„To nie wygląda jak na amerykańskich filmach”. Mecenas o brutalnej rzeczywistości rozwodów

Proces rozwodowy może trwać cztery, pięć lat. To nie wygląda jak na amerykańskich filmach, że sprawa wchodzi na wokandę i rozprawy odbywają się dzień po dniu (...) W pewnym momencie ludzie mają po prostu dość - mówi mecenas prof. Joanna Dominowska. Jak podkreśla, kluczowym tematem na wokandzie jest walka o dzieci.
Według statystyk GUS, przez 25 lat ponad dwukrotnie wzrósł odsetek rozwodów wśród małżeństw z co najmniej 30-letnim stażem. Przeciętne małżeństwo kończące się rozwodem trwa około 15 lat. Statystyczna polska rozwódka ma 42 lata, wykształcenie średnie lub wyższe i mieszka w mieście. Prof. Dominowska nie ma wątpliwości, że wzrost liczby rozwodów jest konsekwencją „uniezależniania się” kobiet.
- Kobiety coraz więcej zarabiają, przez co są coraz bardziej samodzielne finansowo, zwłaszcza wtedy, kiedy już odchowają dzieci (...) Ta 42-letnia kobieta ma za sobą mniej więcej 12–15 lat małżeństwa. Dzieci może jeszcze nie są dorosłe, ale są już prawie, w każdym razie odchowane, ona jest jeszcze młoda, a jednocześnie ma jakiś sukces zawodowy. To powoduje, że decyduje się na rozwód. Nie musi już błagać teściowej o pomoc w opiece nad dzieckiem, i mówi: „jeszcze życie przede mną i jeszcze mogę być szczęśliwa” - podkreśla.
Ponad 60 proc. rozwodów orzekane jest z powodu „niezgodności charakterów”. Mecenas tłumaczy, że ten ogólny termin należy przed sądem wypełnić treścią. Może chodzić o niezgodność poglądów na wychowywanie dzieci, poglądów religijnych czy politycznych czy niechęć do rodziny współmałżonka.
Rozwody to kosztowna sprawa, nie tylko pod względem finansowym ale również emocjonalnym. Zdaniem Dominowskiej, fakt, że 85 proc. rozwodów kończy się bez orzekania o winie, dowodzi uciążliwości całego procesu.
- Na początku emocje są ogromne. Ktoś jest zdradzony albo w inny sposób oszukany, więc jest zacięty i rozgoryczony. Ludzie przychodzą ze stanowiskiem: „nie dam ci rozwodu” albo „będę cię latami ciągać po sądach, bo to twoja wina” (...) Potem zderzają się z polskim wymiarem sprawiedliwości i rzeczywistością sądową. I bardzo wiele osób, które chciały orzekania o winie, po prostu z tego rezygnuje, umęczonych tym, jak funkcjonuje wymiar sprawiedliwości - podkreśla Dominowska.
- Proces rozwodowy może trwać cztery, pięć lat. To nie wygląda jak na amerykańskich filmach, że sprawa wchodzi na wokandę i rozprawy odbywają się dzień po dniu. Czasem rozprawy są wyznaczane co pół roku, czasem co siedem czy osiem miesięcy. Ktoś składa pozew i przez rok nic się nie dzieje. Potem dostaje termin rozprawy za kolejne trzy czy cztery miesiące. Jeżeli jest orzekanie o winie, trzeba przesłuchiwać świadków, ale jeden się nie stawi, drugi się spóźnia, a sąd też ma opóźnienie - relacjonuje ekspert.
- W pewnym momencie ludzie mają po prostu dość - przyznaje.
Prof. Dominowska nie ma wątpliwości, że kluczowym tematem spraw rozwodowych są walki są dzieci. Mężczyźni coraz częściej chcą opieki naprzemiennej. Kiedyś statystyki były takie, że 95 proc. dzieci zostawało z matkami. Ten trend zaczął się odwracać dopiero po nagłaśnianiu spraw przez organizacje ojcowskie. Standardem stał się dzisiaj model „weekendowego ojca”, gdzie ojciec widuje się z dziećmi w weekend plus jeden z dni tygodnia.
Każdy rozwód jest traumą dla dzieci, ciągnącą się za nimi przez całe życie. Nawet opieka naprzemienna nie jest w stanie do końca załagodzić skutku rozstania rodziców. Dla niektórych ciągła zmiana miejsca zamieszkania oznacza katastrofę, zwłaszcza w przypadku dzieci posiadających dużą potrzebę stabilizacji.
Z doświadczeń mec. Dominowskiej wynika również, że dalsze pożycie rozwodników, których wciąż łączy opieka nad dziećmi, oznacza dodatkowy, nieustanny wysiłek organizacyjny. Jeżeli obie strony nie chcą się widzieć, dzieci muszą być przekazywane w szkole. Rodzic, który kończy swój tydzień, odprowadza dziecko w piątek do szkoły, a drugi odbiera je stamtąd i zaczyna swój tydzień. Wciąż trzeba utrzymywać kontakt w sprawach dotyczących dzieci.
- Dziecko ma swoje rzeczy, ulubione ubrania, zabawki, prace domowe. Trzeba sobie przekazać informacje. Ale można zorganizować to tak, żeby rodzice widywali się jak najmniej - podkreśla mecenas.
Prof. Dominowska nie ma wątpliwości, że to właśnie obawa związana z uciążliwym procesem rozwodowym jest jednym z powodów, dla których młodzi ludzie świadomie rezygnują z wstępowania w związki małżeńskie. Jednak, jak podkreśla mecenas, jest też druga strona medalu.
- Jeżeli kobieta poświęca karierę na rzecz dzieci, a związek nie jest sformalizowany, po rozstaniu może nic z tego poświęcenia nie mieć. W małżeństwie wspólność majątkowa powstaje domyślnie i co do zasady dorobek małżonków jest wspólny. Stare babcie czy mamy, które mówią dziewczynie: „żyjesz z nim na kocią łapę, gotujesz mu, uprawiacie seks, a on się z tobą nie żeni”, brzmią może zaściankowo, ale jest w tym pewna mądrość ludowa. Bo jeżeli kobieta poświęca swoją karierę, a nie ma sformalizowanego związku, może zostać bez ochrony, którą daje małżeństwo - podkreśla.
PAP
oprac. PR











