, że moja rodzinę zamordowali Niemcy w lesie w Grabówce koło Białegostoku”.

Relacje zanotował Adam Białous

Zróbmy to razem!
Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.
Wybierz kwotę: