Coraz mniej kochana. Polacy mają problem z Ameryką?

Dlaczego tak beznadziejną miłością pokochaliśmy USA? I jak to się stało, że uczucie to powoli ostyga, dając nadzieję, że w związku tym – obok szalonego uczucia – pojawi się wreszcie odrobina rozsądku?
Jest taki kraj, w którym przez lata przyjazd prezydenta Stanów Zjednoczonych traktowany był jako wydarzenie nieomal religijne. W tym samym kraju amerykański ambasador nie miał obaw, by zapraszać do siebie kolejnych ministrów oraz obsztorcowywać rząd za prowadzenie polityki nie po myśli Waszyngtonu. To w tym kraju również ogromna część posłów w sejmie wstaje, by oklaskiwać wybór nowego prezydenta Ameryki, a ekscytację najważniejszych polityków potrafi wzbudzić nawet stojący na Placu Zamkowym w Warszawie pusty fotel przeznaczony dla głowy amerykańskiego państwa. Tak, tym krajem jest Polska.
Ale jest też dobra wiadomość: wydaje się, że ostatnie lata – a na pewno miesiące – sprawiły, iż pojawiła się społeczna gotowość na secesję Polski od amerykańskiej konfederacji. Jeśli tak dalej pójdzie, to – przy odrobinie asertywności polskiej elity – może przestaniemy być 51. stanem północnej Ameryki.
Dlaczego tak beznadziejną miłością pokochaliśmy USA? I jak to się stało, że uczucie to powoli ostyga, dając nadzieję, że w związku tym – obok szalonego uczucia – pojawi się wreszcie odrobina rozsądku?
Dwa fundamenty miłości
Bezkrytyczną w ostatnich dekadach miłość Polaków do Ameryki można zapewne rozkładać śrubka po śrubce niczym wielką skomplikowaną maszynę, co z pewnością pozwoliłoby nam poznać wszystkie jej zawiłości oraz fascynujące mechanizmy. Wiadomo, że Polacy mieli swój istotny wkład w przetrwanie jednej z pierwszych europejskich osad na terenie dzisiejszych Stanów Zjednoczonych – słynnej Jamestown, dowodzonej zresztą przez kapitana Johna Smitha. Kłopot w tym, że Amerykanie niezbyt historię Jamestown lubią, wszak musieliby przyznać, iż u zarania ich państwowości leżą ludzkie małości, którymi kierowali się poszukujący zysku przybysze – chciwość i obsesyjne pragnienie materialnej zdobyczy. A choć Amerykanie bogactwo cenią, to zamiast zachłanności poszukiwaczy złota, wolą osadnictwo tzw. Pilgrim Fathers z 1620 roku, którzy rozgościli się w Plymouth. Liderami tej grupy było 50 dysydentów religijnych dążących do odnowy życia religijnego i oczyszczenia go w zgodzie z biblijnymi nakazami.
Być może jednak znacznie bardziej na polską wyobraźnię działa estyma, jaką Amerykanie darzą Kazimierza Pułaskiego i Tadeusza Kościuszkę – polskich, świetnych zresztą, wojskowych. Choć i tutaj pewnie złudzenia nieco prysły, gdy barbarzyńcy spod znaku Black Lives Matter oskarżyli także Polaków o rasizm i praktykowanie niewolnictwa. A może bardziej jesteśmy dumni z zaradności Erazma Jerzmanowskiego czy talentu Poli Negri.
Nasze relacje z Ameryką to jednak również kolejne fale migracji i rosnąca tam Polonia, której wszakże nigdy nie udało się dojść do takiej pozycji lobbingowej, do jakiej doszła amerykańska diaspora żydowska.
Jednak – jak się zdaje – Polska bezkrytyczna miłość do Ameryki ma dwa fundamenty: pierwszym jest mit USA jako kraju wolnego i wolność ubezpieczającego. Chodzi rzecz jasna nie tylko o twarde boje o niepodległość, u zarania których stała nierzadko zwykła bandyterka (bo jak inaczej nazwać „herbatkę bostońską”, która w istocie było bezprawnym atakiem na własność brytyjskiej kompanii handlowej), ale też o nieograniczone możliwości, jakie miał dawać „nowy świat” (osławiona kariera od pucybuta do milionera) a wreszcie także ideał wolnego i sprawiedliwego kowboja (z tym z kolei w brutalny sposób rozprawiali się tacy pisarze jak Cormac McCarthy ukazujący kowbojów jako zwykłych przestępców). Drugim zaś fundamentem tej miłości jest Ameryka jako żandarm – jedyny obrońca Polski przed wrogimi zakusami mocarstw. Czcimy zatem prezydenta Woodrowa Wilsona, tego, który podarował nam wolność i – rzecz jasna – Ronalda Reagana, bo to jego „gwiezdne wojny” wykończyły ostatecznie czerwone imperium.
I właśnie te dwa mity: USA jako państwa wolności, dającego nieograniczone możliwości oraz politycznej potęgi, zdolnej obronić nas przed kolejną wojenną hekatombą, zbudowały jak się zdaje polską miłość do Stanów Zjednoczonych. W III RP właściwie ta miłość tylko się umacniała, szczególnie, że wtedy głównym i niepodważalnym celem polskich elit stało się doganianie Zachodu.
Rugi z alei Ujazdowskich
Innego wyjścia nie było, albo nikt nie powiedział nam, że jest. Elity polityczne, które doszły do władzy po 1989 roku w ogromnej mierze idealizowały Zachód. Dawał on obietnicę przejścia z rosyjskiego piekła do politycznego raju. W takiej świadomości nasi rodzimi politycy wzrastali, edukowani w miłości do zachodnich fruktów (ludzie z peerelowskiej elity ochoczo brali udział w rozmaitych stypendiach w tym osławionym stypendium Fullbrighta), albo „zawstydzani” komunistyczną przeszłością i przez to zmuszani do przyjęcia nowej, tym razem zachodniej kurateli. Ogromna część Polaków, zmęczona trudami transformacji, widziała właśnie w bogatej i potężnej wówczas jak nigdy Ameryce spełnienie marzeń o końcu historii.
Polacy nie widzieli przy tym niczego zdrożnego w nieustannych umizgach polskich elit politycznych do amerykańskich prezydentów. A były to nierzadko umizgi zupełnie niepotrzebne, jak chociażby walka o wizy, czy udział w Bushowskiej wojnie z terrorem. Aleksander Kwaśniewski po latach sam przyznał, że nie było tutaj żadnego twardego interesu: chcieliśmy po prostu pokazać, że po przyjęciu do NATO jesteśmy prymusem w klasie.
I na tym prymusostwie w istocie zasadzała się cała mimikra polskiej elity politycznej: nieustannie, aż do dzisiaj, udowadniamy a to Waszyngtonowi a to Brukseli, że wszystkie polecenia czy zobowiązania wykonujemy na 120 procent.
Konsekwencją tego stało się posunięte do granic absurdu panoszenie się amerykańskich ambasadorów w Polsce, by przypomnieć słynną Georgettę Mosbacher czy Marka Brzezinskiego. Owszem, w relacjach z Waszyngtonem jesteśmy słabszym partnerem, ale nie oznacza to, że jesteśmy zmuszeni wykonywać każde polecenie ambasadora. Tylko naiwnością i nadmierną lękliwością polskich polityków można tłumaczyć to, że pozwalali sobie oni na wysłuchiwanie rugów ze strony amerykańskiego wysłannika. Często też sami udawali się do ambasadora, by robić sobie z nim zdjęcia przy wspólnym stole. To drugie zresztą było szczególnie oburzające, wszak mowa o ministrach rządzącej obecnie koalicji, którzy sprawiali wrażenie jak gdyby zdawali ambasadorowi USA relację ze swojej pracy lub – co gorsza – ubiegali się o akcept dla podjętych decyzji.
Nie wiem, na ile często zdajemy sobie z tego sprawę, ale nasze relacje z USA wykraczają znacznie poza relacje mocarstwa z mniejszym państwem. Owszem, Waszyngton może nas „karać” za różne zachowania i w tym sensie bezalternatywny sojusz z Ameryką wymusza na nas pewien zakres podległości, jednak wiele z tej podległości to własna inicjatywa naszych elit wynikająca z „wyuczonego” poczucia, że jeśli będziemy najlepsi w podległości i wypełnianiu licznych procedur oraz obowiązków – z pewnością czeka nas nagroda. A jeśli w czymkolwiek uchybimy – nadejdzie niechybna kara.
Myślenie w kategorii gry interesu i testowania granic kompletnie nam nie wychodzi. I przekłada się to na relacje także innymi państwami. Zbigniew Parafianowicz w książce „Kłopot z Zełenskim” zamieścił relację jednego z dyplomatów święcie oburzonego postawą niektórych rządowych przedstawicieli, którzy wręcz przepraszali ukraińskich partnerów, że śmią czegoś żądają. Z kolei wedle tej samej relacji Paweł Kowal miał utrzymywać, iż Ukraińcy kupują polskie produkty, bo… lubią Polaków. W polskim mentalu mieszanie sympatii z polityką, relacji międzyludzkich z relacjami między państwami, jest dość częste. Ta obsesyjna potrzeba akceptacji naszych zachowań przez drugą stronę wydaje się jeszcze silniejsza wówczas, gdy wiemy, że jesteśmy partnerem zdecydowanie słabszym. Zgrabnie ujął ten sposób myślenia Władysław Bartoszewski, nazywając Polskę „brzydką panna bez posagu”. No cóż, niewiele obiecujących rzeczy taką pannę czeka, prawda?
Jednak zmiany społeczne, jakie zaszły w ostatnich latach, każą sądzić, że stosunek polskich elit politycznych do innych krajów, w tym do USA, musi ulec zmianie. Musi, bo sami Polacy znacznie szybciej niż reprezentujące ich elity wyzbywają się kompleksu wobec imperium zza oceanu.
Poważny problem
Wszystko wskazuje na to, że niebawem polscy politycy, którzy od lat w polityce międzynarodowej zdają się kierować tą samą mapą sojuszy i modus operandi w relacjach międzynarodowych – z grubsza kłaniają się tym samym i tych samych uważają za przysięgłych wrogów – mogą znaleźć się w nie lada kłopocie. Polacy bowiem od pewnego czasu chcą już czegoś więcej niż usłużnego zajmowania tego samego miejsca w hierarchii globalnego dziobania.
W znakomitej książce „Rewolucja ambicji” publicysta Jakub Dymek celnie diagnozuje pragnienie Polaków, by za awansem ekonomicznym Polski (wreszcie udało nam się dogonić Zachód) poszedł też awans polityczny. A to oznacza, że nie ma już mowy o obietnicy wstania z kolan w bliżej nieokreślonej przyszłości. Politycy już dzisiaj – tu i teraz – mają stać twardo na ziemi i patrzeć swoim partnerom zza granicy prosto w oczy. I to bez względu na to, czy tym partnerem jest kanclerz Niemiec, premier Czech czy prezydent Stanów Zjednoczonych.
Z tej presji społecznej świetnie zdawał sobie sprawę prezydent Karol Nawrocki, gdy pierwszy raz udał się z wizytą do USA. Musiał szukać złotego środka między koniecznością przypodobania się Trumpowi a uniknięcia kłopotliwych sytuacji, pokazujących dominacje lokatora Białego Domu. Chociażby takich, jak słynne zdjęcie z 2018, gdy prezydent Andrzej Duda podpisywał deklarację po spotkaniu z Trumpem stojąc obok siedzącej przy biurku głowy amerykańskiego państwa. Nawrocki w Białym Domu starał się być grzeczny, ale wyluzowany – jak twierdziło później jego otoczenie – celem było zachowanie takiej właśnie pozy, wskazującej na dobre i równorzędne relacje osobiste obydwu polityków.
Na rosnące aspiracje Polaków nakłada się też specyfika prezydentury Donalda Trumpa. Osobowość amerykańskiego dewelopera i jego bezceremonialność sprawiają, że wszystkie procesy związane z przebudową globalnego porządku dostały gwałtownego przyspieszenia, jakby karmione silnymi sterydami lub pojone wysokooktanowym paliwem. Owszem, to co robi Trump jest swoistą kontynuacją amerykańskiej polityki, skupionej na próbie kontrolowanej deglobalizacji świata i przemeblowania nowego porządku tak, by to nadal Ameryka czerpała z niego największe korzyści,. Towarzyszy temu ogromny chaos i liczne błędy komunikacyjne. A w przypadku kluczowego stanowiska, jakim jest prezydentura w USA, każde słowo i gest mają ogromną wagę. Bezceremonialność Trumpa sprawiła jednak, że Polacy poczuli się jak uderzeni obuchem. Pełne kordialnych gestów spotkanie z Putinem, niespójna narracja dotycząca zaangażowania USA w krwawy konflikt na Bliskim Wschodzie, niejasne komunikaty w sprawie wycofywania części wojsk amerykańskich z Europy (w tym z Polski), pogłębiły nieufność Polaków wobec naszego „strategicznego sojusznika”.
Wygląda zatem na to, że Polacy długo nie wrócą już do snu o byciu pięćdziesiątym pierwszym stanem północnej Ameryki. Czeka nas raczej w najbliższym czasie presja na to, by wreszcie urealnić relacje z sojusznikiem zza Oceanu. Pokazał to też spór, w jaki wszedł swego czasu marszałek sejmu Włodzimierz Czarzasty z ambasadorem USA w Polsce. Czarzasty nie jest przesadnie lubianym politykiem, a jednak ponad połowa badanych (53%) uznała, iż postawa ambasadora Thomasa Rose’a osłabiła wiarygodność Stanów Zjednoczonych. W tej grupie znalazła się też blisko połowa wyborców PiS.
Polskie elity polityczne skażone inercją, będą miały z rosnącymi ambicjami Polaków coraz większy problem. No bo w jaki sposób zacząć wreszcie na poważnie rozmawiać z Ameryką o interesach?
Tomasz Figura







