Tusk. Prymus „liberalnej demokracji walczącej” wzorem dla UE

To, co dzieje się dziś w Polsce, nie jest wyłącznie wewnętrznym sporem o Trybunał Konstytucyjny. Stawka jest znacznie większa. Polska od kilku lat jest bowiem laboratorium nowego modelu europejskiej demokracji – która będzie tolerować konserwatystów pod jednym wszakże warunkiem: że nie będą oni już nigdy sprawować władzy.
Zacznijmy od tego, czego emanacją były kolejne wystąpienia polityków prawicy przed Trybunałem Konstytucyjnym „chronionym” przez policjantów w pełnym szyku bojowym: a owe przemówienia stanowiły symbol tego, że spór o Trybunał przestał być postrzegany tylko jako konflikt PiS-u z Tuskiem i odwrotnie. Powszechnie wiadomo, że obie strony mają w tej sprawie swoje za uszami, choć absolutnie nie tyle samo, co ostatnie wydarzenia i rola Donalda Tuska tylko uwypukliły.
Cieszący się wygodnym życiem i europejską emeryturą Donald Tusk nie wrócił kilka lat temu z Brukseli wyłącznie po to by odsunąć PiS od władzy. Nie – on wrócił jako człowiek europejskiego establishmentu, którego polityka ma pokazać całemu kontynentowi, jak należy rozprawiać się z prawicą. Tusk jest bowiem wiernym realizatorem zamierzeń lewicowo-liberalnej kasty rządzącej Brukselą od dekad, nawet jeśli owa kasta stroi się w nic nieznaczące już przecież dzisiaj fatałaszki tak zwanej chadecji.
Pisaliśmy o tym wielokrotnie – zadaniem Tuska nie było wyłącznie pokonanie pokonać konserwatystów w wyborach. Jego misja (oklaskiwana w europejskim mainstreamie i w najbogatszych nadwiślańskich mediach) polegać miała na wskazaniu innym euro-liberałom wzorca postępowania z tymi, którym dzisiejsza Unia Europejska nie odpowiada. Trzeba ich jeszcze ukarać, upokorzyć, pozbawić wpływów, a gdy nadarzy się okazja, także wsadzić do więzień. Trzeba pokazać, że kiedy liberałowie odzyskują władzę, konserwatyści nie mogą liczyć na zwyczajną demokratyczną zmianę rządów, ale muszą spodziewać się czegoś znacznie poważniejszego. Więc lepiej, by się do polityki – a zwłaszcza rządzenia – w ogóle nie pchali.
Temu właśnie, jak się wydaje, służy spektakl, który obserwujemy od trzech lat. Najpierw próby aresztowania ministrów i posłów, potem sprawy księdza Olszewskiego, i ciąganie po sądach wszystkich organizacji które jakkolwiek współpracowały z poprzednim obozem władzy. Teraz przyszedł czas na kolejny krok – na przejęcie instytucji państwa. Konflikt wokół Trybunału Konstytucyjnego, zakończony obecnością policji przed jego siedzibą i absurdalnym „odsunięciem” jego kierownictwa przez niezaprzysiężoną sędzię, znakomicie wpisuje się w ten obraz. Zwłaszcza, że wszystko odbywa się pod nieustannie powtarzanym hasłem przywracania praworządności.
A przykład Tuska idzie w świat. Mają go dostrzec konserwatywni politycy, którzy już rządzą w innych państwach Europy – widział go Victor Orban i widzą ciągani po sądach ministrowie jego rządu. Widzą go również ci, którzy dopiero zamierzają zdobyć władzę – w takiej Francji na przykład szef tamtejszej Rady Konstytucyjnej publicznie zapowiedział, że może zablokować jeden z najważniejszych planów Marine Le Pen (zapowiadała referendum dotyczące zmiany konstytucji z pominięciem parlamentu) gdyby wygrała ona wybory prezydenckie w 2027 roku.
Przesłanie jest więc czytelne: nie próbujcie wygrać wyborów. A jeśli już wam się to uda, jeśli nie będziemy mogli tego jako eurokraci zatrzymać, to nie próbujcie przeciwstawić się naszym ideologicznym oczekiwaniom, bo spotkają was konsekwencje. Takie jak w Polsce. I nie liczcie, że Bruksela stanie w obronie waszych praw, wręcz przeciwnie, będzie udzielać systematycznego poparcia tym, którzy będą was usuwać – nawet, jeśli będą działali nielegalnie, według „prawa tak jak my je rozumiemy” na wzór „demokracji walczącej”.
Nie sposób nie zauważyć, że Komisja Europejska, tak bezwzględna wobec poprzedniego polskiego rządu, dziś publicznie popiera Tuska w sporze o obsadę Trybunału. Czyż nie mamy więc do czynienia z realizacją zadania powierzonego Tuskowi przez brukselskie salony? Oto polski przykład pokazuje Europie, jak liberalna demokracja może zamienić się w demokrację walczącą. Walczącą oczywiście nie ze wszystkimi, ale z tymi, którzy ośmielają się zakwestionować liberalny porządek.
A w tle tej operacji rozgrywa się jeszcze coś ważniejszego: próba ostatecznego usunięcia chrześcijańskiego fundamentu z polskiego systemu prawnego. Tusk, długo nie mogąc uzyskać parlamentarnej większości dla liberalizacji prawa aborcyjnego, postanowił zmieniać praktykę jego stosowania za pomocą ministerialnych wytycznych. Z kolei w sprawie uznawania zagranicznych „małżeństw jednopłciowych” sięgnął po orzecznictwo TSUE zapowiadając rozwiązania administracyjne, których niezgodność z artykułem 18 polskiej konstytucji jest oczywista. Bruksela się cieszy, a Tusk może spokojnie robić swoje. Polskie złogi konserwatywne – obrona życia i rodziny – od dekad pozostają solą w oku eurokratów. Koalicja Obywatelska ma jasne zadanie – ostatecznie je zlikwidować.
I po to właśnie Tusk wyciągnął z lamusa koncepcję demokracji walczącej. Przypomnijmy – pojęcie to stworzył w 1937 roku niemiecki prawnik Karl Loewenstein, obserwujący, jak naziści wykorzystali demokratyczne mechanizmy Republiki Weimarskiej do zdobycia władzy, a następnie zniszczenia demokracji. Uznał więc, że państwo demokratyczne musi mieć prawo bronić się przed tymi, którzy chcą je zlikwidować. Koncepcja ta brzmi może nawet rozsądnie, dopóki nie zadamy sobie pytania „kto właściwie będzie decydował o tym kto jest wrogiem demokracji”? Dla Donalda Tuska i europejskich liberałów odpowiedź zdaje się oczywista – oni. W ich retoryce prawica występuje właśnie w roli zagrożenia dla demokracji, a oskarżenia wszystkich nieliberałów o faszyzm i nazizm są już na porządku dziennym w każdym kraju Europy.
Wprowadzenie policji i samozwańczych prezesów do Trybunału Konstytucyjnego to właśnie wprowadzanie demokracji walczącej. Tusk zapowiadał to po raz pierwszy 10 września 2024 roku, kiedy podczas spotkania z prawnikami w Senacie oznajmił, że jego rząd musi działać w kategoriach „demokracji walczącej”, co może oznaczać podejmowanie działań „nie do końca zgodnych z literą prawa”. Nikt z Brukseli nie grzmiał wtedy o zapowiedziach łamania praworządności, nieprawdaż? Bo jak tu grzmieć na wysłannika, który dokładnie – choć powoli – realizuje zamierzony plan?
I oto dziś, gdy obserwujemy wydarzenia wokół Trybunału Konstytucyjnego, słowa Tuska sprzed dwóch lat nabierają szczególnego znaczenia. Aresztowania polityków poprzedniego obozu władzy, ostre spory o legalność zmian w instytucjach państwowych, obecność policji przed Trybunałem i samozwańczy sędziowie i prezesi (bijący prezydenta!) w nim – wszystko to składa się na obraz prawdziwej misji Tuska.
On sam twierdzi, że się nie cofnie.
I tym razem mówi prawdę – on się przecież cofnąć nie może. Nie wolno mu.
Krystian Kratiuk







