Andrzej Solak: Męczennicy zza Wielkiej Wody

redakcja.jpg
Autor:
Andrzej Solak
USA-katolicyzm-meczennicy-250-lat.jpg
Oprac. PCh24.pl

Obchody 250-lecia powstania Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej sprzyjać będą u nas zarówno produkcji lizusowskich laurek, jak i wylewaniu nienawistnych kubłów pomyj. Tymczasem sprowadzenie historii USA do jednowymiarowego obrazu, białej lub czarnej legendy, jest po prostu niemożliwe. Dwadzieścia pięć dekad dziejów to szmat czasu, pełen zarówno fatalnej szpetoty oraz spraw jednoznacznie złych, jak i prawdziwego dobra i piękna. Bodaj największą, najcenniejszą chlubą, jaką mieszkańcy USA dali światu jest blask męczeńskiej korony jakże wielu wyznawców Kościoła.

Trudne prapoczątki

Katolicy zawsze mieli tu pod górkę. Jeszcze w okresie panowania brytyjskiego ich sytuacja nie odbiegała od innych obszarów, które na swe nieszczęście znalazły się pod władzą Londynu.

Dominujący na kontynencie północnoamerykańskim protestanci przynieśli z Europy bagaż własnych uprzedzeń i fobii, które nadawały ton ich działaniom. Dosłownie przyjmowali nauki Lutra, Kalwina i Knoxa określające Kościół rzymski mianem Nierządnicy Babilońskiej. Znajdowali natchnienie w dokumentach doktrynalnych na czele z Wyznaniem Westminsterskim (1646), przedstawiających papieża jako „Antychrysta, człowieka grzechu i syna zatracenia, który wywyższa się w Kościele przeciwko Chrystusowi i wszystkiemu, co nazywa się Bogiem”. Logicznym następstwem przyjęcia takiej optyki było traktowanie katolickich sąsiadów jako „hord Antychrysta”, podstępnie knujących, by zapanować nad światem. Wyznawcy Kościoła cierpieli więc rozmaite szykany – religijne, podatkowe, pracownicze, edukacyjne i wiele innych. Nieustannie atakowano ich i oskarżano o niebywałe zbrodnie i dewiacje w gazetach, broszurach, książkach, podczas kazań i debat publicznych, w szkołach, miejscach pracy i na ulicy.

W paranoicznej atmosferze zwalczania wszechobecnego „spisku papistów” zdarzało się obrywać także innowiercom. Doświadczył tego choćby John Ury, anglikański duchowny z Nowego Jorku, w 1741 roku oskarżony (bezpodstawnie) o bycie katolickim księdzem. Jak się zdaje, głównym powodem posądzenia była jego… znajomość łaciny, jednoznacznie kojarząca się lokalnej „dyktaturze ciemniaków”. Ówczesne prawo za fakt bycia kapłanem katolickim przewidywało karę dożywotniego więzienia. Jednak Ury’ego oskarżono dodatkowo (i równie fałszywie) o szpiegostwo na rzecz Hiszpanii i knucie w celu wywołania buntu niewolników. To zaś zaprowadziło nieszczęśnika wprost na szubienicę.

Zróbmy to razem!

Katolicy pożegnali więc bez żalu wycofanie się władzy brytyjskiej z Trzynastu Kolonii u schyłku XVIII wieku. Początkowo wiele posunięć władz nowego państwa dawało nadzieję na polepszenie bytu. Z tym zaś bywało różnie.

Zabij papistę!

Dzieje amerykańskich katolików kładą się nieco wstydliwym cieniem na historię USA, państwa tak gromko szermującego dziś na wszelkie sposoby hasłami tolerancji, także religijnej.

Przez długie dekady dominujący WASP (Biali Anglosascy Protestanci) uważali się za jedynych „prawdziwych Amerykanów”, z pogardą traktując „sługi papieża”. Uprzedzenia religijne łączyły się z etnicznymi i rasowymi, wszak wielu „papistów” było Irlandczykami, Niemcami, Włochami, Polakami i Latynosami. Władze lokalne zrobiły sporo, by uprzykrzyć im życie. Okresowo wybuchały akty przemocy.

W 1834 r. protestancki motłoch zaatakował klasztor urszulanek oraz prowadzoną przez nich szkołę w Charlestown, niedaleko Bostonu. Wcześniej szkoła edukowała głównie protestanckie dziewczęta z lokalnego establishmentu, co spotkało się z podejrzliwością niewyedukowanej populacji zwolenników Reformacji. Rozruchy wywołała plotka, jakoby jedna z zakonnic przetrzymywana była siłą w klasztorze. Tłuszcza wdarła się na teren wspólnoty, a choć nie znalazła tam żadnej „uwięzionej”, puściła z dymem zarówno klasztor, jak i szkołę. Reakcja władz była ostentacyjnie opieszała. Wprawdzie policja aresztowała paru napastników, ale szybko odzyskali wolność w wyniku petycji podpisanej przez 5000 obywateli Bostonu. Co więcej, w następstwie zajść kilka legislatur stanowych zaproponowało „ustawy o inspekcji klasztorów”, które miały zezwalać na przeprowadzenie rewizji bez nakazu sądowego w klasztorach, kościołach i budynkach plebanii, w poszukiwaniu rzekomo przetrzymywanych tam „uwięzionych osób”.

W latach 40. i 50. XIX wieku w Stanach Zjednoczonych siały zamęt grupy określające się mianem natywistów – zagorzałych protestantów mających ambicję ocalić Amerykę przed „hordami papieża”. Ich zajadłość dała dramatyczny efekt. Kiedy w roku 1853 USA wizytował papieski wysłannik arcybiskup Gaetano Bedini, odpowiedzią były hałaśliwe demonstracje natywistów, które w Cincinnati, Cleveland, Louisville, Baltimore, Bostonie i Nowym Jorku przerodziły się w gwałtowne zamieszki, połączone z rozlewem krwi.

W następnym roku w St. Louis w stanie Missouri wystąpienie natywistów doprowadziło do pogromu – naliczono 10 zabitych, 33 rannych oraz 93 podpalone domy. Jeszcze gorszy był „krwawy poniedziałek” w Louisville w stanie Kentucky (1855), kiedy podczas ataku na katolickie dzielnice śmierć poniosły 22 osoby, a rozległe obszary miasta uległy zniszczeniu. Podczas wyborów lokalnych w Waszyngtonie (1857) atak natywistycznych bojówek na ludność pochodzenia irlandzkiego i niemieckiego dał początek bitwie ulicznej, którą przerwała dopiero interwencja piechoty morskiej; do tego momentu odnotowano 8 zabitych i 15 rannych.

Kosa na kamień

W maju 1844 roku potężne „rozruchy biblijne” ogarnęły Filadelfię wraz z przyległym Kensington. Poszło o postulat katolików, by ich dzieci, pobierające naukę w szkołach publicznych, mogły korzystać z Biblii uznawanej przez Kościół rzymski.

Sfanatyzowane tłumy uderzyły na katolickie dzielnice, by „bronić kraju przed krwawą ręką papiestwa”. Spaliły dwa kościoły, seminarium Sióstr Miłosierdzia, szkołę wraz z biblioteką i kilkadziesiąt domów. Jednakże tym razem natrafiły na zdecydowany opór. „Papiści” zrobili dobry użytek z drugiej poprawki do Konstytucji i zaopatrzyli się w muszkiety tudzież pistolety, a strzelać umieli celnie. Ulice stały się prawdziwym polem bitwy. Zginął tylko jeden katolik – i aż trzynastu napastników. Dwa miesiące później lokalni natywiści próbowali raz jeszcze ruszyć na katolików, ale tym razem odparło ich wojsko.

Na wieść o wypadkach w Filadelfii szykowała się do pogromu natywistyczna tłuszcza w Nowym Jorku. Chwalić Boga, tutejszy arcybiskup John Hughes okazał się mężem prawdziwie opatrznościowym. Niezwłocznie skrzyknął swe owieczki, z których zorganizował uzbrojoną straż obywatelską strzegącą kościołów. Potem Jego Ekscelencja oficjalnie zakomunikował włodarzom miasta (sprzyjającym natywistycznej hołocie), że jeśli choć jedna katolicka świątynia zostanie podpalona, wówczas „Nowy Jork stanie się kolejną Moskwą”. Ksiądz arcybiskup nawiązał do wielkiego pożaru, jaki strawił Moskwę w roku 1812, podczas inwazji napoleońskiej. Na szczęście protestanccy aktywiści okazali się być osobami wyedukowanymi historycznie i w Nowym Jorku utrzymał się spokój.

Tutejszy Manhattan stał się za to terenem dramatycznej konfrontacji w 1870 oraz 1871 roku. Było to przeniesienie na amerykański grunt konfliktu tlącego się od stuleci na irlandzkiej Zielonej Wyspie. Nowojorska odnoga protestanckiego Zakonu Oranżystów chciała uczcić paradą rocznicę zwycięstwa króla Wilhelma III Orańskiego nad katolickim władcą Jakubem II w bitwie nad rzeką Boyne w Irlandii (1689). Przemarsz miał odbyć się przez dzielnice katolickie, by dodatkowo upokorzyć „sługi papieża”. Udało się to średnio. Katolicy, szczególnie Irlandczycy, nie dali sobie w kaszę dmuchać. Za pierwszym razem konfrontacja dwóch wzburzonych tłumów pociągnęła za sobą 8 ofiar śmiertelnych. Rok później, mimo obecności 1500 policjantów i pięciu pułków Gwardii Narodowej było znacznie gorzej. Obecny na miejscu reporter „New York Herald” nie szczędził czytelnikom makabrycznych szczegółów, opisując ulice „pokryte grubą na dwa cale warstwą zakrzepłej krwi i kawałkami mózgu”. Oficjalnie odnotowano śmierć 33 katolików, 25 protestantów i trzech przedstawicieli sił porządkowych.

Strzały w Alabamie

Drogą wytyczoną przez natywistów maszerował dziarsko powstały po wojnie secesyjnej Ku Klux Klan – organizacja kojarzona u nas przede wszystkim z antymurzyńskim rasizmem.

W rzeczywistości klansmani chcieli oczyścić Stany z wielu „wrogów”, w tej liczbie katolików. W latach 20. XX stulecia, kiedy Klan uzyskał rekordowe poparcie (wstąpiło doń kilka milionów amerykańskich protestantów), to właśnie walkę z katolicyzmem uznawano za cel najważniejszy.

11 sierpnia 1921 roku ksiądz James Edwin Coyle, proboszcz katedry św. Pawła w Birmingham, w Alabamie, odmawiał modlitwy brewiarzowe na ganku swej plebanii. Nie dane mu było ich dokończyć. Ksiądz Coyle już dawno podpadł miejscowym rasistom, gdy założył pierwszą w mieście szkołę dla murzyńskich dzieci. Potem osobistą nienawiścią zaczął go darzyć miejscowy pastor-metodysta, w jakiś sposób godzący duchową posługę z obowiązkami aktywisty Ku Klux Klanu. Ksiądz Coyle przyjął bowiem na łono Kościoła nawróconą córkę owego wielebnego klansmana, by po kilku miesiącach udzielić jej ślubu z portorykańskim katolikiem.

Trzy godziny po ceremonii ślubnej rozsierdzony „tatuś” pani młodej wtargnął na teren plebanii. Na widok modlącego się kapłana wyszarpnął z kieszeni pistolet kalibru 7,65 mm i trzykrotnie dał ognia. Jeden z pocisków trafił ofiarę w skroń. Ksiądz James zginął na miejscu.

Późniejszy proces zabójcy, wedle oceny historyków, „był jeszcze haniebniejszy niż sam mord”. Zdominowana przez protestantów i sympatyków Klanu ława przysięgłych już po paru godzinach uwolniła zbrodniarza od odpowiedzialności! Kiedy zawiodły próby wykazania, że pastor działał w samoobronie (zaprzeczyli świadkowie), bądź że trzymany przez księdza brewiarz „wyglądem przypominał broń”, za powód zabójstwa uznano oficjalnie… „chwilową niepoczytalność” sprawcy. Zaiste, amerykańska Temida była tego dnia ślepa.

Sztuka umierania

Katolików atakowano z prawa i z lewa. Od czasu do czasu obiekty kościelne padały ofiarą zamachów ze strony anarchistów.

Entuzjaści „propagandy czynem” szczególnie uwzięli się na słynny kościół świętych Piotra i Pawła w North Beach w San Francisco. W latach 1926-1927 przeprowadzili nań aż pięć zamachów bombowych. Podczas ostatniego dwóch terrorystów wpadło w policyjną zasadzkę. Kule funkcjonariuszy powaliły zamachowców, zanim ci zdążyli podpalić lont dynamitowej bomby. Jeden ze sprawców zginął na miejscu, drugi zmarł z odniesionych ran w szpitalu, niestety nie ujawniając ewentualnych mocodawców i wspólników.

Wcześniej w anarchistycznym zamachu zginął ojciec Leon Heinrichs, franciszkanin, proboszcz parafii św. Elżbiety w Denver, w stanie Colorado. 23 lutego 1908 roku, podczas porannej Mszy (zwanej tu Mszą robotników, bo większość wiernych była proletariuszami spieszącymi na pierwszą zmianę), ojciec Leon udzielał zgromadzonym Komunii Świętej. Nagle jeden z mężczyzn klęczących przy balaskach wypluł z ust Hostię, którą zaraz cisnął w twarz franciszkanina. Potem wyszarpnął spod kurtki rewolwer i strzelił kapłanowi w serce.

Sprawcą był anarchista przybyły do USA z Sycylii, nienawidzący Kościoła. Podczas procesu symulował chorobę psychiczną, potem próbował ucieczki. Nie na wiele się to zdało; osądzony i skazany, wkrótce zadyndał na szubienicy, w ostatniej chwili zakrzyknąwszy: „Śmierć księżom!”.

Jego ofiara umierała inaczej. Ojciec Leon nawet w chwili śmierci pamiętał o najważniejszym. Konając z przestrzelonym sercem, nie zważając na ból, ostatkiem sił podniósł z posadzki dwie upuszczone Hostie, które z czcią umieścił w cyborium.

Nienawiść powszednia jak chleb

Myliłby się ten, kto by uznał takie i podobne zdarzenia za zamierzchłą przeszłość. Oto 23 października 1970 roku Sanktuarium Najświętszej Dziewicy z San Juan del Valde, w Teksasie, padło ofiarą ataku lotniczego przeprowadzonego w stylu „kamikadze”!

Pewien instruktor pilotażu z niebanalną przeszłością (pod koniec II wojny światowej szkolił załogę bombowca przygotowującą się do atomowego nalotu na Hiroszimę), nieustannie i z nieokreślonych powodów zionący nienawiścią do chrześcijan („ekumenicznie” obdarowywał owym uczuciem katolików i metodystów), postanowił uzewnętrznić swe fobie zgodnie z posiadanymi kwalifikacjami zawodowymi. Wzniósł się w przestworza za sterami wynajętej awionetki, którą następnie roztrzaskał o dach najokazalszej katolickiej świątyni w Dolinie Rio Grande. Eksplodowały zbiorniki z paliwem, kościół stanął w płomieniach. Podczas „nalotu” w świątyni przebywało 130 osób, zaś w przylegającej doń szkole dobre dwie setki dzieciarni oraz sprawujących nad nimi pieczę zakonnic. Zakrawa na cud, że żadna z tych osób nie ucierpiała. Jedyną ofiarą śmiertelną był przykładnie upieczony zamachowiec.

Oficjalnie nie ogłoszono motywów działań kolejnego sprawcy, który 10 czerwca 2002 roku wtargnął na teren bazyliki benedyktyńskiego opactwa w Concepcion, w stanie Missouri. Zdołał on postrzelić czterech zakonników, z czego dwóch śmiertelnie. Ostatnią kulę przeznaczył dla siebie. Biografia napastnika dała obraz ciągłych duchowych zawirowań. Wychowany w bezbożnej rodzinie, ochrzczony jako człowiek dorosły we wspólnocie metodystów, wziął ślub w zborze baptystów, a z czasem zaczął się uważać za katolika. Przebąkiwano, że przyszły zbrodniarz zaczął żywić nienawiść do Kościoła z powodu… długiej procedury stwierdzenia nieważności jego małżeństwa. Za jego frustracje zapłacili życiem i zdrowiem niewinni ludzie.

Czas dewiantów

Kościołowi przybył kolejny bojowo nastawiony wróg – zboczeńcy seksualni, mszczący się za swoje wyimaginowane krzywdy. Przykład dał tu niejaki Earl Steven Karr, który w imieniu Gejowskich Sił Uderzeniowych podłożył bombę w okolicach katedry św. Józefa Robotnika w La Crosse (1984).

13 listopada 2002 roku Mary Stachowicz, głęboko zaangażowana parafianka z Chicago, zginęła od ciosów noża. Mordercą był homoseksualista, którego Mary próbowała przekonać do porzucenia dewiacji, przedstawiając mu naukę Kościoła w sprawie grzechu sodomskiego i odwołując się do tradycyjnych wartości rodzinnych. „Kochający inaczej” z braku argumentów chwycił za nóż… „Zginęła jako męczennica za wiarę” – napisał o Mary Stachowicz biskup pomocniczy Chicago Tadeusz Paprocki.

Rankiem 27 sierpnia 2025 roku doszło do krwawej masakry w kościele Zwiastowania Pańskiego w Minneapolis, w stanie Minnesota. Atak miał miejsce podczas Mszy dla dzieci! Terrorysta był mężczyzną określającym się mianem „osoby transseksualnej, identyfikującej się jako kobieta”. Podczas najścia prowadził intensywny ogień z karabinu automatycznego i strzelby. Odnotowano wstrząsające epizody – gdy wewnątrz świątyni świstały kule, wielu wiernych, dużych i małych, modliło się i prosiło o darowanie grzechów, a dorośli i starsi uczniowie własnymi ciałami osłaniali maleństwa. Zginęło dwoje maluchów (w wieku 8 i 10 lat); kolejne 28 osób, w większości dzieciaków odniosło rany.

Sprawca po zakończeniu krwawego dzieła palnął sobie w łeb. FBI zakwalifikowało zamach jako akt terroryzmu oraz zbrodnię wynikłą z nienawiści do katolików. Jako że nie był to pierwszy masowy mord w wykonaniu transseksualisty, komentator polityczny Alex Bruesewitz określił strzelca jako „kolejnego szalonego transterrorystę”. Z kolei doradca sekretarza obrony Graham Allen powiedział: „Przemoc transów to nie tylko choroba psychiczna. Uważam, że to opętanie demoniczne”.

W blasku chwały

To zaledwie skromny zarys męczeńskich dziejów północnoamerykańskiego Kościoła.

Bo przecież trzeba uwzględnić jeszcze licznych misjonarzy, co oddali swe życie za chrystianizację ludów tubylczych w minionych wiekach. Także głosicieli Ewangelii z bliższych nam czasów, pełniących posługę w różnych częściach globu – takich jak Sługa Boży Francis Xavier Ford, biskup chińskiego Kaying, zamęczony w więzieniu w Kantonie (1952); jak zgładzone w Salwadorze siostry Maryknoll Maura Clarke i Ita Ford, urszulanka Dorothy Kazel oraz świecka misjonarka Jean Donovan (1980); jak zamordowani w Gwatemali błogosławieni Stanley Rother (1981) i James Miller (1982); jak siostry Zgromadzenia Adoratorek Krwi Chrystusa Barbara Ann Muttra, Shirley Kolmer, Kathleen McGuire, Agnes Mueller i Mary Joel Kolmer – uśmiercone w Liberii (1992).

Należy też pamiętać, że określone siły panoszące się w administracji USA doprowadziły do śmierci ogromnej liczby katolików w innych krajach. Wspomnijmy tu tytułem przykładu motywowane religijnymi uprzedzeniami zabójstwa i profanacje z czasów amerykańskiej inwazji na Meksyk (1846-1848); wsparcie władz USA dla krwawych rządów wolnomularzy meksykańskich, szczególnie w dramatycznych latach 20. i 30. XX wieku; ​​wsparcie dla indonezyjskich (muzułmańskich) okupantów Timoru Wschodniego oraz ludobójstwa prowadzonego na tamtejszych katolikach (1975-1999).

Droga amerykańskich wyznawców Kościoła rzymskiego bywała ciernista, pełna przeszkód, a często także niebezpieczeństw. Jednakże wielu kroczyło nią nieulękle.

Andrzej Solak

 

redakcja.jpg
Autor:
Andrzej Solak
Zróbmy to razem!
Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.
Wybierz kwotę: