Jakub Majewski: „Gwiazdozbiór psa” – Ridley Scott nie ten, co kiedyś

Apokalipsa. Tajemniczy wirus doprowadza do upadku ludzkiej cywilizacji. Niedobitki tułają się po kraju z bronią w ręku, bądź też, mieszkając tu i ówdzie na odludziu, próbują podtrzymywać pozory życia sprzed zagłady, choć wiedzą że nic już ich nie czeka poza prozaicznym trwaniem. Na tę scenę wkracza bohater, złamany przez apokalipsę, ale nie gotów jeszcze by ostatecznie się poddać. Wyrusza w podróż, która przywróci nadzieję. Brzmi znajomo? Zapewne – widzieliśmy to już wiele razy. Czy tym razem, w reżyserii Ridleya Scotta, będzie lepiej?
Oto opowieść o dzielnym pilocie, niespokojnym duchu, samotnym wilku, który raz po raz podejmuje niebezpieczne misje… nie, nie, niestety – to nie jest recenzja Samotnego wilka, czeskiego filmu o słynnym Josefie Františku z Dywizjonu 303. Owszem, film ten właśnie wszedł na ekrany w Czechach, ale w Polsce nic nie wiadomo o premierze kinowej. Zamiast tego, mówimy o Gwiazdozbiorze psa, w reżyserii nie byle kogo, właśnie Ridleya Scotta. Tak: światowej sławy dołączył do grona twórców filmów postapokaliptycznych. Niestety, nie jest to już ten Scott co kiedyś. Mam wrażenie, że potraktował ten film jako swoisty urlop, albo wręcz wakacje emeryta. W sumie nic dziwnego, przecież człowiek ma 88 lat…
Naprawdę powtórka z rozrywki
Nie wiem czy ktoś realnie czekał na ten film. Czy jest ktoś, kto chciał zobaczyć Ridleya Scotta podejmującego ten konkretny gatunek filmowy. Dystrybutorzy chyba też trochę wątpią, bo film już w dniu premiery jest mało pokazywany, po dwa, trzy seanse dziennie w zależności od kina – i nie można bynajmniej powiedzieć by w dniu premiery sala była zatłoczona. Ale proszę się nie martwić. Nie będzie wyłącznie negatywnie. Przeciwnie: to nawet przyjemny. Jest niezobowiązujący, nie wymaga dużo myślenia, często i gęsto prezentuje nam piękną scenerię, a spokojny, czasem nieco wręcz nudnawy przebieg filmu, raz po raz jest przerywany dobrze nagranymi – naprawdę dobrze nagranymi – scenami akcji. Doprawdy: to nie jest zły sposób na spędzenie dwóch godzin. Byle nie spodziewać się cudów.
Cudów nie ma, bo film jest wtórny. Jest to typowy postapokaliptyczny schemat. Mamy epidemię, która zabija większość ludzkości, pozostawiając resztę w świecie beznadziei, jak rozbitków na morzu. W ruinach, a jakże, człowiek człowiekowi wilkiem jest. Na tak przygotowaną scenę, wkracza antybohater, człowiek ogólnie dobry, ale w jakiś sposób straumatyzowany, który wcale nie chce nikomu pomagać, lecz okoliczności wciągają go w taki czy inny plan ratowania wspólnoty albo i świata. Scenerią takich filmów musi być wiejska Ameryka, bo po apokalipsie, zdewastowane miasta są siedliskiem zagrożeń, do którego zagląda się tylko po to, by zdobywać jakieś zachowane resztki sprzętu czy zapasów. Poza miastem, przeciwnie – dawno już w niepamięć, poza oczywiście Falloutem, odszedł schemat zniszczonego przez wojny i zanieczyszczenia krajobrazu. Zamiast tego, filmy te zwykle epatują bujną naturą, cudownymi krajobrazami Ameryki (wiadomo: natura bez człowieka to marzenie „zielonych”). Choć, rzecz osobliwa, tym razem otwarte pustkowia Ameryki kręcono… w Włoszech.
Oczywiście, film częściowo od schematu odchodzi. Po pierwsze, nie ma tu żadnych mutantów, „zainfekowanych,” zombie, bezmyślnych hord do których można strzelać bez cienia wyrzutów sumienia. Są tylko ludzie, czasem owszem, zdziczali, ale czasem po prostu zdesperowani. Czasem, jak sugeruje film, nie są ani nawet zdziczali, ani źli, ale… cóż, trudno, trzeba było ich na wszelki wypadek zastrzelić, bo jednak byli uzbrojeni. Zastanawiać się kim byli można później, a czasem można nawet w tej materii pohamletyzować.
Nasz bohater nie jest też typowym dla gatunku zamkniętym w sobie twardzielem w średnim wieku, ciężko doświadczonym przez życie, którego okoliczności zmuszą do otwarcia na innych. Przeciwnie, Hig jest człowiekiem jeszcze młodym, który w chwili katastrofy rozpoczynał życie małżeńskie, czekał na pierwsze dziecko, i miał przed sobą wszystko. Z całej tej przeszłości, zostały mu bolesne wspomnienia, z rodziny ostał mu się tylko wierny pies… i pusty dom na przedmieściu, do którego czasem wraca, zagląda, by przebywać tam nie tyle w samotności, co w towarzystwie wspomnień zmarłej żony. Jest to więc bohater który powinien budować przyszłość, ale nie potrafi porzucić przeszłości.
Fabuła w skali mikro
Nietypowe jest też to, że Hig jest pilotem samolotu, co pozwala mu patrzeć na świat z góry. Jego codzienność to partnerska współpraca z Bangleyem, byłym żołnierzem i preppersem. Bangley troszczy się o obronę ich bazy – małego podmiejskiego lotniska gdzieś tam w okolicach Denver – podczas gdy Hig lata w poszukiwaniu zapasów i prowadzi powietrzny zwiad, szukając ewentualnych zagrożeń ze strony niebezpiecznych gangów czy plemion. Jedyna „wyrwa” w tym ponurym schemacie to górska społeczność menonitów, w miarę nie dotknięta przez pandemię, którą Hig raz po raz odwiedza i której bezinteresownie wspomaga.
Wreszcie jednak, wydarzenia popychają bohatera w daleką i niebezpieczną podróż. I tu niespodzianka – zwiastun wydawał się sugerować, że będzie to ważna misja, od której będzie zależeć przyszłość jakiejś większej wspólnoty. Nic takiego: jest to podróż wyłącznie osobista, z której właściwie niewiele może wyniknąć. Jednak w podróży tej, na skutek wymuszonego lądowania, napotyka Cimę, młodą niedoszłą lekarkę, oraz twardego ranczera, jej ojca. Cima, jak się okazuje, również owdowiała na skutek katastrofy, i szybko rozumiemy, że między nią a Higiem musi zawiązać się relacja, bo tak po prostu wynika z schematu. Co ciekawe, twórcy nie tworzą fikcji wielkiego wybuchu uczuć. Przeciwnie, pokazują, że ci dwoje lgną do siebie raczej by wymieniać się smutkiem i wspomnieniami. Gdy zaczyna kiełkować myśl o romantycznym związku, wydaje się wręcz być czymś zgoła praktycznym: skoro się lubimy, skoro pomagamy sobie, to bądźmy razem, bo tak jest lepiej, tak jest praktyczniej. Tu można było wpleść wiele ciekawych treści, rozmyślań o tym jak współczesny świat zdegenerował pojęcie miłości do zaledwie uczucia, o tym że prawdziwa miłość to pragnienie dobra drugiej osoby, i że taka miłość może zrodzić się również w takim praktycznym związku – ale nie ma czasu na takie rozmyślania, bo atakują… Indianie? W każdym razie, okoliczności wymuszają dalszą podróż z nowymi towarzyszami.
Film do obejrzenia i… zapomnienia
Nie będę oczywiście zdradzał reszty fabuły. Powiem tylko tyle: dziwny jest ten moment, gdy wydaje się że po wielkich, ale nierozstrzygających wydarzeniach, powinien nastąpić trzeci akt, prowadzący do wielkiej przemiany w bohaterze i w świecie… a tu wyraźnie film zmierza ku końcowi. Powinien nastąpić jakiś incydent, który zmusi bohatera do okazania raz jeszcze, że nauczył się tych lekcji, które mu przypisali scenarzyści – a tymczasem, reżyser zwolnił go z egzaminu. Biorąc zaś pod uwagę względną krótkość filmu i ilość scen bez dialogów, niewiele wysiłku tu poświęcono na rozwój bohaterów.
Dziwny jest to film. Gdyby nie to, że powstał na bazie książki z 2012 roku, powiedziałbym, że jest to jakiś spóźniony wykwit pandemii, który winien był ukazać się około 2021 roku, ale nie pięć lat później. Film zresztą nie traci czasu na tłumaczenie źródła pandemicznej katastrofy, na komentowanie naszej rzeczywistości. Jeśli szukać tu jakiegoś przesłania, to chyba tylko bardzo prozaicznego – cieszmy się z wszystkiego co mamy, zwłaszcza z tych których kochamy, ale nie tylko, bo z nawet z rzeczy, nawet z drobnych życiowych utrapień, z wszystkiego co możemy stracić i żałować. Tyle że na takie przesłanie z kolei jest za wcześnie po tamtych wszelakich lockdownach sprzed pięciu lat. Zbyt dobrze wciąż pamiętamy jak wiele i jak szybko można utracić.
Dziwny jest to film. Zwiastun sugerował mocne kino akcji gdzieś na pograniczu thrillera czy horroru. Tymczasem, momenty akcji, owszem, są, bywają też momenty grozy, ale jest też zaskakująco dużo spokoju, jak gdyby reżyser-emeryt po prostu zatrzymywał się, żeby wziąć oddech, i koniec końców tych przerw wyszło więcej niż samego filmu. Nie nudzimy się, ale próżno w tych momentach ciszy szukać jakiejś ukrytej głębi. Jest to film do obejrzenia, który po prostu nie pozostawi w nas żadnych szczególnie mocnych wspomnień.
Na koniec podzielę się jednak jeszcze refleksją o twórczości i jej przemijaniu, która jak najbardziej z tego filmu się wyłania. Kusi bowiem żeby powiedzieć, że po reżyserze tak znaczącym jak Ridley Scott, należałoby się spodziewać więcej. Albo: że skończył się, wypalił, i lepiej już mu odebrać kamerę. Ale przecież każdy twórca przeżywa jakiś swój szczytowy moment sprawności, kiedy rozwinie swe umiejętności, zbierze doświadczenie, ale jeszcze nie opada z sił. Ten moment wcale nie musi trwać długo. Czy potem twórca miałby natychmiast zamilknąć, aby po swoim magnum opus – w przypadku Scotta, to chyba był Helikopter w ogniu sprzed ćwierćwiecza – nie szargać swej reputacji poślednimi dziełami? A może to raczej publiczność powinna spojrzeć z większą empatią na osiągnięcia starego reżysera? Gwiazdozbiór psa nie jest arcydziełem na miarę Scotta, ale czy to nie jest imponujące, że w tak zaawansowanym wieku, Scott nadal potrafi złożyć w miarę sprawny film, a sceny akcji potrafi nakręcić lepiej niż większość konkurencji? Jak na 88 lat, to jest coś.
Jakub Majewski
„Gwiazdozbiór psa”. Stany Zjednoczone/Wielka Brytania 2026.
Reżyseria: Ridley Scott. Scenariusz: Mark L. Smith. W rolach głównych: Jacob Elordi, Margaret Qualley, Josh Brolin, Guy Pearce.
Czas trwania: 118 min.






