Zoo Łączna. Wielki chaos i poważne pytania o rolę „obrońców zwierząt”

Co tak naprawdę dzieje się wokół Zoo Łączna? Tzw. organizacje prozwierzęce „alarmowały” ws. zaniedbań i znienacka dokonano akcji wywozu zwierząt – częściowo za granicę. Problem w tym, że wątpliwości wobec podstaw operacji i sposobu jej przeprowadzenia są dziesiątki.
Zoo w Łącznej powstało kilkanaście lat temu. Znajduje się w powiecie wałbrzyskim, bardzo blisko granicy z Czechami.
W maju bieżącego roku do ogrodu weszli policjanci i prokuratorzy. Służby otrzymały zawiadomienie tzw. organizacji prozwierzęcych z regionu. Według tych grup w Zoo Łączna miało dochodzić do nieprawidłowości.
Rzecznik prasowy lokalnej prokuratury podał, że nieprawidłowości faktycznie stwierdzono, niemniej jednak nie zaobserwowano zagrożenia życia i zdrowia zwierząt. Rozpoczęły się wówczas procedury związane ze sporządzeniem opinii przez biegłego; właściciel złożył z kolei zażalenie na działania służb.
Odebranie zwierząt
Sprawa odżyła nieoczekiwanie 13 października. Wówczas do ogrodu zoologicznej weszli tzw. aktywiści prozwierzęcy - w asyście policji. Tym razem nie chodziło wyłącznie o oględziny, ale o wywiezienie kilkudziesięciu zwierząt z zoo.
Na miejscu reprezentanci prokuratury przekonywali, że wywiezienie nastąpi dopiero po oględzinach, kiedy eksperci stwierdzą, jakie zwierzęta należy przetransportować.
Jednak w sieci ujawniono screeny z rozmów tzw. organizacji prozwierzęcych. Aktywiści rozdzielali tam zwierzęta z góry, ustalając, gdzie mają trafić różne egzotyczne osobniki.
Do Zoo Łączna przyjechało wiele samochodów transportowych, zarówno z Polski jak i z Holandii. To właśnie do tego kraju wywieziono część zwierząt.
Co ciekawe, nie wiadomo, co stało się z niektórymi z nich. Przed akcją w zoo było ich 777, obecnie jest 738. Wywiezione trafiły oficjalnie do Holandii oraz Belgii, ale Belgii nie ma na wykazie celów transportu.
Niewykluczone, że na skutek chaosu kilka zwierząt po prostu uciekło. Pracownicy zoo mówią, że brakuje dwóch bażantów diamentowych, dwóch danieli, muflona, dwóch małp pigjmejek oraz jednego pawia złocistego.
W międzyczasie policja zatrzymała cztery osoby, w tym dyrektora ogrodu; przeszukano dom właścicieli, ponownie sprawdzano cały obiekt.
Protesty mieszkańców
W obronie ogrodu zoologicznego stanęli mieszkańcy. Protestowali i blokowali samochody, które wywoziły zwierzęta, wskazując, że to nie akcja ratownicza, ale regularna napaść.
Dzień wcześniej właściciel publicznie poinformował o planowanej akcji. Po czasie okazało się, że nieformalnie powiadomiła go o tym policjantka.
Jak mówił później prokurator ze Świdnicy, cała akcja skończyła się w efekcie „fiaskiem” pod względem wizerunkowym. W jego ocenie doszło do „skompromitowania” organów ścigania. Media opisywały, że odbierane zwierzęta transportowano w wątpliwych warunkach; doszło do uszkodzenia ogrodzeń na skutek protestów; część zwierząt wydostała się z zoo.
14 października zatrzymane osoby usłyszały zarzuty znęcenia się nad 561 zwierzętami. Miałyby być przetrzymywane „w nieodpowiednich warunkach sanitarnych” i przestrzennych, co miałoby wywoływać niedożywienie, choroby oraz zdychanie.
Krytycy wskazują, że to niepoważne zarzuty w kontekście organizacji całej akcji. Po zwierzęta przyjechał między innymi samochód oklejony napisami „meble na wymiar”.
Wśród krytyków całej operacji pojawiły się sugestie, że tzw. organizacje prozwierzęce postanowiły „rozkraść” zoo. Na nagraniach z wydarzenia takie zarzuty często formułują protestujący mieszkańcy. Przedstawiciele tych organizacji odrzucają te zarzuty, wskazując, że ich jedynym celem jest opieka nad zwierzętami. To prokuratura miała prosić tzw. organizacje prozwierzęce o pomoc, nie będąc w stanie samodzielnie przeprowadzić całej akcji.
Kto za to zapłaci?
Zatrzymane osoby wyszły już na wolność. Zoo jednak nie funkcjonuje. Wprawdzie nie zostało zamknięte, ale nie ma zwiedzających. Stwarza to bardzo poważny problem finansowy. Brakuje przychodu z biletów, a zwierzęta trzeba nakarmić i opłacić pracowników. To aż 30 osób. Póki co koszty utrzymania zwierząt przejęły podmioty publiczne, ale pracownikom dalej muszą płacić właściciele ogrodu zoologicznego.
Internauci prowadzą zbiórkę na wsparcie właściciela zoo. Jak dotąd, zebrano ponad 600 tysięcy złotych. Dodatkowe 100 tysięcy zebrano na pikniku w Łącznej.
Pracownicy zoo w rozmowie z Kanałem Zero wskazywali, że zwierzęta są wywożone do gorszych warunków, niż miały na miejscu. Ich zdaniem, organizacje powinny raczej zabezpieczyć zwierzęta na miejscu, a nie wywozić je za granicę. – Dlaczego prokurator nie zgadza się na zabezpieczenie naszych zwierząt przez fundację, która będzie nas na przykład nadzorować? Tylko od razu wywożą – mówiła pani Beata, opiekunka zwierząt w zoo.
W materiale dowodowym zebrano ponadto zdjęcia, ale prokurator nie miał pewności, czy pochodzą z tego ogrodu zoologicznego i powiedział dziennikarzom, że w tej sprawie „trwa śledztwo”. Pracownicy zoo, którym dziennikarze pokazali te zdjęcia, wskazywali, że jeżeli w ogóle są z zoo – muszą być bardzo stare. „Pracuję tu od dwóch lat i nigdy nie widziałam takich lemurów” – stwierdziła cytowana pani Beata.
Tymczasem takie właśnie zdjęcia przedstawiano w materiale dowodowym jako świadectwo nieprawidłowości.
Pokazywano też zdjęcia chorego wielbłąda. Jak wyjaśniła pracownica, ten wielbłąd po prostu trafił do zoo w stanie ciężkim i próbowano go uratować.
Zoo zostanie zamknięte?
Prokuratura ogłosiła też, że na terenie ogrodu „znaleziono kości zwierząt kopytnych”. Nie wiadomo jednak, jakie to konkretnie zwierzęta – czy należały do ogrodu, czy to po prostu resztki pokarmu, na przykład dużych kotów. Przedstawicielka prokuratury twierdziła też, że zwierzęta mogły być głodzone, bo kiedy w czasie akcji ich odebrania podawano im pożywienie, „jadły zachłannie”…
Jak mówił pełnomocnik właścicieli ZOO, adw. Łukasz Opaliński, wywiezione zwierzęta są warte kilka milionów złotych.
W międzyczasie podjęto decyzję, że zwierzęta wywiezione za granicę mają… wrócić do Polski. Nie wiadomo jednak, gdzie, bo wciąż brakuje podmiotów, które byłyby skłonne je przyjąć.
Plan ponownego ich przywiezienia do kraju budzi kolejne pytania: jak to możliwe, że zwierzęta były w tak złej kondycji, a mimo to nie szkodzi im podróż do Holandii w dwie strony?
Ostatecznie zoo może zostać zamknięte. Postępowanie w tej sprawie prowadzi Generalna Dyrekcja Ochrony Środowiska. Powodem miałyby być nieprawidłowości wykryte podczas dwóch kontroli. Postępowanie wszczęto w sierpniu. Lista zarzutów jest długa, na przykład brak "urządzeń do wspinania się" dla tygrysa bengalskiego albo "zbyt małe wymiary pomieszczeń wewnętrznych" dla kozy holenderskiej czy makaka japońskiego.
Źródła: zero.pl, wyborcza.pl, radiowroclaw.pl






