Dzisiaj

Jesteś rodzicem i masz wrażenie, że szkoła „kradnie” Ci dzieci? Widzisz, że zasady obowiązujące w domu nie mają przełożenia na rzeczywistość w państwowej placówce, ponieważ dyscyplina nie jest tam nawet terminem historycznym? A kiedy próbujesz poruszyć temat na wywiadówce, dowiadujesz się, że przecież nic się nie da zrobić, bo takie mamy standardy ministerialne?… Jeżeli tak, to ten tekst jest dla Ciebie.

Artykuł jest kontynuacją poprzednich dwóch części swoistego „tryptyku” wychowawczego, w których skupiłem się na: kształceniu charakteru (Polacy przestali wychowywać dzieci? Jest ratunek!) i roli religii (Bez Boga ani do proga. Rola Kościoła w wychowaniu dzieci). Ostrzegam, że niniejszy tekst będzie długi, ponieważ długa jest lista bolączek rodziców, którzy – z takich czy innych względów – posyłają dzieci do państwowej szkoły, ale nie chcą zaniedbać ich wychowania i wykształcenia, a lista ta jest jednocześnie listą bolączek nauczycieli, którym przyszło pracować w takim systemie. Dlatego upraszam Czytelnika o cierpliwość, sugerując, że lekturę można rozłożyć na parę razy. Zaznaczam przy tym, że przykłady, które podaję, są nieraz skrajne i pewnie nie każdy doświadcza czegoś podobnego w swojej szkole. Niemniej korzeń błędów, jakim jest fałszywa filozofia wychowania i edukacji, pozostaje wspólny dla całego systemu, o którym mowa.

Gdzie my w ogóle jesteśmy?!

Wesprzyj nas już teraz!

Zacznę od anegdoty. Idę po korytarzu w szkole. Ryk, wrzask, pisk, tupanie, walenie. Nie słyszę własnych myśli. Dzieci biegają, zderzają się ze sobą, popychają innych. Podchodzę do pani od angielskiego i mówię: Megafon by się przydał. Pani patrzy na mnie wymownie i odpowiada: Tu by się przydał psychiatra. Tak niestety wygląda rzeczywistość wielu polskich szkół i to nie tylko podczas przerw.

Szkoła jest tylko egzemplifikacją ogólnego upadku dyscypliny i szacunku dla przełożonych. Jest też pierwszą ofiarą trendów politycznych. Nie zmienia to jednak faktu, że to szkoła staje się bezpośrednią przyczyną zgorszenia i zepsucia naszych dzieci, które otrzymują schizofreniczny komunikat: że zasady, które obowiązują w domu, nie obowiązują w szkole – a przecież tam spędzają one lwią część swego życia.

Alternatywą jest szkoła prywatna albo edukacja domowa. Z tym że na pierwszą nie wszystkich stać (o tym, że edukacja co do zasady powinna być prywatna pisałem omawiając poglądy o. Jacka Woronieckiego – Szkoła w służbie etatyzmu. Czy państwo „opiekuńcze” może wpaść w totalitaryzm?), do drugiej zaś nie wszyscy mają warunki i zasoby, szczególnie w rodzinie wielodzietnej, a poza tym ma ona swoje mankamenty (przede wszystkim pominięcie aspektu wspólnoty szerszej niż rodzina, której potrzeba wpisana jest w naszą naturę, o czym pisałem tu: Na rozpoczęcie roku łza wzruszonego rodzica. Po co nam szkoła?). Dlatego przedstawię kilka punktów, które mam nadzieję, że będą inspirujące w refleksji o tym, jak – mimo wszystko – radzić sobie z wychowaniem i edukacją, kiedy puszczamy dzieci do szkoły.

1. To my – RODZICE – ponosimy pełną odpowiedzialność

W tekście Minister Nowacka raczy się mylić. To DOM – a nie szkoła – odpowiada za edukację! pisałem już o bezprawnej próbie przejęcia pałeczki pierwszeństwa przez władzę. Tu dodam tylko tyle: to rodzice odpowiadają nie tylko za wychowanie, ale również za edukację. Z dwóch powodów. Po pierwsze to oni wyznaczają kierunek rozwoju dzieci (zasady, światopogląd, formacja etyczna i religijna) i wybierają model edukowania. Po drugie ostatecznie oni odpowiadają za swoje dzieci i za skutki ich kształcenia – nie zaś szkoła, która jest tylko etapem dzieciństwa i ma pełnić rolę pomocniczą. Dlatego nie możemy powiedzieć, że dzieci nauczy nam szkoła, a nam nic do tego. Wręcz przeciwnie, jesteśmy zobowiązani do ciągłego monitorowania, czy program realizowany jest zgodnie z naszymi przekonaniami – jeżeli nie, rola prostująca jest po naszej stronie (niestety, dzisiejsza szkoła zaczyna pod tym względem przypominać tę z czasów PRL-u).

Jak wskazuje o. Jacek Woroniecki, szkoła ma pomóc w tym, co przerasta aktualne możliwości rodziny, ale „nie sposób pod względem wychowawczym szkole za dużych wymagań stawiać i czynić ją w pierwszej linii odpowiedzialną za braki w wychowaniu młodych pokoleń” (artykuł Oświata a wychowanie w zbiorczym wydaniu W szkole wychowania).

2. Po pierwsze: POSTAWIĆ GRANICE!

Z gimnazjum pamiętam dwóch nauczycieli. Jeden od historii, drugi od geografii. Od pierwszego oberwałem po łbie na pierwszej lekcji po tym, jak pozwoliłem sobie bezczelną odzywkę (pozdrawiam pana Jerzego!). Granice zostały ustalone na dzień dobry. Chyba nie muszę dodawać, że nie przyszło mi nawet do głowy, by komukolwiek poskarżyć się na reakcję nauczyciela – po prostu wstydziłem się, że to JA się źle zachowałem.

Tu przytoczę i pozostawię bez dodatkowego komentarza (odważne!) słowa prof. Pawła Skrzydlewskiego. Proszę wybaczyć długi cytat, ale łamie on najpilniej strzeżoną tajemnicę poliszynela w sposób dziś wręcz niebywały. „Poglądy anarchizmu przenikają do myśli pedagogicznej i faktycznie postulują pedagogikę bez władzy rodzicielskiej, wychowawczej, dyscyplinującej i korygującej nawet dzieci. W atmosferze równości wszystkich we wszystkim, wolności od wszystkiego oraz fraternizacji każdego z każdym, niknie jakakolwiek racja do kierowania kimkolwiek prócz siebie samego, niknie podstawa dla służby i podległości. Ale to kierownictwo sobą ani nie ma osadzenia w jakimś sądzie rozumu, ani nie liczy się z dobrem wspólnym, dobrem innych, lecz jedynie kieruje się partykularnym interesem własnym, najczęściej zaś zachcianką. Nic dziwnego, że skutkuje to nie tylko konfliktami, bo interesy i same działania bywają rozbieżne, a nawet sprzeczne, ale także daje realny rozpad życia wspólnotowego, wreszcie unicestwienie samej wspólnoty” – czytamy.

„Rodzic na mocy bycia przyczyną istnienia dziecka, na mocy dobra, jakie mu nieustannie wyświadcza, ma uprawnienie do sprawowania władzy nad dzieckiem, ale uprawnienie to nigdy nie było i nie będzie absolutne, dające możność do poniżającego traktowania dziecka czy też okaleczania go. Uprawnienie to pozwala karcić dziecko, kierując się jego dobrem i ogólnymi zasadami panującymi w społeczności. Zasady te przez wiele lat pozwalały na stosowanie wobec dzieci kar cielesnych (nie zaś przemocy i bicia!!!). Współczesny bunt wobec stosowania kar cielesnych jest efektem wybujałego intelektualizmu moralnego, jaki wdziera się ze wszystkimi złymi skutkami do kultury i pedagogiki. Przynosi on bardzo wiele zła i rodzi ostatecznie ogromną przemoc fizyczną w wielu obszarach ludzkiej kultury, bo bezkarność dzieci i młodzieży przeradza się często w zwykłą przestępczość, deprawację i dewastację wszystkiego. Uwzględniając swoistość cywilizacji łacińskiej, warto podkreślić, że zakaz prawny stosowania kar cielesnych, z jakim dziś mamy do czynienia w wielu krajach – jest prostą drogą do przejmowania i zawłaszczania przez państwo (aparat urzędniczy) dzieci od rodziców; służy zamianie roli i funkcji rodzica na rzecz opiekuna i wykonawcy norm władzy publicznej, głównego źródła finansowania działań dziecka, za które ono samo nie ponosi odpowiedzialności. Jest to stan poważnej niesprawiedliwości, który rodzi niepokój nie tylko w rodzinach, ale w całej przestrzeni życia publicznego” – dodaje profesor.

Z kolei nauczyciel od geografii (tu serdecznie pozdrawiam pana Piotra!) był przykładem stoickiego spokoju, z jakim w jakiś tajemniczy dla wszystkich sposób zaprowadzał żelazną dyscyplinę. Nigdy nie podniósł głosu, nigdy nie stracił panowania nad sobą. Był nauczycielem z pasji i z powołania. Zabierał nas w góry, gdzie dosłownie biegł przed wszystkimi z wielkim, ciężkim plecakiem turystycznym, po czym – zanim zdążyliśmy go dogonić – on już czekał na ławeczce, robiąc dla nas kanapki z pasztetem. Zasady były jasno określone, a pan Piotr tylko spokojnie o nich przypominał – na przykład pod koniec pisania sprawdzianu: Liczę do siedmiu i kto będzie w tym momencie trzymał coś do pisania, temu odejmę 25 procent od oceny. I wszyscy odkładali długopisy, a sama komenda miała tę magiczną moc, którą odkrywamy, gdy mówimy do dzieci: Liczę do pięciu i bierzesz się za sprzątanie. Jest to przykład niesłychanie pożyteczny w czasach, gdy nauczyciele i wychowawcy utracili zwyczajne narzędzia zaprowadzenia dyscypliny. Zresztą, należałoby się głębiej zastanowić nad przyczynami skuteczności w tym przypadku…

Przytoczę inny przykład. Moja żona prowadziła w szkole gościnne warsztaty z aromaterapii. Od początku lekcji dawał o sobie znać nadpobudliwy chłopiec, który chciał wszystko robić i nie dawał innym dojść do głosu. Żona usadziła go i powiedziała stanowczo, żeby cierpliwie czekał na swoją kolej. W tym momencie z ostatniej ławki odezwało się chlipanie niesfornego chłopca, zaś na twarzy wychowawczyni pojawił się… lęk. Ale jaki był skutek? Oto chłopak – zignorowany w swoich humorach – po chwili się uspokoił i wytrzymał spokojnie do końca lekcji, a wtedy żona poprosiła go pomoc i otrzymał najbardziej odpowiedzialne zadanie, z czego był niezmiernie dumny. Wystarczyło postawić granice i okazało się, że największy rozrabiaka stał się na chwilę prymusem, w najlepszym tego słowa znaczeniu.

Albo. Odbieram syna ze świetlicy. Gdy wchodzę, pani akurat mówi do dzieci: Teraz siadamy do ławek. Smarkacz leży na podłodze i odpowiada, że nie usiądzie. Pani wyjaśnia: Będę do was mówiła. Smarkacz na to, dalej leżąc (!): Ja będę stąd słyszał. Zdusiłem w sobie pierwszy odruch głębokiego szoku na widok czegoś tak kuriozalnego, po czym zwróciłem się do smarkacza: Pani kazała siadać. Natychmiast wstawaj i do ławki. I znów: wystarczyło odezwać się surowym tonem, by zbuntowane dziecko poszło po rozum do głowy i wykonało polecenie.

I jeszcze jeden, choć akurat z placu zabaw. Dzieci, bawiąc się na rampie do skakania, rzucają świeżą kukurydzą. Mama jednego z nich mówi: Nie rzucajcie. Nikt nie reaguje. Przestańcie rzucać. Nadal brak reakcji. Mama więc podchodzi i mówi do syna: Daj mi tę kukurydzę. I co robi syn? Jakby nigdy nic, bez słowa, rzuca kukurydzą na ziemię kilka metrów dalej. Nie wytrzymałem, podchodzę i mówię: Schodzić i chyba mama coś powiedziała? W tym momencie podnieś kukurydzę i wyrzuć do kosza. Matka nic nie powiedziała, a babcia innego chłopaka stała z rozdziawioną gębą, ale dzieciak… bez szemrania podniósł kukurydzę, wyrzucił i zaczął się spokojnie bawić. Wystarczyło zareagować, a nie „prosić” delikatnym tonem, tak jak robiła to matka.

Na marginesie: czy wiedzą Państwo, że rodzice w ogóle nie powinni prosić dzieci? Pozostają one bowiem pod ich władzą, a władza nie prosi, tylko wydaje polecenia. Można o tym przeczytać w mądrych książkach i to współczesnych.

3. Dorosły nie może być bezradny

A teraz przykład negatywny. W klasie jednego z synów jest dziewczynka, której mama uznała, że skoro ma „orzeczenie”, to ona wycofuje się, a szkoła ma sobie sama poradzić. Skończyło się na tym, że dziewczynka wyzywa i kopie nauczycieli, jest złośliwa i agresywna do innych uczniów i potrafi przez pół godziny wrzeszczeć na lekcji, nie dając innym się uczyć. W końcu doszło do spotkania, na którym kilkunastu rodziców prosiło dyrekcję i przedstawicieli grona pedagogicznego o skuteczną reakcję na ten problem. Jaka była odpowiedź szkoły? Otóż, jedyne, czego się dowiedzieliśmy, to to, że szkoła nie może NIC zrobić, jeżeli mama dziewczynki łaskawie nie wyrazi na to zgody.

Siedziałem jak na tureckim kazaniu, zdumiewając się do jakiego absurdu doszliśmy, po czym podjąłem próbę dowiedzenia się, dlaczego nauczyciel, który jest wyzywany i jest świadkiem wrzasku, który uniemożliwia prowadzenie lekcji, nie weźmie po prostu dziecka za ramię i nie wyprowadzi z klasy, by następnie zaprowadzić do dyrekcji i zadzwonić po rodziców, by zabrali je do domu. Otóż – nie może. Dlaczego? Bo jest to sprzeczne ze „standardami”. Dyrekcja natomiast nie może skreślić takiego ucznia z listy. I koło się zamyka. Proszę zwrócić uwagę, z jak przewrotną „logiką” mamy do czynienia: ta sama władza z niepokojącą łatwością może sięgać w nasze życie prywatne, podejmując działania przeciwko władzy rodzicielskiej pod byle pretekstem (łącznie z odebraniem dzieci), ale gdy przychodzi do zaprowadzenia porządku, to nagle okazuje się, że rodzic jest świętą krową, której nie wolno ruszyć wbrew jej woli, natomiast dziecka „nie wolno” siłą wyprowadzić z klasy, jeżeli samo nie chce wyjść.

Po iluś takich przypadkach poszedłem na wywiadówkę (w innej klasie), gdzie znów zaczęto wylewać żale, że dzieci niegrzeczne, nie mówią dzień dobry i dokuczają sobie w najdziwniejsze sposoby (mówiąc do siebie ty gruba świnio i gnojąc się na… komunikatorach). W końcu powiedziałem, że cała ta rozmowa nie ma najmniejszego sensu, ponieważ od czterech lat powtarzamy to samo, a problemy dziwnym trafem nie rozwiązują się i za kolejne cztery lata będziemy prowadzili dokładnie taką samą rozmowę, tylko że problemy będą gorsze, jeżeli wreszcie nie zaczniemy czegoś z tym robić. Mówię do wychowawczyni: Jeżeli mój syn nie powie dzień dobry, proszę go cofnąć, kazać mu wejść jeszcze raz i zachować się jak należy. I tak do skutku. A jeżeli się nie zastosuje, to do dyrekcji i telefon do rodziców. Czy takie rozwiązanie zostanie wprowadzone? Reakcja zgromadzonych na to nie wskazywała… Mówię: Jeżeli gnojki piszą flamastrami po toaletach i zostawiają syf, to dorwać jednego z drugim, zwołać całą szkołę na salę gimnastyczną, postawić do apelu i zawstydzić na oczach kolegów i koleżanek. Reakcja podobna, a do tego jeszcze komentarze rodziców, że dziś już się tak nie robi. No, nie robi się… i widać efekty.

Nauczyciele, gdy tylko słyszą o podobnych (sprawdzonych i skutecznych!) rozwiązaniach, reagują albo lękiem, albo zdziwieniem, albo westchnieniem, że kiedyś tak było, albo w najlepszym wypadku nieśmiałym stwierdzeniem, że tak powinno być, ale… wiadomo jak jest. Efektem jest niewyobrażalnie szkodliwy, demoralizujący nasze dzieci, antyprzykład: dorosły, który nie posiada sprawczości.

4. Solidarność ponad systemem

Idealną odpowiedzią na problem przedstawiony w poprzednim punkcie byłaby oczywiście zmiana systemu, a przynajmniej przepisanie dziecka do prywatnej szkoły, w której rodzice podpisują regulamin i mają go przestrzegać pod groźbą wyrzucenia ze szkoły. Ale ten tekst nie powstał po to, by przedstawiać rozwiązania idealne, tylko żeby dać nadzieję tym, którzy nie mogą sobie na nie pozwolić (realnie rzecz biorąc – większości).

Na wspomnianej wyżej wywiadówce zwróciłem uwagę na jeszcze jeden absurd: Oto wszyscy, jak tu siedzimy, de facto się zgadzamy, po czym rozmowa kończy się bez konkluzji, bo boimy się wdrożyć rozwiązania. Usłyszałem, że przecież mamy wytyczne z ministerstwa. A kto z tu siedzących jest, przepraszam, przedstawicielem ministerstwa?! Przekroczyliśmy granicę, za którą wszyscy – niezależnie od występujących różnic światopoglądowych – widzimy, że jest źle i coś trzeba zrobić.

Mamy więc trzy grupy rodziców: o tradycyjnych poglądach, bez poglądów i o poglądach lewicowych. Ci trzeci zazwyczaj wykazują się największą roszczeniowością, ale uwaga – nawet oni często używają zdrowego rozsądku i widzą, że dzieje się źle. Chodzi o to, żeby w pierwszej  kolejności rodzice konserwatywni nie byli bierni i tworzyli grupy wsparcia, wywierając nacisk na grupę „środka”, a na końcu wchodząc w koalicję celową z rodzicami lewicowymi. W taki sposób można zmarginalizować rodziców roszczeniowych i robić swoje, nie przejmując się ministerstwem czy kuratorium, a wspierając dobrych nauczycieli, którzy nie chcą biernie patrzeć, jak psują się dzieci oddane na ich pieczę. Jeżeli ktoś nawet zrobiłby donos, to mamy słowo przeciwko słowu, z tym że większość jest po stronie rodziców, którzy chcą dbać o porządek. Jeżeli natomiast zdarzyłoby się, że większość jest bierna i roszczeniowa, to trzeba realistycznie skonstatować, że z tymi ludźmi się piwa nie zwarzy i czas przenieść dzieci do innej szkoły. 

Miejmy przy tym z tyłu głowy prawdę ogólną, że prawo obyczajowe stoi przed prawem stanowionym, a to drugie nie może rugować pierwszego. Nie wolno nam dopuścić, by ta kolejność się zmieniła. Kiedy się tak dzieje, jesteśmy na równi pochyłej do urzędniczej dyktatury i etatyzmu wciskającego się w każdą sferę naszego społecznego, a nawet prywatnego życia. W lokalnej szkole to my jesteśmy na swoim i to my dyktujemy zasady, nawet jeżeli cały system wokół nas zbuntował się przeciwko odwiecznemu porządkowi świata.

To od nas zależy, jak bardzo najbliższa rzeczywistość stanie na głowie! Ale do tego niezbędna jest jedna rzecz: WYJŚCIE ZE STREFY KOMFORTU. To jest: odzywanie się, reagowanie, agitowanie innych rodziców, pisanie wspólnych pism, jeżeli potrzeba, a nieraz nawet przebijanie się przez beton systemowego myślenia poprzez łażenie nie raz i nie dwa, a więcej, na wizyty w szkole i rozmowy w danej sprawie. Również grono pedagogiczne powinno wykazać się odrobiną odwagi cywilnej, by wszelkie problemy załatwiać w szkole – z rodzicami – a nie przenosić ich na poziom urzędowych interwencji. Niemniej, kiedy jest to konieczne, musimy również być gotowi, by wynająć prawnika i wejść na drogę formalną.

5. PRECZ Z ORZECZENIAMI!

Ten punkt jest właściwie uzupełnieniem punktu 3, ale jest na tyle ważny, że zdecydowałem się go wyróżnić. Doświadczam tego sam i słyszę o tym od znajomych nauczycielek i nauczycieli. Na porządku dziennym stają się sytuacje, w których rozwydrzone nastolatki wprost dają do zrozumienia: Mam prawo być agresywny i wulgarny, ponieważ mam orzeczenie i co mi zrobicie? To i tak lekko powiedziane, bo słyszałem autentyczną opowieść, jak uczeń powiedział coś takiego do nauczycielki, z tym że używając wulgaryzmów i zwracając się do niej na ty.

Zaznaczam, że nie chodzi mi o negowanie wiedzy psychologicznej jako takiej. Jednak wartość tej wiedzy powinna być wyłącznie pomocnicza, dostarczając ogólnej świadomości i ewentualnie specyficznych metod radzenia sobie z trudniejszymi dziećmi. Ale, na miłość Boską, to że ktoś jest nadwrażliwy, nie oznacza, że obowiązują go inne niż wszystkich zasady!

Jestem przekonany, że większość rzekomych dysfunkcji, na które wypisuje się orzeczenia, jest skutkiem konkretnych życiowych doświadczeń, nieuporządkowań czy grzechów, gromadzonych nieraz przez pokolenia. Nadpobudliwość czy nadwrażliwość to nie formy psychopatii (uszkodzenia mózgu rzutującego w sposób konieczny na ludzkie zachowanie), ale po prostu nagromadzenie złych wzorców, które przeszło w funkcję neurologiczne, specyfikę zmysłowej percepcji czy też nieradzenie sobie z emocjami i z nadmiarem energii.

Dziecko, które wykazuje takie objawy, nie może dostawać od dorosłych sygnału: Jesteś inny, jesteś „dzieckiem specjalnej troski” i dlatego nie obowiązują cię nakazy i zakazy. Wręcz przeciwnie! Właśnie takie dziecko potrzebuje (dla własnego dobra!) twardo wytyczonych granic, bo dzięki temu łatwiej mu się odnaleźć, poradzić sobie z emocjami, a przy tym może czuć się normalne, a nie być świadkiem, jak dorośli odprawiają nad nim jakieś sabaty i półgłosem opowiadają o jego napiętnujących „problemach”. Tym bardziej, że przytłaczająca większość tego typu problemów ustępuje wraz z dojrzewaniem, kiedy młody człowiek zaczyna być samodzielny, zaczyna mu na różnych rzeczach zależeć, a więc zaczyna realizować własne cele. Jeżeli nie chcemy uczynić z niego życiowego kaleki, to nie przypinajmy mu łatki „dziecka z orzeczeniem”!

Tymczasem patologia będzie się pogłębiała, dopóki owe orzeczenia będą miały jakąkolwiek formalną wartość. Krokiem w dobrą stronę byłoby odebranie im wszelkiej mocy obowiązującej, a przywrócenie właściwego statusu – opinii psychologicznej. Orzeczenia są ukoronowaniem procesu stawiania świata na głowie. Znika normalna perspektywa wychowawcza i świadomość, że dziecko z zaburzeniami sensorycznymi, czy innymi, potrzebuje JESZCZE WIĘCEJ konsekwencji w egzekwowaniu zasad, inaczej zginie pod naporem emocji i namiętności, z którymi sobie nie radzi. Specjalne traktowanie dzieci z orzeczeniami, to szkoda dla otoczenia, ale również krzywda wyrządza tym dzieciom.

Co możemy z tym zrobić? Bezwzględnie wymagać od siebie, od innych rodziców i od nauczycieli, że wobec dzieci z orzeczeniami będą wyciągane te same konsekwencje i że nie będą one destabilizowały życia klasowego z winy szkoły, która wprowadza podwójne standardy.

6. Domowa katechizacja i lektura

Dom jest pierwszą szkołą wychowania i oświaty. To on buduje łączność pomiędzy wiedzą i myślą a działaniem. To on pokazuje praktyczny wymiar życia moralnego. Dzisiejszy – pruski – model edukacji jest, niestety, przeciwieństwem tego ideału. Napycha on umysły dzieci toną pustej, a nawet błędnej, wiedzy, z którą nie wiadomo, co potem zrobić w życiu. To dom uczy języka i wrażliwości na piękno (poprzez lekturę tekstów poetyckich i klasyki literatury). Daje też ideową szczepionkę przeciwko błędom edukacji (materializm, wychwalanie tzw. oświecenia i XVIII-wiecznych antyfilozofów).

W obecnej sytuacji dom przejmuje nieraz wyłączną odpowiedzialność za ukształtowanie właściwego rozumienia pojęć, o których szkoła nawet nie wspomina. To on odpowiada również za podstawową formację filozoficzną, jaka niezbędna jest każdemu człowiekowi do rozumnego i dobrego życia. Temu celowi służy oczywiście katecheza, o ile prowadzona jest w tradycyjnym, tomistycznym duchu (o tym piszę szerzej we wspomnianym już tekście Bez Boga ani do proga. Rola Kościoła w wychowaniu dzieci). Dlatego warto wymienić i rozwinąć w paru zdaniach kilka pojęć, które nie występują w edukacji szkolnej i powinny być uzupełnione w domu:

  • Cnota: podstawowa kategoria etyczna, od której zależy całe nasze życie prywatne, społeczne i polityczne (cnota jako sprawność moralna, analogicznie do sprawności fizycznej) – od starożytności dla każdego cywilizowanego społeczeństwa jest oczywiste, że bez pojęcia cnoty nie sposób w ogóle myśleć o wychowaniu, bo dziecko musi zrozumieć, dlaczego ma czynić dobro, a unikać zła oraz że tylko uczynek cnotliwy (podejmowany dobrowolnie, a nie ze strachu przed karą) ma wartość moralną; tu oczywiście będziemy też mówili o właściwym rozumieniu poszczególnych cnót i o ich wypaczeniach (np. posłuszeństwo nigdy nie jest bezwzględne, tylko podporządkowane prawu moralnemu, a męstwo może popaść w dwie skrajności – tchórzostwo lub brawurę).
  • Metafizyka: oczywiście nie musimy używać tego słowa, ale w dobie materializmu (negowania duszy i rzeczywistości jej praktycznego funkcjonowania), relatywizmu i subiektywizmu, nie jest możliwe zachowanie rozumu bez podstawowego zrozumienia, jaka jest hierarchia bytów w świecie i jak funkcjonuje człowiek jako istota złożona z duszy i ciała; dziecko musi rozumieć, że jego dusza ma swoje władze (rozum, wola, pamięć) i że te władze funkcjonują w określony sposób oraz mają górować nad władzami niższymi, cielesno-zmysłowymi.
  • Władza: w tym autorytet i hierarchia; to pojęcia, które należy właściwie rozumieć, żeby umieć podporządkować się rodzicom i władzy państwowej w tym, co moralne, a nie popaść w tak dziś rozpowszechniony wzorzec ślepego posłuszeństwa; ot, przykład: mój 6-letni syn nie podszedł do pani w busie, żeby powiedzieć, że dwa razy starsza dziewczynka dokucza jego siostrze, ponieważ władza (opiekun busa) ustanowiła zasadę, że po busie się nie chodzi – musiałem mu wytłumaczyć, że zgodnie z podstawową zasadą filozofii części niższe zawsze są podporządkowane częściom wyższym, dlatego dobro moralne i powinność, jaką jest obrona siostry, są ważniejsze niż bezpieczeństwo w busie i posłuszeństwo opiekunowi (zasada bezpieczeństwa jest zawieszona w momencie, gdy występuje racja wyższego rzędu, jaką jest obrona słabszych, szczególnie członków rodziny – zgodnie z ordo caritatis).
  • Sprawiedliwość: ten temat często się pojawia, szczególnie, gdy jest więcej rodzeństwa – musimy tłumaczyć dzieciom, że sprawiedliwość nie oznacza dla wszystkich po równo, ale każdemu, co mu się należy, czyli dokładnie odwrotnie niż uczy tego przesiąknięty socjalistyczną mentalnością współczesny świat.
  • Przemoc: to pojęcie jest bodaj najbardziej przekłamanym w dzisiejszym systemie edukacji, już od poziomu przedszkola. Błędnie uważa się, że przemoc jako taka jest zła, co prowadzi do bierności dobrych, a eskalacji bezkarnej przemocy złych; przykład: mój syn w zerówce przywalił chłopcu z orzeczeniem, który notorycznie podglądał dzieci w toalecie. Bronił się w ten sposób przed przekroczeniem swoich intymnych granic. Ale sprawa została postawiona tak, że obaj musieli przeprosić – byłem zmuszony kilkukrotnie ponawiać interwencje u wychowawczyni i u dyrekcji, aby niesprawiedliwość została publicznie naprawiona: ponieważ pełną odpowiedzialność ponosi agresor, a nie ten, który się słusznie bronił.
  • Moralność: tak, kategoria tak ogólna i pozornie oczywista, również wymaga odkłamania – jest to bowiem kategoria de iure i de facto niewystępująca w dzisiejszym systemie szkolnym, a nawet prawnym w Polsce (dla kontrastu, w niektórych konserwatywnych stanach USA obowiązują i są egzekwowane ustawy o moralności publicznej); prawo nie chroni u nas moralności, co dotyczy również systemu edukacji; moralność (obiektywne rozróżnienie dobra od zła) została zastąpiona emocjami – złe jest to, co sprawia komuś przykrość (stąd wyrasta tragiczny w skutkach błąd, czyli skrajny pogląd, że dobre jest to, co przyjemne, a złe – to, co nieprzyjemne, trudne, wymagające); nawet kwestia bluźnierstwa przestała istnieć, a mówi się wyłącznie o „obrazie uczuć religijnych” (czymkolwiek owe „uczucia religijne” miałyby być!); musimy mieć świadomość tego, że moralność nasze dzieci muszą wynieść z domu i ze wspólnoty religijnej, ponieważ w państwie polskim A.D. 2026 taka kategoria nie występuje.

Podam jeszcze inny przykład, który skupia aż cztery z powyższych podpunktów: moralność, sprawiedliwość, przemoc i cnotę. Otóż, mieliśmy w klasie do czynienia z chłopcem, który notorycznie zaczepiał innych i przeszkadzał na lekcjach, a do tego (za zgodą rodziców) w osobliwy sposób szukał „ekspresji” swojej indywidualności, na przykład malując paznokcie. Mój syn z dwoma kolegami w końcu nie wytrzymali, podeszli do niego na korytarzu i „w zdecydowanych słowach” (jak twierdzili) pouczyli go, że nie życzą sobie takiego zachowania. Oczywiście zrobiła się afera, podczas której wraz z rodzicami dwóch pozostałych kolegów musieliśmy tłumaczyć, że problemem nie jest reakcja na zło, ale bierność szkoły, która doprowadziła do tego, że oni w ogóle musieli w ten sposób reagować. Mamy więc do czynienia z moralnością (podjęcie reakcji na zło na podstawie zdrowo ukształtowanych pojęć), sprawiedliwością (intencja przywrócenia porządku), pewną formą przemocy (choć akurat nie była ona fizyczna) i wreszcie cnotą (reakcja na zło jest aktem sprawności moralnej).

Sama zaś kwestia przemocy jest bodaj najsmutniejszą egzemplifikacją prawdy wyrażonej przez cytowanego wyżej prof. Skrzydlewskiego. Błędne zdefiniowanie tego pojęcia i odebranie narzędzi siłowej reakcji nękanym uczniom i nauczycielom reagującym na zło prowadzą do rozpanoszenia się bezkarnej agresji i do aktów rażącej niesprawiedliwości. Błędem, na którym ufundowane jest dzisiejsze, „systemowe”, rozumienie przemocy, jest nierozróżnianie zła fizycznego od zła moralnego. Dając w gębę agresorowi, który nęka słabszych, wyrządzamy mu zło fizyczne (ból, siniak), ale jednocześnie (o ile naszą intencją jest obrona słabszych i zatrzymanie zła) spełniamy akt dobra moralnego. Krótko mówiąc, zło fizyczne nie jest jednoznaczne ze złem moralnym!

7. Nie bać się ZABRAĆ dzieciom tego, co im szkodzi

W ostatnim punkcie muszę uczynić ważne zastrzeżenie. Jest bowiem jedno ALE. Mianowicie, żeby wszystko, co wyżej wymieniłem, w ogóle miało sens, musimy najpierw usunąć to, co przeszkadza w wychowaniu. Jak w diecie: możemy suplementować się za tysiąc złotych miesięcznie, ale nic nam to nie pomoże, jeżeli nie zrezygnujemy ze śmieciowego jedzenia. Tu zaś mówimy o rezygnacji ze: śmieciowych koncepcji pedagogicznych, śmieciowej wiedzy i śmieciowej kultury.

Po pierwsze: smartfon. Nawet w rządzonych przez lewicę państwach, jak Francja, wprowadza się zakazy używania smartfonów i mediów społecznościowych przez dzieci i młodzież. Sama nauka (niezwiązana z żadną religią i tradycyjnym światopoglądem) doszła do wniosku, że te dwie rzeczy są skrajnie szkodliwe i wręcz zgubne dla mózgu oraz rozwoju dziecka i nastolatka. Nie będę powtarzał tych argumentów, bo łatwo je znaleźć, ale trudniej – jak się okazuje – wyciągnąć z nich wnioski praktyczne.

Po drugie: media społecznościowe. Wrócę na chwilę do opisywanej wyżej wywiadówki. Otóż, rodzice oburzali się, że dzieci dokuczają sobie, że ktoś jest gruby (teksty w styl masz grube nogi) i że dochodzi do aktów gnojenia na komunikatorach. A kto – przepraszam – dał tym dzieciom telefony?! Kto pozwolił im pozakładać konta w social mediach i na komunikatorach? Kto pozwala im siedzieć w samotności z telefonem i robić nie wiadomo co? Kto pozwolił im czerpać wzorce z TikToka i Instagrama, nie mówiąc już o zakładaniu kanałów na YouTubie?! Przecież dziecko samo pewnych rzeczy nie wymyśli, a wpływ sztucznego (i często po prostu niemoralnego) świata kreowanego w mediach społecznościowych nie jest dla jego psychiki i sumienia obojętny.

Po trzecie: bajki, filmy i gry. Paradoksalnie, tu może pojawić się najwięcej kontrowersji, bo mówimy nie tylko o aspekcie moralnym i obyczajowym, ale również estetycznym, czy ogólnie kulturowym. Gdy nieraz wracam do tego, co oglądałem będąc dzieckiem, łapię się za głowę i uświadamiam, że 90 procent treści popkulturowych, które wlewały się do mojej duszy, nie nadaje się do pokazania dzieciom. Ale skupmy się na bajkach. Ot, przykład pierwszy z brzegu: Świnka Peppa, czyli głupawa bajka, która promuje wzorzec ojca fajtłapy i matki, która rozwiązuje wszystkie problemy (to samo, choć w znacznie mniejszym stopniu, dotyczy książeczek typu Pucio czy Feluś i Gucio, gdzie często nie sposób odróżnić mężczyzn od kobiet). Albo: Masza i niedźwiedź, gdzie główną bohaterką jest rozwydrzona, młodociana ruska hucpiara, której wszystko się należy. Nie wspominając już nawet o gorszych przykładach (jak Ninjago, gdzie w buddyjskim sosie podaje się dzieciom rozmyte kategorie dobra i zła, banalizując to drugie). Co istotne, szkodliwa jest nie tylko treść, ale również forma – dzisiejsze bajki są po prostu brzydkie (zglajszachtowana estetyka animacji robionej na komputerze, a nie ludzką ręką) i jest to nie bez znaczenia, bo jeżeli połączymy głupotę (złe przykłady, za szybkie tempo – jak choćby w bajce Grizzy i lemingi) i brzydotę, to, co się dziwić, że potem nasze dzieci zachowują się jakby miały ADHD i nie interesują się niczym wartościowym, skoro mają sieczkę z mózgów? To nasza wina, ponieważ nie prowadzimy CENZURY PREWENCYJNEJ treści, które są sączone do ich mózgów i nie dbamy o to, by kultura (i, w miarę możliwości, popkultura), na której się wychowują, były oparte na filarach Prawdy, Dobra i Piękna. Dlatego bez sentymentów musimy tłumaczyć dzieciom, dlaczego nie oglądają pewnych rzeczy i w ten sposób kształtować również ich gust.

PODSUMOWANIE

Świat, w którym przyszło nam wychowywać dzieci, stracił swój odwieczny charakter „samoporządkujący”. Elementem tego charakteru była rzeczywistość hierarchiczna, w której każdy znał swoje miejsce, a kto się wychylił – został ustawiony do pionu. W tamtej rzeczywistości można było działać bardziej intuicyjnie, ponieważ środowisko wspierało rodziców w wychowaniu. Dziś nie mamy tego komfortu. Jeżeli chcemy przełamać impas i nie narzekać przez całe życie, że nic się nie da zmienić, to w sposób konieczny potrzebujemy WIEDZY. I to nie wiedzy na poziomie artykułów w internecie (również niniejszy jest, jak wspomniałem, tylko inspiracją i sugestią pewnych kierunków poszukiwań), ale sięgnięcia do poważnych źródeł i opracowań, żeby oczyścić swoje pojęcia z antyfilozoficznych (oświeceniowych!) naleciałości kilku minionych wieków i wybudować system zdrowych pojęć, czyli po prostu powrócić do niezideologizowanego postrzegania rzeczywistości.

Dopiero na takim gruncie – kiedy uświadomimy sobie, jakie prawa posiadamy z przyrodzenia i że dysponujemy realną władzą rodzicielską – możemy mieć nadzieję na skuteczność. Niestety, bez tego uporządkowanego i ukierunkowanego wysiłku, pozostaniemy słabi jak silnik, który ma sprawny rozrusznik, ale dawno przepalone świecie nie są w stanie utrzymać zapłonu i dowieźć nas do celu…

Filip Obara

Zobacz także:

Filip Obara: Dzieci „własnością” państwa. O czym nie chce wiedzieć Tusk?

Filip Obara: Dzieci wychowa nam szkoła. Problemy sąsiedzkie załatwi sołtys. Jaka przyszłość nas czeka?

8 filarów wolności [PO TYM POZNASZ, ŻE NIE JESTEŚ NIEWOLNIKIEM!]

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(3)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie