Jakub Majewski: Ameryka po 250 latach: zenit czy zmierzch?

redakcja.jpg
Autor:
Jakub Majewski
forum-1113831232.jpg
Fot. Evan Vucci / Reuters / Forum

Czwartego lipca Amerykanie świętują umowne urodziny swego kraju i narodu – a są to już 250-te urodziny. Ćwierć tysiąclecia. Mało to, czy dużo? Mniejsza o to – dużo ważniejszym wydaje się pytanie o przyszłość. Wiele bowiem w ostatnich latach słychać o rychłym zmierzchu Ameryki, jeśli nie jako narodu, to przynajmniej jako imperium, a być może w ogóle tej obecnej formy państwowości. Inni jednak mówią, że Ameryka dopiero sięga zenitu. Że wciąż jest młodym państwem, i przed nią wielkie możliwości, a obecne trudności to tylko chwilowa zadyszka. Więc jak to jest?

Co do Ameryki, pewne jest jedno: zbyt słabo znamy Stany Zjednoczone. Nie jest to nic dziwnego, bo przecież mówimy o innym kontynencie, wręcz innym świecie. Jest to jednak problemem, biorąc pod uwagę kluczową pozycję Stanów w systemie międzynarodowym. My tymczasem mamy tendencję do opierania się o bardzo prostacki przekaz medialny, czasem wręcz ograniczony do hollywoodzkiej papki, która albo prezentuje Amerykę jako raj na ziemi i „latarnię na wzgórzu”, albo – znacznie częściej – jako piekło i zło wcielone. To amerykańskie rozdwojenie jaźni jest zresztą kluczowym problemem w rozumieniu Stanów – wsłuchując się w głosy dwóch przekrzykujących i wzajemnie oskarżających się partii i ich stronników, łatwo ulec i uwierzyć propagandzie jednej z stron. A to tak, jak gdyby patrzeć na Polskę oczyma zwolenników Platformy lub PiSu…

Trzeba więc spojrzeć inaczej, z większą równowagą. Spróbujmy właśnie to zrobić, wydobywając z obydwóch stron te argumenty które wydają się być najbardziej merytoryczne. Przy czym, i tak wyjdzie nam obraz schizofreniczny. Obraz upadku i rozkwitu, obraz zmierzchu i zenitu. Bo też i trochę tak schizofrenicznie Ameryka dziś wygląda.

Obraz upadku

Zacznijmy od prognozowanego upadku. Przyczyny dla których mówi się o upadku Ameryki nie są trudne do zrozumienia. Widzimy jak części kraju niszczeją, pustoszeją, jak na przestrzeni dekad upadały wielkie sektory gospodarki przemysłowej, jak zniszczono ogromny procent amerykańskich rodzin, promując rozwody i rozwiązłość. Widzimy duchowy upadek kraju, gdzie – w przeciwieństwie do Europy – chyba nigdy jeszcze nie było tak wielkiego odsetka niewierzących czy niepraktykujących.

Zróbmy to razem!

Widzimy degrengoladę amerykańskiej polityki, jak obydwie walczące o władzę partie zarzucają sobie próby łamania systemu politycznego, i ogólnie odstępstwo od republikańskich czy, nomen omen, demokratycznych wartości Ameryki – i nietrudno stwierdzić, że obydwie strony mają rację w swoich pretensjach. Wynikiem zaś jest to, że amerykańska legislatura coraz mniej robi, i coraz mniej potrafi robić, co sprawia, że kraj nie przeprowadza już wielkich, odważnych reform, a jedynie dryfuje, raz w jedną raz w drugą stronę w zależności od aktualnego prezydenta.

Co gorsza, dryf ten napędza tendencję do wybierania polityków nie merytorycznych (tak, kiedyś tacy byli), lecz ordynarnych krzykaczy, często żenujących nawet dla swoich własnych wyborców. A prezydent? Mówi się ciągle o wzroście władzy prezydenta, i coś w tym jest, wszak obecny Donald Trump twierdzi nawet że jego władza jest niczym nieograniczona. Ale potem przychodzi rzeczywistość: strukturę amerykańskiego systemu niełatwo obalić. Czy sądy, czy władze stanowe, czy kierujące opinią publiczną media, czy wreszcie opór biurokracji, raz po raz okazuje się że władza prezydenta jest zbyt ograniczona by skutecznie wypełnić niszę po legislaturze.

Gdy spojrzymy na rolę Stanów na świecie, również widać objawy upadku. Najpierw przedłużająca się wojna na Ukrainie pokazała, że amerykańskie gwarancje niewiele gwarantują – owszem, Ameryka uratowała Ukrainę przed definitywną porażką, ale ani nie chciała wesprzeć tego państwa do zwycięstwa, ani też nie dysponowała nawet zdolnościami by to osiągnąć. Zresztą, fakty te jeszcze bardziej potwierdziły się w ostatnim czasie, gdy wojna irańska, w której nie udało się zmusić słabego militarnie Iranu do kapitulacji, dobitnie zakreśliła limity amerykańskiej potęgi militarnej w działaniach ofensywnych.

Sami Amerykanie zresztą przyznają, że ich zdolności mobilizacji siły wojskowej są coraz bardziej ograniczone, że o ile kiedyś byli w stanie prowadzić nawet dwie czy trzy wojny regionalne jednocześnie, a przy okazji patrolować światowe oceany, dziś nawet jedna taka wojna jest wyzwaniem. Gwarancje jakie niegdyś Stany dawały globalnej żegludze są już niemalże pustosłowiem, a sieć sojuszy która na tych gwarancjach bazowała raz po raz się rozrywa. Do tego w irańskiej awanturze doszła kwestia zużycia zapasów wojennych, tak błyskawiczna, że kolejne kilka miesięcy zupełnie wypróżniłoby amerykańskie magazyny z niektórych typów broni, kluczowych dla amerykańskiej sztuki wojny. Zaawansowane amerykańskie technologie, które biją na głowę rywali, okazują się zbyt drogie by osłabiony przemysł mógł je masowo produkować.

Panikarskie artykuły o utracie kilku samolotów – kogo by to obchodziło za drugiej wojny światowej? – mają swoje uzasadnienie, gdy widzimy jak trudno ten sprzęt zastąpić. Również marynarka wojenna, choć nadal niesamowicie potężna na tle innych rywali, nijak nie dysponuje dziś siłami wystarczającymi, aby patrolować szlaki handlowe morskiego imperium, a brak zastępowalności czyni z niej flotę jednorazowego użytku.

Osłabienie amerykańskich zdolności bojowych łączy w sobie jak w soczewce wszystkie inne elementy słabości kraju. Niezdolność uzupełniania amunicji czy produkcji zupełnie nowej generacji sprzętu wynika z wydrążenia przemysłu, uzależnienia od chińskich surowców i półproduktów. Niedobory w ludziach (w ostatnim roku jest w tej kwestii nieco lepiej) wynikają z wydrążenia społeczeństwa w warstwie moralnej, ale bynajmniej nie tylko moralnej – raz po raz muszą Amerykanie obniżać standardy wojskowe żeby zgłaszający się jeszcze ochotnicy mieścili się w granicach parametrów zdrowotnych. Degrengolada legislatury również skrupiła się na wojsku, które najpierw przez lata musiało spełniać coraz bardziej obłędne ideologiczne zachcianki Demokratów, a teraz, pod rządami Republikanów, stało się zabawką w rękach… ech, szkoda słów.

Obraz nowego rozkwitu

Ale skoro jest tak źle, to jak to możliwe że Ameryka pozostaje globalnym imperium? Cóż – jest tak ze względu na niuans którego nie zawsze chcemy zauważać. Otóż, Ameryka faktycznie drastycznie osłabła – ale jej wcześniejsza potęga tak daleko odsadziła do tyłu resztę świata, że mimo tego osłabienia, Stany nadal pozostają praktycznie bez rywali. Na całym świecie jedynie Chiny są w pewnych aspektach silniejsze od Ameryki, ale w innych aspektach również pozostają dalece z tyłu – i biorąc pod uwagę chińskie kłopoty z demografią, być może na wieki jeszcze z tyłu pozostaną. Poza tym – Ameryka ma też wiele powodów do optymizmu. Przejdźmy więc do pozytywnej strony bilansu.

Omawiając sytuację Ameryki, nieraz przytaczam, już chyba prawie do znudzenia, że analogią historyczną nie jest tu bynajmniej upadek Imperium Romanum do którego tak wielu lubi się odnosić. Wszystkie objawy upadku opisane powyżej żadną miarą nie prezentują tak tragicznego obrazu jak Rzym w V wieku po Chrystusie. Znacznie trafniejszą analogią jest inny upadek – Republiki Rzymskiej. Okres gdy Rzym przeistaczał się w nowy ustrój był okresem upadku gospodarczego, rozmaitych negatywnych przemian i wielu kłopotów – w tym wojen domowych i przegranych zagranicznych awantur – które mogły były doprowadzić Rzym do upadku, gdyby tylko znalazł się w okolicy rywal zdolny do zadania ostatecznego ciosu. Skoro zaś taki się nie znalazł, rzymskie elity zdołały przeprowadzić ogromną transformację państwa, co z kolei umożliwiło przekierowanie energii ludu rzymskiego na zewnątrz. I owszem, ostatecznie przekształcenie Rzymu w drapieżne imperium przypieczętowało los tego państwa… ale to nastąpiło cztery wieki później, i nawet wtedy, wcale nastąpić nie musiało.

Taka właśnie jest sytuacja Ameryki – i mam wrażenie, że o tym właśnie myśli otoczenie Donalda Trumpa, od dekady powtarzając slogan o uczynieniu Ameryki znów wielkiej. Czyż zresztą nie tym właśnie było uderzenie na Wenezuelę? Czyż nie tym miało być uderzenie na Iran czy przejęcie Grenlandii? I cóż z tego, że większość tych działań nie przyniosło dotąd pozytywnego dla Ameryki skutku, cóż z tego, że europejscy sojusznicy Ameryki odwracają się od niej? Czyż i Rzym czasem nie tracił całych legionów na zagranicznych awanturach, by potem raz jeszcze zgromadzić siłę i podjąć wyzwanie?

Amerykańscy komentatorzy zresztą nieraz zwracają uwagę na fakt, iż te wszystkie niepokojące symptomy przemian w Stanach są… normalne. Że Ameryka od swojego początku przechodzi raz na osiemdziesiąt lat poważną transformację polityczną i gospodarczą, i że jeśli myślimy, że dzisiaj jest przy tym dużo chaosu, to warto sobie przypomnieć, iż poprzednie to kolejno, wojna o niepodległość, wojna secesyjna, i czas drugiej wojny światowej, a więc sytuacje znacznie bardziej zaognione niż teraz. Ta perspektywa może być nazbyt optymistyczna, bo zawsze może okazać się że kolejny wstrząs będzie zgoła inny, ale nie da się zaprzeczyć, że sprawy mogą ostatecznie przebiec według starych schematów. Czyli: z chaosu, który być może jeszcze się pogłębi, wyłoni się ostatecznie nowy układ polityczny i nowa gospodarka, które dadzą państwu pęd na kolejne dekady, dopóty nie przyjdzie znowu czas na chaos i transformację. Nota bene, to samo dotyczy upadku religijno-moralnego Ameryki – przecież historia tego kraju jest naszpikowana wręcz kolejnymi „przebudzeniami” gdy mocno upadły duchowo naród nagle podnosił się niemal do poziomu fanatyzmu na skutek jakiegoś kolejnego protestanckiego kaznodziei, który rodził nowy ruch.

Innym atutem który Stany dalej posiadają pomimo wyraźnego pogorszenia sytuacji, to demografia. Owszem, da się zauważyć, że liczba urodzeń w Stanach spadła, a problemy z rozwiązłością podmywające rodziny nie rokują, póki co poprawy w tej dziedzinie. Jednak Ameryka w dalszym ciągu pozostaje magnesem dla imigrantów, i choć obecny prezydent mocno blokuje imigrację, to jednak nie ma powodu, aby sądzić, iż jest to trwała zmiana – raz już w historii zdarzyło się że Stany na jakiś czas zamknęły się na imigrację, po czym gdy poprzednia fala imigrantów zintegrowała się z narodem, ponownie otworzono wrota i to jeszcze szerzej niż przedtem. Zresztą, Stany nie zamykają się kompletnie, a jedynie ograniczają do selektywnej imigracji. Pozwoli im to, tak czy inaczej, co najmniej częściowo łatać swoje luki demograficzne kosztem swoich globalnych rywali… u których i bez tego demografia jest często znacznie bardziej opłakana.

Z kolei jeśli chodzi o upadek gospodarczy, da się zauważyć, że w dobie gdy raz po raz łamią się globalne łańcuchy dostaw, Stany są jednym z nielicznych krajów które przynajmniej teoretycznie dysponują wszystkimi zasobami potrzebnymi do samowystarczalności na nowoczesnym poziomie technologii. Owszem, będzie to wymagało drastycznej rozbudowy przemysłu amerykańskiego aby nie tylko nadrobić straty ostatnich kilku dekad lecz wręcz jeszcze bardziej się rozwinąć – ale wciąż kluczowa pozycja Stanów w globalnym handlu daje Amerykanom powody do ostrożnego optymizmu w tej kwestii. Obecny prezydent wywołał w tej materii – czego z pewnością jego zwolennicy się nie spodziewali – znacznie więcej szkód niż korzyści, ale znowu: to jest jeden prezydent. On przeminie, po nim będą kolejni, jedni lepsi, inni gorsi, i wkrótce ten temat zostanie uregulowany na nowo.

Co jednak z wojskiem? Czy osłabienie militarne Stanów nie tworzy zagrożenia dla ich pozycji międzynarodowej? Owszem, tworzy – osłabia globalną hegemonię Stanów. Tyle tylko że ta globalna hegemonia od dawna była raczej kosztem niż przychodem. Ameryka autentycznie więcej dawała bezpieczeństwa światu niż pobierała w daninach. Z tego zaś wynika że Amerykanie mogą postanowić – jest to kierunek wyznaczany na papierze przez obecną administrację, choć niekoniecznie realizowany w rzeczywistości – ograniczyć się do zarządzania swoim imperium, a resztę świata zostawić innym potęgom. Taki przebieg wydarzeń byłby oczywiście dramatycznym szokiem dla Amerykanów, którzy od dawna już nie mieli okazji znieść jakiegoś prawdziwego politycznego upokorzenia swego kraju – a takim byłaby np. utrata kontroli nad Tajwanem na rzecz Chin. Być może to również przyczyniłoby się do chaosu wewnętrznego i przemian – ale nie mamy póki co powodów aby sądzić że znacząco osłabiłoby to Amerykę w długim terminie. Przeciwnie, mogłoby okazać się kluczowym bodźcem do mobilizacji społeczeństwa. A przecież ostatecznie, Ameryka zawsze pozostaje bezpieczna za dwoma oceanami, co sprawia, że stać ich krótkoterminowo nawet na bardzo znaczące osłabienie militarne. To nie jest Rzym, z barbarzyńcami wiecznie u bram.

Komu zaszkodzi słabość Ameryki?

Widzimy więc że po ćwierci tysiąclecia, Ameryka mimo swoich problemów, mimo ewidentnego osłabienia, znajduje się na wyjątkowo uprzywilejowanej pozycji względem reszty świata. Jej globalny zasięg, owszem, może ulec załamaniu, co wzmocniłoby jej rywali – ale żaden z nich nie jest w stanie realnie zagrozić samemu istnieniu Ameryki. Żaden nie jest w stanie nawet ostatecznie zagrozić jej długoterminowej zdolności do odbudowy, gdyż sercem amerykańskiej siły nigdy nie było zamorskie imperium, ale serce kontynentu – co jakże dobitnie widać właśnie dziś, gdy przemysł amerykański tak drastycznie został osłabiony właśnie przez eksport produkcji do zamorskich latyfundiów.

Fakty te nie powinny jednak zaślepiać nas na wyżej opisane słabości Ameryki. Europa ogólnie, a Polska w szczególe, przez ostatnie osiem dekad uzależniła się od siły Ameryki. Nie chodzi tylko o poleganie na wsparciu wojskowym, ani o to, że cały nasz handel opiera się na sile dolara jako uniwersalnego środka płatniczego. Chodzi o mentalne uzależnienie – o to, że wprawdzie europejskie elity lubią gardłować przeciw Ameryce, lubią mówić o niezależności, ale w gruncie rzeczy, chcą aby Ameryka zawsze była pod ręką by rozwiązywać problemy międzynarodowe, bo nie bardzo już dziś potrafią realnie oprzeć się na własnej sile. Może więc być tak, że wprawdzie Stany Zjednoczone z okresu upadku, wewnętrznego chaosu i przemian wyjdą cało i zdrowo, z nową siłą na przyszłość – ale Europa pozbawiona amerykańskiej hegemonii już nie zdoła się otrząsnąć.

Sięgnijmy bowiem do rzymskiej analogii raz jeszcze. Czyż rzymscy mieszkańcy Brytanii nie utyskiwali na wyzysk Rzymu względem ich odległej prowincji? Czyż podporządkowani siłą Celtowie nie marzyli o chwili gdy rzymskie legiony porzucą wyspę? A potem marzenie stało się rzeczywistością i koszmarem, z którego ani Celtowie ani rzymscy koloniści już nie wyszli, zastąpieni Germanami, czy jak to by dzisiaj ktoś powiedział, „nowymi Brytyjczykami.” Dopóty więc nie potrafimy stanąć na własnych nogach, nie cieszmy się zanadto z obecnej słabości Ameryki. Nie śmiejmy się z głupoty ich polityków, z megalomanii Trumpa, z całego tego ich bałaganu. Patrzmy raczej z przerażeniem w lustro.

Jakub Majewski

redakcja.jpg
Autor:
Jakub Majewski
Zróbmy to razem!
Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.
Wybierz kwotę: