Filip Obara: Skąd fala zbrodni wśród polskiej młodzieży?

Krajowe media, przy wsparciu ekspertów, ogłosiły, że nigdy nie było w Polsce tylu przypadków ciężkich przestępstw wśród nieletnich. W ciągu samych ostatnich tygodni zdarzyły się morderstwa i zamachy, a służby zatrzymały kilku nastolatków zaangażowanych w działalność terrorystyczną. Czy nihilizm duszy polskiej młodzieży zbliża się do poziomu ze Stanów Zjednoczonych, gdzie zbrodnie popełnia się z byle powodu, byle zapełnić duchową pustkę?
8 października, Leszczydół-Nowiny pod Wyszkowem, 15-latek zabija nożem woźną w swojej byłej szkole i rani dwie inne osoby. Dzień wcześniej, Ostrołęka, 19-latek rani nożem dziesięć osób i siebie, w plecaku ma bombę domowej konstrukcji. 22 września, 11-latek atakuje siekierą 10-letnią koleżankę na szkolnym korytarzu. Oprócz tych trzech przypadków słyszymy o co najmniej kilku innych, w których służby zapobiegły atakom bądź zatrzymały nastolatków planujących działania terrorystyczne na forach internetowych. To wszystko w ciągu zaledwie paru tygodni, a wskazuje się na ogromne zwiększenie skali takich wydarzeń w ciągu dwóch-trzech lat.
W oczywisty sposób przypomina to sytuację w Stanach Zjednoczonych, gdzie co chwila słyszymy o zamachach w szkołach, organizowanych przez młodzież. Problem przekroczenia granic ludzkiego życia został poruszony w serialu (akurat brytyjskim) Dojrzewanie (rozmawiałem o nim z psycholog Katarzyną Wozinską), zaś temat nihilizmu ma swoje poczesne miejsce w amerykańskiej popkulturze, której ukoronowaniem jest film American Psycho (analizowałem go w tekście „American Psycho” – biblia nihilizmu na nowe tysiąclecie z cyklu „Dekonstrukcja po katolicku”), ale dobrym przedstawicielem tego gatunku będzie również Arizona Dream.
Różnice etniczne i kulturowe, przepaści ekonomiczne, animozje przekazywane z pokolenia na pokolenia, a przede wszystkim fasadowa, protestancka moralność i kryjąca się za nią liberalna zgnilizna – to gleba, na której wyrastają te młodzieżowe zbrodnie w Ameryce. Do tego dochodzi promowanie wzorców dowolności moralnej i tożsamościowej. Trudno się zatem dziwić. Ale skąd taka fala zbrodni i zainteresowania terroryzmem u nas?
Płytkie byłoby moim zdaniem zrzucanie wszystkiego na media społecznościowe, są one bowiem tylko platformą do wymiany myśli, na której młodzi znajdują inspirację do czynów przestępczych. Istotniejsze wydają mi się głębsze przyczyny – tkwiące w naszych stylu życia i przekładające się na sposób, w jaki wychowujemy dzieci. Pozwolę sobie zaproponować kilka punktów, które moim zdaniem są warte przemyślenia w tym kontekście.
Porzucenie koncepcji grzechu pierworodnego
Można by oczywiście pójść na skróty i powiedzieć, że przestępczość wzrasta, bo Polacy oddalają się od wiary i na pewno byłaby to prawda, gdyż wiara i związany z nią kodeks moralny przez wieki porządkowały zachowania Polaków. Powstałby jednak istotny problem. Otóż, do Soboru Watykańskiego II dla przeciętnego katolika jasne było, czego naucza i czego wymaga w kwestiach moralnych Kościół. Dziś zamęt jest tak wielki, a rozmaite grupy i duszpasterstwa oparte nie na rozumnej wierze, ale na natchnieniach, emocjach, uczuciach i przeżyciach tak się rozmnożyły, że trudno byłoby znaleźć wspólny mianownik, tym bardziej, że koncepcja prawa naturalnego, na którym opiera się zasadniczo katolicka moralność, jest praktycznie nieobecna w posoborowej katechezie.
Dlatego warto sięgnąć do podstaw i wskazać na rzecz bodaj najważniejszą, czyli świadomość grzechu pierworodnego, a przede wszystkich jego praktycznych skutków w naturze ludzkiej (które jesteśmy w stanie stwierdzić, nawet jeżeli nie przyjmujemy samej koncepcji religijnej).
Biblijna nazwa drzewo poznania dobrego i złego jest nieco myląca. W grzechu pierwszych rodziców nie chodziło bowiem o wiedzę na temat grzechu (tę przecież posiadali), ale o danie sobie możliwości jego popełnienia, ponieważ uznali, że mogą sami zdefiniować, co im wolno, a czego im nie wolno. W pewnym uproszczeniu można uznać, że relatywizm etyczny zaczął się już niedługo po akcie stworzenia, a im bardziej zasady obowiązujące w społeczeństwie oddalają się od zobowiektywizowanej moralności, tym bardziej stają się dowolne, aż w końcu całkowicie zanikają.
Nawet w koncepcjach czysto filozoficznych, pogańskich i niemających nic wspólnego z chrześcijaństwem, zawsze występowała jakaś doza obiektywizacji – podobnie w kodeksach postępowania społecznego przyjętego przez różne państwa.
Nie jest tajemnicą nawet dla osób uprzedzonych wobec tradycyjnych zasad, że wszelka obiektywizacja zasad moralnych została dziś odrzucona. Przejmujemy się tym, jak się kto czuje, czy kogoś subiektywnie uraziliśmy, czy wzbudziliśmy w kimś negatywne emocje, a nawet kwestia bluźnierstwa sprowadzona zostaje do absurdalnego zapisu o „obrazie uczuć religijnych”. Nic nie jest zdefiniowane. Żadna zasada nie jest zakorzeniona w czymś wyższym niż to, że ktoś coś uznał za właściwe i zapisał to w stosownej ustawie.
Wreszcie odrzucenie koncepcji grzechu pierworodnego otwiera szeroką drogę do idealizowania ludzkiej natury i do zwykłej naiwności, która pomija fakt, że nasza zraniona natura ma większą skłonność do złego niż do dobrego i dlatego musi być ujęta w karby praw i obowiązków. Wychowanie nie może polegać na rozwijaniu naturalnego potencjału dziecka, tak jakby skutki grzechu pierworodnego nie istniały, lecz musi zakorzeniać w nim przekonanie, że istnieją obiektywne zasady, którym trzeba się podporządkować, a praktykowanie cnót (sprawność moralna polegająca na tym, że nasza wola w sposób stały wybiera obiektywne dobro rozpoznane przez rozum) czyni nas dobrymi ludźmi.
Odrzucenie przymusu
Na każdym kroku obserwujemy rodziców, którzy pytają dzieci, czy chcą wypełnić taki czy inny obowiązek, tak jakby obowiązek był kwestią chcenia albo niechcenia. Oczywiście, że wychowanie nie polega na tym, żeby łamać wolę dziecka, wręcz przeciwnie – mamy ją kształtować. Ale istnieje cienka granica pomiędzy troską o rozwój woli a przyznaniem dzieciom praw, których w istocie nie posiadają. Błąd mówienia o domniemanych „prawach dziecka” jest dziś systemowy, podczas gdy bagatelizuje się kwestię obowiązków. Czasami ze względu na obowiązki stanu, na posłuszeństwo czy miłość do rodziców, dziecko po prostu musi coś zrobić. Ponadto, bierze udział w życiu rodzinnym, gdzie nie panuje demokracja i dziecko oczywiście ma coś do powiedzenia, ale kiedy rodzice postanowią, że robimy to czy tamto, to robimy i nie ma gadania.
Jeszcze trzy dekady temu było to oczywiste, a słowa „bez gadania” zamykały dyskusję. Dziś dochodzi do sytuacji, w której niesforny uczeń (zazwyczaj z „orzeczeniem”) uniemożliwia prowadzenie lekcji, natomiast nauczyciel nie może użyć nawet tak podstawowej dozy przymusu, jakim jest fizyczne wyprowadzenie takiego ucznia z klasy. Dochodzi do fałszywego poszanowania woli dziecka, podczas gdy zachowuje się on w sposób niedopuszczalny i należy użyć przymusu, aby zatrzymać falę agresji słownej, a nieraz i fizycznej, zaś pozostałym uczniom dać możliwość normalnej nauki.
Dyscyplina, oparta na pojęciu autorytetu, już dawno odeszła do lamusa, ponieważ w momencie, kiedy dziecko odmawia posłuszeństwa, to nawet podniesienie na nie głosu może zostać uznane przez system państwowy za „przemoc”. W takiej atmosferze nie da się wychować dzieci, a w sytuacji, w której Polacy praktycznie przestali je wychowywać, trudno się dziwić, że w skrajnych przypadkach dochodzi do radykalnego przekroczenia granic moralnych, a nawet do zbrodni. Więcej o tym zjawisku pisałem w tekście Polacy przestali wychowywać dzieci? Jest ratunek!
Brak celu
Jest to pozornie najtrudniej uchwytny punkt, ponieważ zahacza o refleksję egzystencjalną, ale da się go przełożyć na kilka konkretów. Począwszy od wychowania religijnego, w którym dajemy dzieciom jasno określony cel: poprzez poznanie i miłość Pana Boga, której dowodem ma być miłość bliźniego, dążymy do ostatecznego celu ludzkiego życia, jakim jest szczęście wizji uszczęśliwiającej. Ta celowość została prawie całkowicie porzucona. Ale jest kilka innych, prostszych i bardziej przyziemnych.
Problem polega na tym, że system szkolny nie uczy nas myśleć w kategoriach przyczynowo-skutkowych, a dodatkowo ustawia absurdalnie wysoką i społecznie niepożyteczną poprzeczkę wykształcenia. Konsekwentne niszczenie elitarności wykształcenia wyższego i deprecjonowanie wykształcenia zawodowego tworzą nie tylko drożyznę na rynku usług, ale przede wszystkim wpajają człowiekowi, że „tylko debil nie ma magistra”. W takim systemie zatraca się oczywista przez tysiąclecia „sukcesja życiowego celu”, w ramach której syn często przejmował interes bądź fach ojca, a przynajmniej korzystał w takim czy innym zawodzie z umiejętności wyniesionych z domu.
Polski nastolatek na etapie podstawówki ma wybrać drogę życiową, która determinuje go na lata. Nie zadaje sobie – albo zadaje za późno – pytanie o to, jak spieniężyć swoje największe talenty, a przy tym marnuje najlepsze lata swego życia na studia, z których nie będzie korzystał w swoim życiu zawodowym.
W wieku młodzieńczym snujemy się bez celu, ponieważ nikt już nie „goni nas do roboty”. Zatracił się etos pracy, a wraz z nim przekonanie, że już od wczesnego dzieciństwa należy wyznaczać dzieciom obowiązki domowe (począwszy od wynoszenia śmieci czy wyładowywania zmywarki) nie po to, żeby się nimi wysługiwać i nie tylko po to, by przygotować je do samodzielnego życia, ale z jeszcze jednego, fundamentalnego, powodu: aby dać im przekonanie, że w życiu musi być nieustanny ruch – że trzeba bez przerwy o wszystko dbać, ponieważ „samo się nie zrobi”. To kształtuje charakter i daje twarde życiowe ramy, w których funkcjonując unikniemy wielu pokus, które stawia przed nami dzisiejszy nihilistyczny styl życia.
Podstawowym, wręcz biologicznym celem ludzkiego życia, jest prokreacja. W naszej kulturze i w tradycyjnym modelu moralnym realizuje się ona w ramach małżeństwa. Byłoby to oczywiste, gdyby nie fakt, że nikt nie jest dziś wychowywany do… ról małżeńskich. Kobieta jest od dziecka uczona, że musi się wykształcić i zdobyć dobrą pracę, żeby mieć niezależność, a mężczyzna? Mężczyzna jakoś sobie poradzi. Ani słowa o tym, że i kobieta i mężczyzna muszą w wielu sytuacjach porzucać siebie, czynić ofiarę ze swojej niezależności i ze swoich ambicji. W przeciwnym wypadku harmonijne i owocne życie rodzinne nie jest możliwe. Ten poważny błąd wychowawczy odbiera nam oczywisty cel, jakim dawniej dla ludzi było założenie rodziny, posiadanie i wychowywanie dzieci.
Ale jak rodzice mają tego uczyć, skoro jednocześnie odnotowujemy bezprecedensową falę rozwodów?
Upadek moralności małżeńskiej
Zadane wyżej pytanie kieruje nas ku właściwej, bezpośredniej przyczynie wielu problemów u młodzieży. W sytuacji, w której rozwód zaczął być traktowany jako „plan B”, trudno mówić o stabilnym środowisku do rozwoju dziecka.
Rodzina jest instytucją z natury trwałą. To banał, a jednak prawda, która się za nim kryje, przestaje obowiązywać w naszym społeczeństwie, odkąd zaczęliśmy wierzyć w to, że państwo posiada prawo do udzielania i zrywania ślubów.
Organy państwowe utożsamiają patologię w dużej mierze ze złymi warunkami materialnymi, podczas gdy prawdziwa patologia to patologia moralna. Nieraz dziecko z tzw. patchworkowej rodziny żyje w dostatku materialnym, a jednak cierpi na głębokie zaburzenia psychiczne, ponieważ utraciło bezpieczeństwo niezbędne dla prawidłowego rozwoju.
Dopóki będziemy hołdowali w tej kwestii liberalnym przesądom, sami kręcimy na siebie bicz. Nie oszukamy ludzkiej natury – dziecko potrzebuje stabilnej rodziny, a rozwód jest dla niego największą tragedią. Nie mamy prawa szukać osobistego szczęścia kosztem zniszczenia psychiki naszych dzieci.
Brak pomocy nadprzyrodzonej
Nie sposób pominąć tu jeszcze jednej rzeczy, która tylko pozornie jest oczywista dla katolickiego odbiorcy. Bo przecież skoro posyłamy nasze dzieci na lekcje religii, a potem do pierwszej Komunii Świętej, to jest jasne, że mają one jakiś zakres wiedzy i praktyki religijnej. Czy na pewno?
Przygotowując kolejne dzieci do wczesnej Komunii Świętej (około siódmego roku życia) przekonałem się, jak wielką pomocą w wychowaniu jest Spowiedź Święta, która na wczesnym etapie uczy rozeznawać sumienie oraz poważnie traktować przewinienia wobec rodziców i względem obowiązków stanu. Z kolei Komunia Święta wzmacnia w walce z własnymi wadami i pomaga w kształtowaniu i praktykowaniu cnót.
Ale to wszystko musi się odbywać świadomie i być kierowane przez rodziców. Szkoła, ani nawet ksiądz katecheta nie zrobią tego za nas. Wiara jest przekazywana w pierwszej kolejności w domu i w domu korygowane są na bieżąco błędy w jej praktykowaniu. Jeżeli zaangażujemy się w ten proces, przekonamy się, jak wielką pomocą jest praktyka religijna.
Nie muszę chyba udowadniać, że tak nie podchodzi do tematu spora część polskich rodzin, które wciąż chodzą do kościoła i utożsamiają się z katolicyzmem. A ile jest tych, które zupełnie oderwały się od wiary? To również ma swoje przełożenie na życie społeczne. Więcej na ten temat pisałem w tekście Bez Boga ani do proga. Rola Kościoła w wychowaniu dzieci.
Skąd te mroki w polskiej duszy?
Czy pięć wymienionych wyżej punktów przekłada się wprost na wzrost skłonności do zbrodni wśród młodzieży. Trudno byłoby to udowodnić. Jednak gdy spojrzymy na szerokie i złożone skutki stylu życia, w którym niemal całe społeczeństwo zatraciło zasady, dyscyplinę i jakikolwiek jasno sprecyzowany życiowy cel, a jednocześnie weźmiemy pod uwagę, co proponuje nam dziś kultura masowa, to jednak okaże się, że alarmująca sytuacja nie wzięła się znikąd…
Nie można bezkarnie porzucić zasad, zgodnie z którymi zawsze funkcjonowało społeczeństwo, ponieważ zasady te wynikają z ludzkiej natury i jej odpowiadają. To, co podaje nam się dziś jako rzekomo „świadome rodzicielstwo”, bezstresowe wychowanie, swobodę wyboru itd., jest wbrew ludzkiej naturze, która – aby poprawnie funkcjonować – potrzebuje ram wyznaczonych przez prawo naturalne i skodyfikowanych w praktykach wychowawczych i obyczajach społecznych. Nieograniczona dowolność i ciągłe pochylanie się nad indywidualnymi uwarunkowaniami i potrzebami prowadzą do chaosu wychowawczego, a największą ofiarą takiego stanu rzeczy są nasze dzieci, które zamiast prostej drogi do szczęścia są wyprowadzane w gęsty las z hasłem: Jesteś wolny, radź sobie sam.
To wszystko sprawia moim zdaniem, że różne ekstremalne skłonności u poszczególnych zaburzonych jednostek rozwijają się bez ograniczeń i znajdują podatny grunt społeczny. Bo co możemy zrobić? Gdy dochodzi do ataku w szkole, możemy jedynie wezwać policję, a gdy ktoś zareaguje, to powstaje pytanie, czy robi to… zgodnie z prawem? To pytanie wydaje się absurdalne, ale przecież w wielu sytuacjach już się tak dzieje, że agresja dzieci i młodzieży pozostaje bezkarna, ponieważ dorosłym odebrano narzędzia do jej ukrócenia. Więcej o zgubnym wpływie systemu szkolnego pisałem w tekście Państwowa szkoła psuje dzieci! Co robić?
Filip Obara
Zobacz także:








