Tradycja i głęboka potrzeba serca. Mężczyźni u Matki Bożej Piekarskiej

MB Piekarska.jpg
Piekary Śląskie, 31 maja 2026 r. Pielgrzymka mężczyzn i młodzieńców do Matki Bożej Piekarskiej. Fot. Arkadiusz Lawrywianiec / Forum

Pielgrzymka stanowa mężczyzn i młodzieńców do Piekar Śląskich to od pokoleń jedno z najważniejszych wydarzeń na duchowej mapie Śląska. To tutaj, przed obliczem Matki Sprawiedliwości i Miłości Społecznej, ramię w ramię stają górnicy w galowych mundurach, hutnicy, młodzi chłopcy i doświadczeni życiem ojcowie. Przychodzą po omacku, zmęczeni drogą, niosąc w sercach intencje trudne do wypowiedzenia prostymi słowami. Dla jednych to kultywowana od lat rodzinna tradycja, dla innych – nagłe, głębokie odkrycie fenomenu miejsca, które działa jak najsilniejszy magnes. 

 

Męskie serce bije w Piekarach

Zróbmy to razem!

Myśmy kiedyś jeździli prosto z kopalni – wspomina Czesław Pluta z Mysłowic. – Niekiedy wyruszały nawet i trzy pełne autokary. Wszyscy w galowych mundurach, dumni, wyprostowani. Przeżycie niesamowite. To był ten jeden jedyny dzień w roku, w którym każdy górnik po prostu powinien tam być. Bez dyskusji – mówi.

Kiedy kopalnia zaczęła podupadać, wszystko się zmieniło. Jeździliśmy już tylko jednym autokarem. W ostatnich latach już prywatnymi samochodami, ale jedziemy. Bo Piekary to Piekary... – dodaje.

Los bywał jednak dla niego wyjątkowo łaskawy podczas tych pielgrzymich szlaków. – Miałem to ogromne szczęście, że kilkukrotnie siedziałem na tak zwanych miejscach dla VIP-ów – uśmiecha się na to wspomnienie. – Jednego razu siedzieliśmy zaledwie dziesięć metrów od ołtarza. Niesamowite, nie do opisania przeżycie. Piekary Śląskie i ta konkretna pielgrzymka działają jak magnes, po prostu przyciągają. To miejsce, w którym mężczyzna musi być. W tym roku akurat nie będę uczestniczył osobiście w pielgrzymce stanowej, ale będę z nimi wszystkimi duchem. Całym sercem – dodaje Czesław Pluta, który obecnie służy jako kościelny w parafii pod wezwaniem Najświętszego Serca Pana Jezusa w Mysłowicach.

Piekary głęboko wryły się w jego duchowość, choć nie były jedynym przystankiem na religijnej drodze górnika. – Ukształtowały moją relację z Matką Boską, a teraz doszła do tego jeszcze Fatima – tłumaczy. Wyjawia też, że jego wiara potrzebuje drogi i wysiłku. – Co roku chodzę przecież na pieszą pielgrzymkę na Jasną Górę. Mówi się czasem, że prawdziwy mężczyzna nie płacze, ale to nieprawda. Kiedy człowiek wchodzi na Aleje Najświętszej Maryi Panny, to serducho tak mocno nagle złapie, że samo wyciska łzy z oczu… Coś pięknego, niesamowitego – przyznaje.

Doświadczenie fizycznego i duchowego zmęczenia to stały element pielgrzymowania. Górnik doskonale wie, czym jest ciężka, fizyczna praca i pot. Dlatego porównuje wejście przed Obraz do zrzucenia ogromnego ciężaru. – Kiedy idziemy do Matki Boskiej się przywitać – tacy spoceni, skrajnie zmęczeni – przed obliczem Czarnej Madonny to wszystko nagle schodzi. Człowiek czuje się w jednej sekundzie leciutki. Matka Boska po prostu przyciąga do siebie. W Nią trzeba głęboko wierzyć, do Niej się modlić, bo Ona daje człowiekowi wszystko. Przez Nią do Ojca – to cudowna sprawa – wskazuje.

Co ciekawe, tam, skąd wyszedł w świat, wcale nie było zakorzenionej tradycji pielgrzymowania do Piekar. Mówi: – U mnie w domu nie było tak, że jeździł mój dziadek czy tato. W czasach mojego dzieciństwa realia wyglądały inaczej. Czasami nawet w niedzielę ciężko się pracowało. Sianokosy, żniwa... Zapoczątkowałem tę tradycję dopiero sam, będąc już górnikiem. Wcześniej, owszem – chodziłem do kościoła, ale nie ciągnęło mnie jakoś bardzo do samych Piekar.

Pobożna, grupowa wędrówka do maryjnego sanktuarium to jednak nie tylko modlitwa, ale też wielkie święto śląskiej wspólnoty. – Podczas pielgrzymki do Piekar spotykaliśmy księży, którzy dawniej posługiwali w naszej parafii. To jest zawsze niezwykle miłe spotkanie – opowiada. – Dużo się też spotyka starych znajomych, kumpli z pracy czy ze szkoły, których nie widziało się długimi latami. Piekary naprawdę działają jak magnes, który przyciąga do siebie ludzi z różnych zakątków. Uważam, że do Piekar każdy mężczyzna powinien pojechać chociaż raz w roku. To ładuje akumulatory. Przecież ludzie chodzili tam od setek lat – podsumowuje z szacunkiem, zamykając opowieść o miejscu, które zmienia twarde, męskie serca.

Na co dzień polecam Matce Boskiej wszystkie swoje sprawy i tylko na tym bazuję, na tej wierze. Nawet kiedy jestem teraz na dyżurze w zakrystii, zawsze znajdę chwilę i odmawiam sobie po cichu koronkę – dodaje Czesław Pluta.

Piekarskie wzgórze widziane z konfesjonału

W moich rodzinnych stronach, na południu diecezji, nie było po prostu takiej praktyki – mówi ksiądz Andrzej Króliczek, wikariusz z parafii pod wezwaniem Matki Bożej Różańcowej w Katowicach-Zadolu. – Jako młodzi jeździliśmy na Jasną Górę, na Górę Świętej Anny albo do Pszowa, do Matki Bożej Uśmiechniętej. Piekary tak naprawdę odkryłem dopiero w seminarium.

To wtedy młody kleryk po raz pierwszy zderzył się z potęgą stanowych pielgrzymek. – Zobaczyłem ten fenomen pielgrzymki męskiej i kobiecej. Powiem krótko: od razu się zakochałem w tych dwóch wydarzeniach. One są totalnie, absolutnie różne – podkreśla duchowny.

Jako wikariusz przeszedł przez kilka śląskich parafii, i z każdej z nich wiódł ludzi do Piekar. – W Mysłowicach mieliśmy pielgrzymkę rowerową. W Rudzie Śląskiej organizowaliśmy grupę pieszą. Teraz jestem w Katowicach i tutaj też mamy tradycję rowerową – wylicza. Na pytanie, czy wybiera się w tym roku, odpowiada bez sekundy wahania: – Oczywiście, że tak! No, obowiązkowo!

Ksiądz Andrzej przyznaje, że parafialne grupy na starcie mogą wydawać się skromne. Prawdziwe uderzenie przychodzi jednak u celu. – Te lokalne grupy są małe, natomiast potężne wrażenie robi tak naprawdę dopiero to, co dzieje się tam, na wzgórzu piekarskim. Gdzie nagle widzisz te tysiące ludzi... To jest po prostu morze męskich dusz, które przyszły, żeby chwalić Pana.

Jako kapłan patrzy na to zgromadzenie przez specyficzny pryzmat. Wie, że męska duchowość potrzebuje konkretu. – Męska pielgrzymka jest zdecydowanie bardziej nastawiona na wysiłek. Tam musi być pot, trud. Każdy z tych facetów musi przyjść zmęczony, bo niesie swoje intencje, często wypowiedziane prostymi, własnymi słowami – tłumaczy.

Najbardziej poruszający widok spotyka jednak spowiednika nie przy samym ołtarzu. – Największe wrażenie robią tłumy, które idą do spowiedzi – mówi ks. Andrzej. – Te nieskończone kolejki facetów… Godziny lecą, a „ogonki” się nie zmniejszają. My, księża, spowiadamy bez przerwy. Czy to prawda, że na spowiedź czeka się tam godzinę albo i dłużej? – Szkoda pytań. Tak właśnie jest, ale kiedy widzę tych facetów w kolejkach, mam poczucie, że to jest właśnie tam największa radość i największy sens tego wszystkiego – przyznaje.

Męskie pielgrzymowanie wymaga też odpowiedniego języka z ambony. Pielgrzymi ze Śląska i okolic nie szukają tanich wzruszeń. – Zawsze wielką wartością jest to, że zapraszany jest arcybiskup czy kardynał, który ma konkretne słowo dla mężczyzn. Tam nie ma co opowiadać jakichś bajek – ucina duchowny. – Ma być krótko, na temat i z wezwaniem do konkretnego działania. Tak żeby chłop, jak wraca do domu, wiedział dokładnie, co ma robić. Absolutnie – dodaje.

Od dziesięciolatka na rowerze do szafarza przy ołtarzu

Najpierw żeśmy jeździli do Piekar na rowerach, ale z czasem to się trochę zmieniło. Tata zaczął chodzić pieszo, a ja dalej jeździłem na rowerze. I właściwie do tej pory to kontynuuję – mówi Michał Waniek z parafii pod wezwaniem Najświętszego Serca Pana Jezusa w Mysłowicach.

Najwcześniejsze wspomnienia z piekarskiego wzgórza zlewają się w jego pamięci z wielką historią Polski. To był rok 1981, czas potężnych niepokojów i wielkich zrywów. – Pamiętam ten moment, kiedy ogłoszono śmierć kardynała Stefana Wyszyńskiego. Wtedy na wzgórzu było bardzo głośno o tym, żeby kto tylko może, jechał prosto z Piekar do Warszawy na pogrzeb Prymasa Tysiąclecia. Miałem wtedy zaledwie dziesięć lat. Pamiętam, jak bardzo namawiałem tatę: „Jedźmy też, pojedźmy do Warszawy”. Ostatecznie do tego nie doszło, ale ten moment, te emocje, wyryły się we mnie na całe życie – wspomina.

Nasz rozmówca zaznacza, iż ma ogromny sentyment do tego miejsca. Nie potrafi wyobrazić sobie roku, a zwłaszcza maja, bez obecności w Piekarach. – W naszej rodzinie modlitwa i wiara zawsze nam towarzyszyły, chociaż bez jakichś spektakularnych, nagłych zwrotów akcji. (…) Dla mnie Piekary są właściwie od zawsze, odkąd tylko sięgam pamięcią. Sporadycznie zdarzyło się, żebym tam nie był. Chyba tylko w pojedyncze lata, kiedy kończyłem studia. Wtedy akurat w niedzielę wypadały nam ważne wykłady i egzaminy, nie dało się „urwać”. Bardzo wtedy ubolewałem, że nie mogę jechać – przyznaje.

W jego opowieści nie ma mowy o jednym, spektakularnym przełomie. Piekary po prostu wrosły w jego krwiobieg. Słowo „tradycja” wydaje mu się zbyt suche, by opisać to, co czuje. – Może to i stało się tradycją, ale ja widzę to inaczej. Dla mnie to przede wszystkim możliwość pojechania tam, by spotkać się z naszą Mamą. Po prostu usiąść, pogadać i zawierzyć Jej wiele spraw – mówi.

To właśnie tam szukał ratunku, gdy nad jego życiem zawisły czarne chmury. – Miałem kiedyś w życiu taki bardzo trudny okres, który ciągnął się przez parę lat – opowiada. – Pojechałem wtedy do Piekar, bo podświadomie wiedziałem, że tam zawsze znajdę ratunek. Prosiłem Maryję o wsparcie, o pomoc w tej niezwykle trudnej dla mnie sprawie… To się później spełniło. Matka Boska mi pomogła. Naprawdę mam Jej za co dziękować. Z tym doświadczeniem idzie się przez życie zupełnie inaczej. Kiedy człowiek jest blisko Pana Boga, to wszystkie trudności, które się pojawiają, jakoś łatwiej jest znieść i przejść – mówi.

Przez dekady jego pielgrzymowanie wyglądało tak samo: rower, droga, a potem odpoczynek z tatą na trawiastym wzgórzu, wtopionym w wielotysięczny tłum. Wszystko zmieniło się diametralnie, gdy przyjął posługę nadzwyczajnego szafarza Komunii Świętej. – Wtedy moja posługa i perspektywa zupełnie się zmieniły – opowiada z przejęciem. – Dostałem możliwość pojechania do Piekar już nie tylko jako rowerowy pielgrzym. Mogłem zobaczyć to święto z zupełnie drugiej strony.

Stanięcie w szafarskiej albie przy piekarskim ołtarzu było dla niego głębokim przeżyciem mistycznym.
– Zawsze siedzieliśmy z tatą gdzieś daleko na wzgórzu, nigdy nie byłem blisko. A tutaj dostąpiłem takiej łaski, że mogłem pomóc w rozdawaniu Komunii – mówi ze wzruszeniem. – I nagle z tej perspektywy ołtarza widzisz tę potężną grupę mężczyzn. Tysiące rąk, tysiące oczu spragnionych Boga. Owszem, kobiety też tam gdzieniegdzie przychodzą, choć oczywiście jest ich dużo mniej, bo to w końcu męska pielgrzymka, ale widok tego morza ludzi z wysokości ołtarza… Coś zupełnie innego. Niesamowita, absolutnie niesamowita sprawa – podsumowuje Michał Waniek.

 

Od sportowej pasji do mistycznej służby

Na początku to miała być po prostu pielgrzymka rowerowa, taka aktywność czysto sportowa – mówi Sławomir Bajor, również z Mysłowic. – Człowiek chciał się sprawdzić, przejechać trasę, poczuć ten turystyczny klimat. Jednak droga robi swoje. Z czasem, zupełnie niepostrzeżenie ten sportowy wymiar zaczął schodzić na dalszy plan. Ustąpił miejsca czemuś o wiele głębszemu. Dostrzegłem w tym potężny sens duchowy – wyznaje.

Bez częstego przyjmowania Komunii Świętej i autentycznego zaangażowania w życie parafii, człowiek szybko traci duchową równowagę – ocenia. Swoją wiarę na co dzień karmi wymagającą lekturą. – Codzienne czytanie Pisma Świętego oraz Dzienniczka świętej siostry Faustyny – to mnie trzyma w pionie. To daje niesamowitą motywację, by założyć albę i iść służyć przy ołtarzu – dodaje.

Żywe spotkanie i budowanie wspólnoty to dla niego mocny filar piekarskiego fenomenu. – Wspólne działanie w parafii, organizowanie wydarzeń misyjnych, współpraca z naszymi księżmi – to wszystko rodzi niesamowitą, pozytywną energię. Pielgrzymki do Piekar, Lichenia czy Fatimy pokazują, jak różne mogą być formy naszej duchowości, ale cel zawsze jest ten sam: bycie razem i integracja ludzi z totalnie różnych środowisk – dodaje.

Choć szafarz z pasją opowiada o swojej – rozwijanej przez codzienny Różaniec – relacji z Matką Boską, to zachowuje przy tym dużą dozę pokory. Wie, że męskiej wiary nie da się nikomu wbić do głowy na siłę. – Zaangażowanie w pielgrzymowanie musi wynikać z osobistej, wewnętrznej potrzeby. To musi być własne doświadczenie. Znam realia. Zachęcanie innych, zwłaszcza młodych czy poszukujących, wcale nie jest dzisiaj łatwe. Duchowa służba wymaga ogromnej wytrwałości. Tego ognia nie da się po prostu przepisać na kogoś innego – mówi.

Na koniec nasz rozmówca zwraca uwagę na jeszcze jeden, bardzo ludzki aspekt pielgrzymowania do Piekar; aspekt, o którym rzadko mówi się głośno z ambony. – Pielgrzymka nie musi być wyłącznie trudnym, duchowym obowiązkiem wypełnianym ze spuszczoną głową. Dla nas, facetów, to także idealna okazja do złapania życiowej równowagi. Tam jest czas na głęboką modlitwę, ale też na męski, zdrowy odpoczynek, dobrą rozmowę i naładowanie baterii na cały kolejny rok – podsumowuje.

Marta Dybińska

Zróbmy to razem!
Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.
Wybierz kwotę: