Polska stoi w obliczu katastrofy demograficznej! Zamiast alarmu jest obojętność

demografia-alarm_03.jpg
PCh24.pl

Demografia to nasze życie codzienne, osoby chodzące po ulicach, obraz wsi i miast, w których mieszkają, a także siła i potencjał kultury, w której żyją i którą tworzą. Moim zdaniem, w naszej przestrzeni publicznej jest to dyscyplina właściwie nieobecna. A przecież to bezpośrednio od niej zależy, jaka będzie przyszłość naszego kraju, narodu, nas samych i naszych dzieci. Warto przy tym dodać, że mamy doskonałych demografów, wspaniałe opracowania zawierające dane ludnościowe i naprawdę interesujące analizy – jest zatem skąd czerpać wiedzę. Z jakiegoś jednak powodu prace te nie są szeroko komentowane, a co za tym idzie – znane.

 

Poniżej prezentujemy fragment książki Radomira Nowakowskiego, „Depopulacja. Polska i świat w obliczu katastrofy demograficznej”, która ukazała się nakładem wydawnictwa Prohibita.

Zróbmy to razem!

 

WSTĘP

Moja przygoda z demografią zaczęła się wiele lat temu. Ponieważ jestem amatorem i nie ograniczają mnie wymogi formalne, mogę się nią prawdziwie fascynować. Jest to bowiem, wbrew pozorom, dziedzina nauki niezwykła, interesująca i ważna.

Zapoznanie się z danymi statystycznymi daje możliwość szerszego spojrzenia na otaczającą nas rzeczywistość. Pozwala widzieć dalej i głębiej, snuć rozważania dotyczące przyszłości, mające solidne oparcie w rzetelnym materiale. Wnioski, które możemy wyciągać z obiektywnych badań są przecież przysłowiowo „o niebo” bardziej wiarygodne niż „wzięte z kapelusza” wizje przeróżnych wróżów i jasnowidzów oraz zawodowych propagandystów.

W nudnych czasach komuny uwielbiałem studiować encyklopedie oraz książki poświęcone geografii. W taki oto sposób mogłem (przy braku realnych możliwości) „podróżować” po świecie. Do tego posiadałem dar zapamiętywania liczb. Zapamiętywania instynktownego. Bez trudu, wysiłku czy starania. Niestety, dar ten nie dotyczy – o zgrozo – daty mojego ślubu, urodzin i imienin członków rodziny, rocznicy zaręczyn i innych istotnych wydarzeń.

Liczby, które zwykle wydają się nieciekawe, w moich oczach zaczynały układać się w obrazy. Patrząc na „suche” dane, mogłem zobaczyć ludzi, ich rodziny, życie obecne i to, które ich czeka. Porównując tabele statystyk różnych krajów, starałem się zaobserwować trendy oraz domyśleć, co przyniesie przyszłość.

Demografia to nasze życie codzienne, osoby chodzące po ulicach, obraz wsi i miast, w których mieszkają, a także siła i potencjał kultury, w której żyją i którą tworzą. Moim zdaniem, w naszej przestrzeni publicznej jest to dyscyplina właściwie nieobecna. A przecież to bezpośrednio od niej zależy, jaka będzie przyszłość naszego kraju, narodu, nas samych i naszych dzieci. Warto przy tym dodać, że mamy doskonałych demografów, wspaniałe opracowania zawierające dane ludnościowe i naprawdę interesujące analizy – jest zatem skąd czerpać wiedzę. Z jakiegoś jednak powodu prace te nie są szeroko komentowane, a co za tym idzie – znane.

Niniejsza publikacja napisana jest dla Polaków i dotyczy Polski. Pojawią się jednak rozdziały, w których omówię sytuację państw, takich jak chociażby: Korea Południowa, Japonia czy Niemcy. Z pozoru wydawać się może, że nie mają one zbyt wiele wspólnego z naszym krajem. Żywię jednak nadzieję, że w trakcie lektury, przekonacie się Państwo, iż odniesienia do Polski są oczywiste. Podczas czytania będzie można zauważyć powtarzające się fragmenty. Jest to zabieg zamierzony. Umożliwi on bo-wiem lepsze zrozumienie – nie tak znów skomplikowanego – tematu oraz spojrzenie na te same dane z trochę innej perspektywy. Pozycja ta ma również na celu wywołanie pewnego odruchu analizowania statystyk podawanych przez media elektroniczne, prasę czy inne środki masowego przekazu – zgodnie z rzymską zasadą: decies repetita placebit („Powtórz dziesięć razy, a spodoba się”).

Pragnę choć trochę zainteresować Państwa sprawami demografii, gdyż jest to dziedzina, która będzie bezpośrednio rzutować na życie wasze i waszego potomstwa.

Chciałbym bardzo podziękować Fundacji Pafere, której przewodniczy Pan Prezes Jan Kubań, za wykazanie życzliwego zainteresowania tematem oraz zamieszczenie moich artykułów i rozmów ze mną na łamach tej instytucji.

Swoje podziękowania składam również Panu Pawłowi Tobole-Pertkiewiczowi – Właścicielowi Wydawnictwa Prohibita, że umożliwił mi (nieznanemu autorowi) wydanie tej publikacji.

Pragnę również podziękować nieocenionej Pani Magister Ewie Ignaczewskiej oraz Panu Doktorowi Janowi Przybyłowi, którzy okazali się wielce pomocni przy korekcie i ustalaniu ostatecznego kształtu niniejszej pozycji.

DLACZEGO DEMOGRAFIA JEST WAŻNA?

Na początku warto wyjaśnić, co kryje się pod pojęciem demografii. Demos (z gr.) oznacza ‘lud, ludność’, grapho zaś ‘piszę, opisuję’. Demografia jest zatem nauką zajmującą się analizą i opisem populacji, m.in. jej rozmieszczeniem, przyrostem naturalnym, migracjami. W niniejszej pracy zajmiemy się sytuacją Polski, wliczając w to liczbę ludności i urodzeń, strukturę wieku oraz dzietność.

Podstawą każdego państwa są ludzie. Bez nich nie ma gospodarki, sił zbrojnych, kultury i sztuki. Nie ma przyszłości. To właśnie oni wytwarzają dobra i produkty, zachowują mowę i obyczaje, tworzą nowe technologie, spłacają długi zaciągnięte przez rządy i, podążając za powołaniem, podejmują różne wyzwania życiowe – zarówno te osobiste, jak i społeczne. Cenne bogactwa naturalne nic nie znaczą bez człowieka, który by je wydobywał, pozyskiwał i wykorzystywał. Demografia tworzy podstawę, na której wzrastają wszystkie inne dziedziny życia. Analizując dane demograficzne, w łatwy sposób można ocenić trendy panujące w państwie oraz dość precyzyjnie przewidzieć, co w przyszłości czeka dany kraj i jego mieszkańców.

Trudno rozstrzygnąć, co jest ważniejsze – demografia czy kultura? Oba te czynniki są ze sobą powiązane. Bez ludzi nie ma kultury, natomiast bez kultury ludzie w łatwy sposób ulegają demoralizacji i zniewoleniu. Wbrew pozorom, rozwój ekonomiczny można osiągnąć bardzo szybko. Pokazały to liczne przykłady krajów, takich jak: Japonia, Korea Południowa, Tajwan, a ostatnio także Chiny. Wystarczy wola polityczna przywódców, aby zaledwie w ciągu 10 lat rozwijająca się gospodarka spowodowała bardzo szybkie polepszenie poziomu życia mieszkańców. Na przykład Japonia, w jednym tylko roku – 1959, osiągnęła wzrost gospodarczy wysokości 17%.

W latach 60. XX w. w Kraju Kwitnącej Wiśni przekraczał on 10% rocznie. W tym jednym dziesięcioleciu PKB Japonii powiększyło się 2,6 razy. Z reguły to administracyjne przeszkody stoją na drodze rozwoju ekonomicznego. Gospodarka nie musi być problemem, jeśli nie będzie się jej szkodzić, natomiast negatywne trendy demograficzne są znacznie trudniejsze do odwrócenia.

Jeśli demografia jest tak istotnym zagadnieniem – co wykażę za chwilę – dlaczego nie jest częstszym przedmiotem rozmów telewizyjnych, debat sejmowych czy analiz naukowych? Przyczyna wydaje się dość prozaiczna. Dane demograficzne są obiektywne i nie podlegają manipulacji, są jednoznaczne. Trudno w nich o propagandę sukcesu, kreatywną księgowość, tworzenie iluzji. Dodatkowym problemem jest to, że nieuchronne konsekwencje stanu demografii są odczuwane z pewnym opóźnieniem.

Najważniejszym wskaźnikiem, który w sposób niezwykle przejrzy-sty pokazuje nadchodzące trendy, jest Całkowity Wskaźnik Dzietności (CWD), ang. Total Fertility Rate (TFR). Chodzi tu o liczbę dzieci, które statystyczna kobieta będzie posiadać w ciągu całego swojego życia. Aby ko-lejne pokolenie było tak liczne jak poprzednie, powinna ona urodzić dwoje dzieci. Precyzyjniej mówiąc – należy, aby było to nieco więcej (2,07–2,15) w zależności od danego kraju, ponieważ nie wszystkie dzieci dożywają pełnoletniości, a ponadto rodzi się więcej chłopców niż dziewczynek. Wartość 2,07 dotyczy państw rozwiniętych, zaś 2,15 tych biedniejszych, gdyż tam umieralność dzieci jest większa. Jeśli CWD (TFR) wynosi 3,0, oznacza to, że następne pokolenie będzie liczniejsze od poprzedniego. Co w przypadku, gdy wskaźnik ten znajduje się poniżej 2,0?

Dla ułatwienia przyjmijmy, że do zastępowania pokoleń potrzeba dwojga dzieci. Przy CWD równym 2,0, jeśli w pierwszym pokoleniu mamy 100 osób, następne będzie tak samo liczne.

1,75 dla 100 osób = 87,5 osób

1,5 dla 100 osób = 75 osób

1,4 dla 100 osób = 70 osób

1,3 dla 100 osób = 65 osób

1,2 dla 100 osób = 62,5 osoby

1,0 dla 100 osób = 50 osób

Analizując CWD, od razu możemy ocenić przyszłość danego narodu, danej populacji. W naszym kraju tenże wskaźnik spadł poniżej 2,0 w 1990 r. Od tego czasu w żadnym roku dzietność nie przekroczyła tej wartości. Od 34 lat w Polsce nie ma prostego zastępowania pokoleń (zob. tab. 1.).

tabela1

 

wykres 1

W 2003 r. CWD wynosiło 1,23, w 2004 r. zaś 1,24. Dzietność na tym poziomie to prawdziwa klęska. Kolejne pokolenie liczy ledwie 62% poprzedniego. Co ciekawe, tak dramatyczne wskaźniki nie wywołały powszechnej debaty, a jest to sprawa kluczowa dla biologicznego przetrwania narodu. Polska dołączyła wówczas do Wspólnoty Europejskiej i głównym tematem w tamtym czasie była możliwość wyjazdu młodych Polaków za granicę. Masową emigrację przedstawiano jako dobrodziejstwo i w referendum akcesyjnym zachęcano wymierający naród do wyjazdów zagranicznych. Nie wiadomo czy nasz kraj opuściło 2 mln, czy 3 mln młodych ludzi – a to tyle, ile rodzi się w Polsce dzieci przez okres od 6 do 8 lat. Jeszcze wcześniej, bo w latach 80. XX w., wygnano za granicę około 1 mln mieszkańców.

Dlaczego w Polsce, pomimo tak niskiego wskaźnika dzietności, przez lata rodziło się więcej osób niż umierało? Odpowiedź jest prosta – ludzie żyją dłużej. Równocześnie z dziećmi żyją ich dziadkowie, a czasem pradziadkowie. Często mija wiele lat, zanim po spadku liczby urodzeń zaczyna się właściwy ubytek ludności. W przypadku Polski były to 23 lata, Japonii – 33, a Tajwanu aż 35 lat.

Z uwagi na niski wskaźnik CWD i emigrację, liczebność Polski kurczy się od 1998 r., czyli od ćwierćwiecza. Co czeka nas w najbliższych latach? Pomimo bardzo niskiej dzietności, przewaga zgonów nad urodzeniami do tej pory była stosunkowo niewielka – od kilku do kilkunastu tysięcy rocznie. W 2020 r. nastąpił znaczny spadek stanu ludności. Zmarło 479 tys. Polaków, a przyszło na świat jedynie 359 tys. Różnica wyniosła prawie 120 tys. ludzi. To prawdziwa klęska. W – najgorszym dotychczas – 2019 r. zmarło 35 tys. osób więcej, niż się urodziło. Oczywiście jako przyczynę takiego stanu rzeczy podano pandemię koronawirusa. W takich warunkach stres oraz brak optymizmu nie zachęcały do posiadania potomstwa. Jak już wspomniałem, w 2020 r. urodziło się 359 tys. dzieci, zaś w 2017 r. było to jeszcze 402 tys. urodzonych.

Przyczyn tego katastrofalnego spadku jest jednak więcej. Co się zatem dzieje? Obecnie w wiek zaawansowany wchodzą roczniki wyżu powojennego (zob. tab. 2.). W 1946 r. w Polsce urodziło się 623 tys. osób, a w 1950 r. – 763 tys. Obecnie mają oni 70–74 lat. Z kolei liczba urodzeń spada, gdyż w okres rozrodczy wchodzą kobiety, które przyszły na świat w czasie niżu demograficznego. Mamy więc do czynienia z dwoma niepokojącymi trendami przebiegającymi jednocześnie: wzrostem zgonów i spadkiem urodzeń. Ubytek ludności będzie się zatem sukcesywnie powiększał i proces ten będzie przyspieszał. W ciągu najbliższych kilku, kilkunastu lat będzie on wynosił 150–300 tys. ludzi rocznie. Ostatnie roczniki kobiet drugiego wyżu demograficznego z lat 80. XX w. osiągają wiek, który wyklucza rodzenie dzieci. Polska miała wyjątkową szansę odwrócenia negatywnych trendów demograficznych, posiadając ten wyż. Potencjał nie został jednak wykorzystany i niestety nie urodziło się tyle dzieci, ile mogło, a w dodatku wysłano setki tysięcy, może nawet ponad 1 mln kobiet w wieku rozrodczym, za granicę. W samym tylko 2004 r. w Wielkiej Brytanii Polki wydały na świat 20 495 dzieci. Do tego powinniśmy doliczyć co najmniej drugie tyle urodzonych w innych krajach europejskich, takich jak: Niemcy, Irlandia czy Holandia. A był to zaledwie początek masowej emigracji naszych rodaków do Europy Zachodniej.

tabela 2

Tempo starzenia się ludności Polski jest bezprecedensowe. Obecnie Polacy starzeją się szybciej niż przeciętni mieszkańcy Starego Kontynentu. W 1950 r. średnia wieku populacji kraju wynosiła 25,9 lat, w 1990 r. było to 32,3, w 2000 r. już 35,4, a w 2020 r. – 41,1. Odsetek osób w wieku powyżej 65. r. ż. to obecnie 18,1%. Jest on większy niż odsetek dzieci w wieku 0–14 lat, który wskazuje 15,3%. Jeszcze w 2010 r. było 13,5% ludzi powyżej 65. r. ż. Tempo starzenia się społeczeństwa jest więc zatrważające. A przecież jeszcze w 1985 r. Polska miała jedną z najmłodszych populacji w Europie. Młodsi byli tylko Słowacy, Maltańczycy i Albańczycy.

wykres 2

Konsekwencje takiego stanu rzeczy będą dla nas bardzo poważne. Mamy do czynienia z kolejnymi dwoma negatywnymi trendami: przyspieszającym ubytkiem ludności i jednoczesnym starzeniem się społeczeństwa. Polaków będzie coraz mniej i będą oni coraz starsi. Już teraz możemy zaobserwować tego skutki. Rekordowo niskie bezrobocie i brak rąk do pracy nie jest wynikiem kwitnącej gospodarki, dzięki której powstało wiele miejsc zatrudnienia, ale konsekwencją rekordowej liczby ludzi prze-chodzących na emeryturę oraz małej grupy osób wchodzących na rynek pracy. Seniorzy, którzy w każdym społeczeństwie są bardzo ważni, cechują się jednak mniejszą skłonnością do ryzyka i większą zachowawczością. Zwykle to właśnie młodzi tworzą startupy, nowe technologie czy idee, są bardziej kreatywni. Osoby starsze cenią bezpieczeństwo, inwestują swoje pieniądze ostrożniej lub wolą oszczędzać. To jeszcze bardziej będzie pogłębiać spowolnienie gospodarcze. Mniej ludzi młodych oznacza również mniej żołnierzy, a to z kolei decyduje o zdolnościach obronnych kraju – czy używając języka fachowego – możliwościach projekcji siły. Dodatkowo dochodzi tu aspekt psychologiczny. Matki jedynaków bardziej niepokoją się o los swoich synów, niż matki posiadające 7 potomków.

W kurczącym się społeczeństwie nie potrzeba aż tylu domów. Za 20 lat problemem nie będzie posiadanie mieszkania, lecz to, co będziemy robić z pustostanami. Za 40 lat głównym zadaniem pracowników budowlanych nie będzie stawianie nowych obiektów, ale rozbiórki starych. Przedsmak tego możemy poczuć chociażby na terenie byłego NRD, gdzie wyburza się bloki z wielkiej płyty. Wydatki na opiekę zdrowotną oraz osoby starsze będą w Polsce sukcesywnie rosnąć. Gros wydatków na leczenie pacjenta przypada na dwa ostatnie lata jego życia.

Wyobrażenia, że mniej ludzi to mniej korków, czystsze powietrze, puste plaże i wesołe życie nie są prawdziwe. Rzeczywiście, ruch za-pewne będzie mniejszy, ale wygląd naszego kraju bardzo się zmieni. Z powierzchni Polski znikną tysiące wsi i małych miasteczek. Nastąpi koncentracja ludności w kilku dużych ośrodkach miejskich, zaś przeciętna wieku mieszkańca znacznie wzrośnie. Już teraz średnia wieku Polaków wynosi 41,1 lat. Za niespełna dwie dekady przekroczy ona 50. Odsetek osób starszych będzie systematycznie wzrastał i w 2070 r. może osiągnąć nawet 50%. Rodzi się pytanie, jak ci schorowani staruszkowie będą w przyszłości spłacać długi zaciągnięte przez nasze państwo? Polska obecnie, przy stosunkowo dużym odsetku ludzi czynnych zawodowo, ma permanentny deficyt budżetowy, a dług publiczny rośnie z każdym rokiem. Jak społeczeństwo, złożone w ogromnej części z osób niepracujących, spłaci te zobowiązania?

Konsekwencje wynikające ze zmian demograficznych będą dotyczyć nawet języka. Są kraje, takie jak Korea Południowa, gdzie dzietność spadła do poniżej 1 dziecka na kobietę. W 2020 r. wartość ta wynosiła dokładnie 0,84. Koreańczycy poważnie zastanawiają się czy z ich słownictwa nie znikną takie pojęcia, jak: brat czy siostra. Jaka zatem przyszłość czeka firmę Samsung przy takim wskaźniku dzietności? Oczywiście kurczenie się zasobu słownikowego ma złożone przyczyny. Z przemożną siłą działa tendencja do oszczędzania wysiłku, jednak i spadek urodzeń przyczynia się do ubożenia języka.

Wracając do wątków demograficznych – dawniej używaliśmy pojęć ta-kich jak: wuj, wujenka, stryj, stryjenka, synowiec, synowica, prastryj, pracioka, świekra itp. Przy małych rodzinach te słowa przestają mieć rację bytu. Można stwierdzić, że przecież rozwiązanie jest proste – masowa imigracja. Jak pokazały jednak doświadczenia innych państw, nie rozwiązuje ona problemów demograficznych. Pomimo masowego napływu cudzoziemców do Włoch, populacja tego kraju wymiera w tempie ponad 200 tys. osób rocznie. To samo dotyczy Niemiec, Hiszpanii i wielu innych krajów, nawet tak egzotycznych z polskiej perspektywy jak Singapur. Nie mówiąc już o problemach, które takowa migracja powoduje. Jednym z nich jest dodatkowy spadek dzietności wśród tubylców w momencie napływu dużej liczby obcokrajowców. O kolejnych opowiem w dalszej części tej książki.

Istnieje jeszcze inny, nigdzie niedyskutowany, czynnik dotyczący emigracji. W przypadku przemieszczania się ludności możemy mówić o dwóch siłach: przyciąganiu i odpychaniu. Kraj musi być atrakcyjny dla przyjezdnych, powinien być lepszy niż kraj pochodzenia. To, że Polska jest obecnie takim miejscem dla Ukraińców czy, chociażby, mieszkańców Bangladeszu, nie oznacza, że będzie taka również za 50 lat. Dlaczego zakładamy, że migranci będą chcieli przyjeżdżać do Polski – kraju zamieszkanego przez masy ubogich emerytów? Czy płace w państwie, gdzie ogromna większość ludzi nie pracuje, będą dla nich atrakcyjne? Pójdźmy jeszcze dalej: czy wspomniani wyżej Banglijczycy będą chcieli spłacać długi zaciągnięte przez Polaków? Może się okazać, że to właśnie młodszy demograficznie Bangladesz będzie stwarzał lepsze warunki do życia i pracy, niż starzejąca się i wyludniona Polska.

Jeśli rzeczywiście nie zajmiemy się problemem polskiej demografii, to według optymistycznych prognoz GUS-u, w 2100 r. w Polce będzie mieszkać 24 mln obywateli, natomiast bardziej pesymistyczne rokowania mówią o 9–15 mln. Tylko od nas zależy, czy ten czarny scenariusz się ziści.

DLACZEGO POLACY NIE MAJĄ DZIECI…?

Przypomnijmy kilka fundamentalnych kwestii – aby kolejne pokolenie było tak liczne jak poprzednie, konieczne jest – według CWD – by kobieta rodziła co najmniej 2,07–2,15 dzieci. Jeśli jest to liczba mniejsza niż 2,0, oznacza to, że społeczeństwo przejdzie w fazę kurczenia się i zanikania. W Polsce wskaźnik ten spadł poniżej tej wartości w 1990 r. Od tego czasu, przez 34 lata z rzędu, przeciętna Polka nie miała więcej niż dwoje dzieci. W niektórych latach dzietność była dramatycznie niska, np. w 2003 r. i 2004 r. roku wynosiła odpowiednio 1,23 i 1,24. Są to jedne z najniższych wskaźników wśród 193 krajów świata. Tak niski wynik jest fenomenem w całej, ponad tysiącletniej historii Polski. A przecież nasi rodacy przez wieki słynęli z wysokiej dzietności, miłości do dzieci i chęci ich posiadania. Polskie społeczeństwo starzeje się szybciej niż ludność wielu innych krajów europejskich. Dlaczego niektórzy Polacy nie decydują się na potomstwo? Czemu nie rodzi się tyle dzieci, co dawniej?

Analizy demograficzne zidentyfikowały bardzo wiele przyczyn wpływających na zmniejszenie liczby urodzeń. Ocenia się, że może ich być od kilkudziesięciu do nawet ponad stu. Nie wszystkie są tak samo istotne, natomiast często są ze sobą powiązane. Można spierać się, co jest głównym powodem tegoż zjawiska, dlatego spójrzmy na kilka, niewątpliwie kluczowych kwestii. Jedną z nich są systemy ubezpieczeń społecznych oraz sposób ich funkcjonowania. W dawnych czasach, gdy nie było jeszcze ZUS-u i emerytur, zabezpieczenie na starość dla bogatych ludzi stanowiły m.in.: zgromadzony majątek, ziemia czy złoto. To dzięki nim można było zapewnić sobie „wikt i opierunek”. Dla pozostałych takim gwarantem były dzieci. Potomstwo należało dobrze wychować i traktować należycie, ponieważ pracowite oraz kochające dziecko miało zająć się w przyszłości swoimi rodzicami. Tylko takie dzieci będą utrzymywały ojca czy matkę, gdy ci staną się niedołężni i zależni. Wraz z wprowadzeniem ubezpieczeń społecznych obowiązek utrzymywania ludzi starszych formalnie przejęło na siebie państwo. Więź ekonomiczno-rodzinna została naruszona.

Oczywiście niska dzietność nie jest związana wyłącznie z istnieniem ZUS-u i KRUS-u. Jestem pewien, że likwidując przymus ubezpieczeń społecznych nie uzyskalibyśmy poprawy sytuacji. Myślę, że musiałoby upłynąć wiele lat bez obowiązku ZUS-owskiego, by liczba dzieci znów zaczęła rosnąć, zmiany w mentalności Polaków zaszły bowiem już bardzo daleko. Nie znaczy to, że likwidacja przymusu ubezpieczeń nie jest jednym z bardzo ważnych elementów w walce z katastrofą demograficzną.

Biorąc pod uwagę prognozy, już teraz można założyć, że obecny system emerytalny nie będzie w stanie udźwignąć ciężarów utrzymania (sukcesywnego przyrostu) ludzi starszych. Nawet jeśli założymy, że pojawią się nowe procesy, robotyzacja, wzrost wydajności pracy, to i tak przy błyskawicznie starzejącym się społeczeństwie technologia tego wyścigu nie wygra. Trzeba głośno mówić o tym, że obecny system ubezpieczeń społecznych nie spełnia swojej funkcji.

Jakie są zatem inne przyczyny niskiej dzietności? Wzrastająca za-możność społeczeństwa i potrzeba wygody to jeden z najważniejszych i powszechnych czynników wpływających na spadek ilości urodzeń. Dotyczy on nie tylko Polski, ale niemalże wszystkich krajów świata. Wraz ze wzrostem dobrobytu spada liczba dzieci przypadających na rodzinę i dotyczy to praktycznie każdej kultury, religii czy rasy. Proces ten zachodzi stopniowo. W Europie (wliczając w nią oczywiście Polskę oraz kolonie europejskie) początkowo ze wzrostem zamożności wzrastał stan ludności. Rodziło się wiele dzieci, a wraz z poprawą chociażby sposobu żywienia, higieny czy większą dostępnością odzieży umierało ich coraz mniej. Wzrastała długość życia kobiet, dzięki czemu mogły one posiadać więcej potomstwa. Stopniowo, wraz z dłużej trwającym dobrobytem, dzietność zaczęła spadać.

W świetle powyższego rodzi się pytanie – w jaki sposób naród ma żyć dostatnio, nie narażając się na wymarcie? Jest to pytanie fundamentalne z perspektywy troski o jego biologiczne przetrwanie. W Polsce w latach 90. XX w. można było zaobserwować ciekawy proces – nastąpił bowiem krach demograficzny. Chociaż Polacy w pierwszych latach transformacji nie byli zamożni, to dzietność zaczęła spadać do poziomu najbogatszych krajów Zachodu – i zupełnie odwrotnie niż tam – Polska zaczęła starzeć się, zanim stała się zamożna. Szok spowodowany transformacją musiał być głębszy i znacznie poważniejszy, niż się powszechnie uważa.

Z rozwojem gospodarczym i wzrostem zamożności ściśle powiązana jest zmiana ról społecznych kobiet i mężczyzn. Przez całe wieki małżeństwo i rodzina były koniecznością, gwarantem przetrwania ekonomicznego i biologicznego. Ludzie samotni mieli znacznie mniejsze szanse, by przeżyć. Małżonkowie wzajemnie sobie pomagali, podnosząc wydajność pracy, a tym samym zwiększając szanse na przetrwanie. Obecnie, zarówno kobieta, jak i mężczyzna mogą żyć niezależnie od siebie. W sensie ekonomicznym dziewczyna może utrzymać się sama. Jest to kolejny aspekt, który działa na poziomie biologicznym, usuwa bowiem lęk o przetrwanie; lęk, dodajmy, bardzo pierwotny, a przez to niezwykle głęboki. Krótko mówiąc – przestaliśmy się bać śmierci głodowej.

Zmiana znaczenia dzieci w gospodarce jest kolejnym czynnikiem wpływającym na spadek dzietności. Na wsi przez stulecia były one zasobem. Gwarantowały kolejną parę rąk do pracy, współtworzyły tzw. wartość dodaną. Podział pracy zwiększał wydajność, dodatkowy pracownik – dochody, a co za tym idzie – bezpieczeństwo bytu. W mieście dodatkowa pensja też zasilała budżet rodziny, lecz utrzymanie potomstwa kosztowało więcej niż na wsi. Zmniejszenie zapotrzebowania na dziecięcą siłę roboczą, związane z postępem technologicznym i ogólnym wzrostem dobrobytu oraz prawo zakazujące zatrudniania dzieci wpływają na mniejszą liczbę ich urodzeń.

Urbanizacja w tym kontekście to również istotne zagadnienie. W zasadzie bez wyjątku, ludzie w miastach mają mniej dzieci niż na wsi. Przez całe stulecia większe miejscowości, żeby się rozwijać, potrzebowały na-pływu ludzi ze wsi. W Polsce, wraz z postępującą i przez lata promowaną urbanizacją, spada dzietność. W mojej rodzinnej Łodzi CWD wynosi 1,17. Wartość dramatycznie niska. Promocja urbanizacji w konsekwencji prowadzi do spadku urodzeń. Nie ma wyjątków od tej reguły.

Edukacja – jej dostępność i upowszechniająca się możliwość kształcenia na wyższym poziomie – również jest ściśle związana ze wzrostem dobrobytu i spadkiem dzietności. Dawniej na studia mogli pozwolić sobie najzamożniejsi lub najzdolniejsi. W przedwojennej Polsce liczbę studentów liczono w dziesiątkach tysięcy. Obecnie studiują miliony ludzi. Kobiety z wyższym wykształceniem pozostają w procesie edukacji bardzo długo i znacznie później rodzą pierwsze dziecko, a wiek, w którym wydają na świat pierwszego malucha jest bardzo istotny. Im później decydują się na potomstwo, tym mniej go mają – gdy dziewczyna zostaje matką po raz pierwszy w wieku 19 lat, wówczas ma szansę urodzić większą liczbę dzieci w kolejnych latach okresu płodności; natomiast gdy dzieje się to w wieku 30 lat, niemożliwe jest równie liczne potomstwo. Średnia wieku kobiety rodzącej pierwsze dziecko w Polsce to 29,6 lat, w Europie – 30,7. Wiele z nich, mając wyższe wykształcenie, koncentruje się na rozwoju swojej kariery i nie czuje potrzeby posiadania potomstwa. Korelacja między niską dzietnością a wyższym wykształceniem jest szczególnie widoczna w krajach niemieckojęzycznych. W Szwajcarii oraz Berlinie 40% takich kobiet jest bezdzietnych.

Kariera versus macierzyństwo – wybór świadomy tylko z pozoru. Jak wskazują badania, młode dziewczyny w wieku 19–25 lat najwyżej cenią sobie karierę. Sytuacja ta zaczyna zmieniać się z wiekiem – gdy kobieta dojrzewa i – powiedzmy – ma 30 lat, posiadanie dziecka zaczyna być priorytetem. Niestety, często może okazać się, że jest już za późno. Istnieje szansa, że nie zdąży poznać potencjalnego partnera. Zauważmy, jak wiele jest klinik próbujących pomóc przezwyciężyć trudności w poczęciu i urodzeniu dziecka; to pokazuje, jak powszechnym i poważnym problemem współczesności jest bezpłodność. Staje się ona coraz powszechniejszą „chorobą”, bolączką cywilizacji naszego wieku.

Kolejnym bardzo ważnym czynnikiem jest dostęp do antykoncepcji oraz jej akceptacja. Mamy możliwość decydowania, ile będziemy mieli dzieci. Badania wskazują jednoznacznie – co nie powinno nikogo dziwić – że dostęp do tego typu środków zmniejsza dzietność niezależnie od rasy i kultury. Istnieją także kwestie mniej uchwytne i tym bardziej niedyskutowane.

Brak optymizmu. Ludzie pełni nadziei na przyszłość, nie zamartwiający się (realnymi lub wymyślonymi problemami) łatwiej decydują się na posiadanie potomstwa.

System bankowy jest współodpowiedzialny za katastrofę demograficzną. Ceny mieszkań w Polsce są pochodną liczby i wysokości kredytów, które oferują banki. Lokum jest jednym z podstawowych dóbr, które zwiększa prawdopodobieństwo założenia rodziny i posiadania dzieci. Ceny nieruchomości są bardzo wysokie i nieadekwatne do ich realnej wartości. To szaleństwo kredytowe je winduje (banki nie są zainteresowane udzie-laniem pożyczek dofinansowujących firmy, które zwiększają PKB; wolą pompować bańkę mieszkaniową lub handlować walutami – co nie sprzyja wzrostowi urodzeń).

Antynatalna propaganda

Poniżej znajdują się plakaty, które rozpowszechniane były w Singapurze (zob. il. 1–3.). Grafiki zachęcają do posiadania nie więcej niż 2 dzieci. Stanowiły one element wywieranej przez państwo presji. Kampania była tak skuteczna, że współczesny Singapur boryka się z jednym z najniższych wskaźników dzietności na świecie (1,13). Społeczeństwo to jest jednym z najszybciej starzejących się. Podobne plakaty pojawiały się w krajach Europy Zachodniej. Rezultaty były analogiczne.

ilustracja 123

W Polsce nierzadko słyszy się pejoratywne określenia typu dzieciorób. Nader często posiadanie licznego potomstwa kojarzy się z patologią. W 2000 r. (gdy statystyczna Polka rodziła zaledwie 1,32 dzieci) Leszek Miller, w czasie konferencji programowej SLD, powiedział: „Promocja wielodzietności jest siłą napędową ubóstwa, dziedziczonego upośledzenia przyszłych pokoleń”. Widać zatem, że martwił się on zjawiskiem, którego wówczas nie było, nie dostrzegając realnej zapaści demograficznej. Aleksander Kwaśniewski zawetował ustawę o ulgach podatkowych i tym samym zwiększył koszty wychowania dzieci.

W programach przyrodniczych przedstawia się ludzi jako niszczycieli środowiska naturalnego, nowotwór na zdrowej tkance matki ziemi. Są nawet osoby, które rezygnują z potomstwa, by nie produkowało ono CO2 i nie przyczyniało się do globalnego ocieplenia.

Walka z chrześcijaństwem to również forma propagandy antynatalnej. W praktyce jest to walka z dzietnością, gdyż ludzie wierzący i praktykujący mają przeciętnie od 0,5 do 0,8 dzieci więcej niż ludzie indyferentni religijnie. Propaganda konsumpcji i samorealizacji. Ludzie nastawieni w znacznym stopniu na zaspokajanie swoich potrzeb nie traktują posiadania potomstwa jako priorytetu.

Człowiek zmienia sposób postrzegania siebie, z czego wynika zmiana jego celów i dążeń. Bardzo ważnym aspektem są zmiany w mentalności i kulturze. Kiedyś posiadanie dziecka było jedną z najważniejszych kwestii, teraz zaś to się zmieniło. Bóg, honor, ojczyzna oraz rodzina nie stanowią już zasadniczych wartości dla Polaków. Obecnie, jak pokazują badania, priorytetami stały się: zdrowie, wygoda, dobra materialne, moda i rozrywka. Wysokie oczekiwania co do jakości życia i hedonizm zajmują znaczące miejsce w hierarchii wartości naszych rodaków. W wielu badaniach wykazano, że wzrost nastawienia konsumpcyjnego, wzrost oczekiwań co do tego, jak godne/wygodne powinno być życie wpływa na zmniejszenie liczby posiadanych dzieci. Warunki, w których wychowywali się nasi dziadkowie czy rodzice, młodym Polakom już nie wystarczają. Rosną wymagania stanowiące tzw. „minimum godnego życia”. Nie ma znaczenia nawet to, czy oczekiwania te są realne czy nie. Obecnie jako normę bytową postrzega się sytuację, w której każde dziecko ma swój pokój. Dawniej, jeszcze w latach 70. XX w., jedno pomieszczenie wystarczało dla dwojga, trojga rodzeństwa. Łódzki robotnik z końca XIX w., mieszkający w dwupokojowym mieszkaniu – tzw. familoku, z żoną i czworgiem czy pięciorgiem dzieci, uchodził za szczęściarza, ponieważ mógł zapewnić rodzinie wyżywienie, odzież i względne wykształcenie. Dziś takie warunki życia dla bardzo wielu osób wydają się nieznośne.

Znacznie wzrosły też możliwości zaspokajania wyrafinowanych potrzeb. Nawet średnio zarabiający Polak może polecieć na wakacje np. do Tajlandii. Są to spore koszty, ale dla dużej części z nas osiągalne. Oczywiście przy takich wydatkach mniej pieniędzy zostaje na dziecko. Oddając się tego typu przyjemnościom, często rezygnujemy z potomstwa.

W Polsce powoli, lecz stopniowo słabnie również religijność, a to – jak już wspominałem – bardzo znacząco wpływa na zmniejszenie dzietności. W naszym kraju tworzy się coraz więcej związków pozamałżeńskich, a jak wykazują niemalże wszystkie badania – to właśnie w małżeństwach rodzi się więcej dzieci (różnica wynosi zwykle 0,3–0,6). Konkubinaty są również mniej stabilne i trwają krócej niż związki formalne. Ten brak stabilności wpływa negatywnie na chęć posiadania potomstwa.

Jeśli ludzie hołdują takim wartościom, jak: wiara, rodzina, kultura, własność czy ojczyzna, to postrzegają dziecko jako dar Boży (stąd imiona: Bożydar, Teodor, Gottlieb), istotę stworzoną na obraz i podobieństwo samego Stwórcy; dar oczekiwany i utęskniony.

Na koniec pragnę przytoczyć dane pochodzące z badań CBOS-u dotyczące tego, ile potomstwa chce mieć statystyczna Polka (zob. tab. 3).

tabela 3

Z podanych statystyk wynika, że średnia to 2,14 dzieci. Jak to się więc dzieje, że w rzeczywistości mamy dzietność na poziomie 1,3? Polki chcą mieć więcej potomstwa, ale w Polsce go nie mają. W brytyjskiej prasie możemy przeczytać doniesienia o tym, że wskaźniki urodzeń wśród polskich kobiet wzrastają o 2/3, gdy przenoszą się one do Wielkiej Brytanii. Nasze obywatelki, które wyemigrowały do Zjednoczonego Królestwa po 2004 r., mają przeciętnie 2,13 dzieci, a te, które zostały w ojczyźnie – 1,30. Polki mieszkające w Wielkiej Brytanii mają prawie tyle pociech, ile polskie kobiety deklarują jako najbardziej pożądaną liczbę potomstwa (2,14). Z jakiegoś powodu Polska zdaje się być mniej przyjazna polskim dzieciom niż Wielka Brytania.

Poczucie większej stabilności, bezpieczeństwo ekonomiczne, niezwiązane koniecznie z zasiłkami, ale z pewnością zatrudnienia, łatwością prowadzenia działalności gospodarczej oraz większy optymizm wpływają bardzo pozytywnie na wskaźnik dzietności. Oznacza to również, że Polki w rzeczywistości chciałyby mieć więcej dzieci i miałyby je, gdyby spełnionych zostało kilka prostych warunków.

Jest to bardzo pozytywna informacja, w oparciu o którą można próbować odwrócić nadciągający demograficzny kataklizm. Nie istnieje bowiem lepsze rozwiązanie, niż posiadanie potomstwa we własnym kraju. Jest to sytuacja najbardziej naturalna, najbezpieczniejsza i najlepiej rokująca. Tak duża różnica w dzietności stwarza niepowtarzalną szansę, by poznać warunki, jakie muszą być spełnione, aby Polki miały dzieci. Wystarczyłoby zapytać nasze rodaczki, dlaczego decydują się rodzić w Wielkiej Brytanii, a nie w Polsce. Szczegółowe ankiety i wypływające z nich wnioski mogłyby pomóc w stworzeniu całościowego, satysfakcjonującego planu politycznego – strategii pronatalnej.

Radomir Nowakowski, „Depopulacja. Polska i świat w obliczu katastrofy demograficznej”

depopulacja_front

Zróbmy to razem!
Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.
Wybierz kwotę: