Studentki w Polsce nie rodzą dzieci. W naszym kraju stworzono system, który premiuje karierę zawodową w najlepszych latach na macierzyństwo. Piszą o tym na łamach Klubu Jagiellońskiego dr Anna Ryś i Piotr Ryś.
Według autorów w Polsce funkcjonuje system, który jest dokładnie sprzeczny z biologiczną rzeczywistością. „Biologia mówi: zacznij wcześnie. Ekonomia odpowiada: poczekaj na etat. Polska stworzyła system, w którym młode macierzyństwo oznacza finansową degradację. Efekt? Gwałtowny spadek urodzeń wśród kobiet w wieku 20-24 lata” – piszą w tekście na łamach „Klubu Jagiellońskiego„. Ich zdaniem możliwym rozwiązaniem problemu jest potrojenie tzw. kosiniakowego.
Anna i Piotr Ryś wskazują, że z badań wynika dość jednoznacznie: jeżeli para chce mieć troje dzieci, powinna zacząć starania, kiedy kobieta ma 23 lata. Jak zaznaczają, są oczywiście przypadki rodzin wielodzietnych, w których kobiety zaczęły rodzić później, ale chodzi o statystyczny rachunek prawdopodobieństwo, którego nie da się zignorować.
Wesprzyj nas już teraz!
Problem Polski polega na tym, piszą, że młodym kobietom nad Wisłą jest po prostu trudno zrealizować ten optymalny scenariusz. Jasno pokazuje to rzeczywistość: obecnie średni wiek urodzenia pierwszego dziecka to 29,1 lat – a wśród kobiet z wyższym wykształceniem ponad 30 lat. Według autorów, młode kobiety mogłyby nawet chcieć rodzić dzieci wcześniej, ale stoją przed kłopotem finansowym. „Nie mając ani pracy, ani własnego mieszkania trudno marzyć o zakładaniu rodziny. Co więcej, takie osoby są też w sposób oczywisty, pozbawione takiego świadczenia jak płatny urlop macierzyński, mimo, że realnie, w tym czasie, są pozbawione możliwości świadczenia pracy” – przekonują.
Sytuacja zresztą szybko się pogarsza. W roku 2014 3,45% kobiet w wieku 20-24 lata urodziło pierwsze dziecko. W 2024 roku zrobiło to samo w tej grupie wiekowej tylko 1,94 procent. Autorzy wskazują, że tylko w 2016 roku nastąpił wzrost odsetka kobiet rodzących pierwsze dziecko w wieku 20-24 lata. Wówczas wprowadzono programy 500+ oraz kosiniakowe. Kosiniakowe to świadczenie w wysokości 1000zł miesięcznie dla kobiet, które studiują albo są bezrobotne. Autorzy zauważają, że kiedy kosiniakowe wchodziło w życie, 1000zł to były konkretne pieniądze – płaca minimalna wynosiła wówczas zaledwie 1355zł netto. „Połączenie go z dodatkowymi 500 złotymi sprawiło, że młoda matka dysponowała budżetem rzędu 1500 zł miesięcznie, co realnie pozwalało na podjęcie decyzji o dziecku. Dane to potwierdzają: w 2016 roku odsetek młodych kobiet decydujących się na pierwsze dziecko po raz pierwszy od lat przestał spadać, a wręcz nieznacznie wzrósł” – piszą.
Rzeczywistość gospodarcza jednak głęboko się zmieniła, a wysokość kosiniakowego nie drgnęła. Dziś płaca minimalna to 3605 zł netto. Różnica względem roku 2016 jest zatem drastyczna.
„W ciągu ośmiu lat państwo polskie dopuściło do powstania ogromnej przepaści. Kobieta, która zdecyduje się na dziecko w „najlepszym” wieku biologicznym, ale przed uzyskaniem etatu, jest dla systemu warta trzy razy mniej niż jej koleżanka, która zdecydowała się poczekać. Różnica blisko 2000 zł miesięcznie to dla młodej rodziny bariera nie do pokonania” – piszą autorzy.
Ich zdaniem w obecnej sytuacji młode kobiety, które chcą mieć dziecko, zaczynają starać się o etat, tak, by zdobyć ubezpieczenie – i móc pójść najpierw na zwolnienie lekarskie, a później na płatny urlop macierzyński. To skłóca pracownika z pracodawcą i sprawia, że młode kobiety, zamiast skupiać się na rodzinie, walczą o stanowiska.
„Państwo, oszczędzając na zasiłku dla studentek, przerzuca ciężar polityki demograficznej na barki przedsiębiorców, jednocześnie tracąc najcenniejszy zasób: czas biologiczny matek” – przekonują Anna i Piotr Ryś.
„Państwo polskie musi zrozumieć, że oszczędzanie na zasiłkach dla najmłodszych matek to de facto marnowanie najcenniejszego zasobu: czasu biologicznego. Inflacja „tysiąca złotych” trwa już zbyt długo. Czas sprawić, by ciąża w młodym wieku przestała być postrzegana jako życiowa katastrofa, a stała się bezpiecznym i szanowanym przez system wyborem” – zaznaczają autorzy.
Źródło: Klub Jagielloński
Pach