Stanowski na rowerze. Czy jedzie po dobrej stronie w kwestii przepisów?

Po utracie prawa jazdy Krzysztof Stanowski złożył przykładną samokrytykę, zaś gwóźdź do tej dobrowolnej trumny wbił za jego pieniądze fanatyczny legalista, który od lat upaja się szczuciem na Polaków i robieniem z nich idiotów. Moim zamiarem nie jest bronienie Krzysztofa Stanowskiego, ale wskazanie na patologię, w której żyjemy.
Czy Krzysztof Stanowski powinien był jechać 110 w miejscu, gdzie stoją domy? Oczywiście, że nie. I zupełnie nie o to tu chodzi. Nie wchodząc w ten konkretny przypadek, uważam, że prawdziwy problem polega na tym, że żyjemy w państwie, które nawet nie to, że próbuje leczyć chorobę chorobą, ale wręcz korzysta z choroby, żeby stworzyć jeszcze większą chorobę. W takim państwie nie da się żyć i „legalnie” być normalnym. Bo przecież niemal każdy z nas zna kogoś, kto został ukarany wysokim mandatem za złamanie przepisu, który w konkretnym miejscu nigdy nie powinien zostać ustanowiony. Ale chodzi o coś więcej – nie tyle o miejsca, w których stawia się znaki, ale o ducha, jaki temu towarzyszy.
Problem skali
Podstawowy problem polega na tym, jak z jednej strony łatwo zostać nazwanym bandytą i ponieść karę jak bandyta, a jak – z drugiej strony – niemożliwe jest wymierzenie rzeczywistej sprawiedliwości prawdziwemu bandycie.
Niedawno emocje u Polaków wzbudził wyrok 20 lat więzienia dla degenerata, który zabił głowę rodziny na obwodnicy Warszawy. Wszyscy podniecali się słuszną surowością sędziego i można dywagować, czy odebranie 15 lat życia (bo pewnie wyjdzie za dobre sprawowanie) to wystarczająca kara. Moim zdaniem nie, ponieważ w tamtym przypadku mieliśmy do czynienia z notorycznym ćpunem, recydywistą i prymitywem, który w pijackiej brawurze popisywał się przed laską, zasuwając ponad 200 na godzinę.
W tamtym przypadku naprawdę mówimy o działającym z rozmysłem cynicznym socjopacie, który stanowi zagrożenie. Odseparowanie takiego człowieka (choćby poprzez karę główną) byłoby przysługą dla społeczeństwa, a zarazem aktem miłosierdzia wobec samego winowajcy, ponieważ, stając wobec ostatecznej odpowiedzialności, zyskałby być może jedyną w swoim życiu szansę, by się opamiętać.
Co z tego, kiedy – jak wiemy – to „niehumanitarne”, by uwolnić całą społeczność od jednego zbrodniarza, a jemu samemu dać okazję do nawrócenia. Mam tu oczywiście na myśli wszystkich innych zbrodniarzy (przede wszystkim krzywdzących dzieci), którzy śmieją się z wymiaru (tak zwanej) sprawiedliwości, nie czując nad sobą widma ani szubienicy, ani publicznej chłosty, ani jakiegokolwiek realnego wstydu, którego mieliby doświadczyć.
Ale Bogu ducha winny Polak za kierownicą – o, proszę Państwa, to co innego. Takiemu nie wolno przepuścić i nie wolno dopuścić, by poczuł choć odrobinę swobody.
Podczas gdy w państwie o normalnych tradycjach prawnych, które nie doświadczyło okresu komuny, stanie na czerwonym świetle jest – w sposób oczywisty – warunkowe (o ile nie ma takiej potrzeby, nie stoimy), to w Polsce za przejechanie na czerwonym świetle (choćby w promieniu pół kilometra nie było żywej duszy ani poruszającego się pojazdu), możemy otrzymać 15 punktów karnych. Wystarczy nie zauważyć złośliwej kamery podłączonej do systemu mandatowego albo przyczajonego policjanta, żeby – nie stwarzając absolutnie żadnego zagrożenia – utracić prawo jazdy.
Jak bardzo przepisy oderwane są od rzeczywistości, świadczą też limity „dozwolonego” przez rząd spożycia alkoholu. Kilkaset kilometrów dalej – w państwach o normalnych tradycjach – można mieć we krwi 0,5 albo 0,8 promila, co oznacza możliwość normalnego spędzania czasu, wypicia kieliszka wina do obiadu i odpowiedzialnego powrotu do domu. Ale gdy cofniemy się o kilkaset kilometrów – do „naszej” rzeczywistości – to nagle okazuje się, że za normalne życie możemy zostać nazwani „przestępcami”, ponieważ dozwolona gdzie indziej ilość alkoholu, u nas jest już zaklasyfikowana jako przestępstwo. Pomijam już sam fakt absurdalności takich limitów i pytanie o to, czy państwo ma prawo w ten sposób je stanowić i egzekwować, czego nie ma w niektórych stanach amerykańskich i w krajach Ameryki Łacińskiej, gdzie trwają jeszcze resztki zdroworozsądkowej cywilizacji katolickiej.
I tak Polak, który wypił trzy kieliszki wina i ma nieco gorszą przemianę materii, zostaje bandytą, a prawdziwy bandyta, który z rozmysłem stwarza zagrożenie, paraduje w sądzie w T-shirtach kupowanych za cenę mojego starego Chryslera i śmieje się w twarz sędziemu i Polakom.
A co robi rząd? Nie przestaje bredzić o konieczności ciągłego zaostrzania przepisów, łamiąc przy tym już nie tylko zasady zdrowego rozsądku i szacunku dla obywatela, ale również przykazania Dekalogu. „Nie kradnij” odnosi się bowiem również do sytuacji, w której władza niesprawiedliwa chce zabrać Polakowi samochód za to, że przekroczył uznaniowo przez tę władzę określony limit alkoholu we krwi.
Problem pojęć
Dlatego, jeżeli Krzysztof Stanowski mówi o sobie, że jest debilem, to jego prawo. Kto mu zabroni? Tym bardziej, że analizując dostępne materiały, faktycznie można dojść do wniosku, że stworzył zagrożenie. Ale jeżeli ten sam Krzysztof Stanowski zatrudnia w swoim kanale człowieka o naturze pruskiego policjanta i sowieckiego propagandysty, który zawodowo trudni się promowaniem patologii przeregulowanych przepisów drogowych, to mamy do czynienia z problemem nieznajomości podstawowych pojęć i ślepotą na fakt, że zwierzchnicy narzucają policjantom konieczność wyrabiania normy finansowej poprzez czyhanie na kierowców w miejscach, w których akurat nie stwarzają zagrożenia. Sam Stanowski mówił o tym w swoim programie kilka tygodni temu, nabijając się z dwóch mandatów o łącznej wysokości 10 tysięcy zł dla emerytki ze Stargardu, która błędnie skręciła na ulicy swojego miasta i zorientowawszy się, że popełniła błąd, natychmiast się zatrzymała. Ale „pan władza” był bezlitosny.
Rządzący żerują na niewiedzy, podobnie jak bezczelni podjudzacze (być może nawet zadaniowani, a w najlepszym wypadku pożyteczni idioci), którzy twierdzą, że odpowiedzią na głupotę małej garstki ma być robienie głupców ze wszystkich.
Niewiedza dotyczy w tym wypadku natury prawa, a konkretnie różnicy pomiędzy prawem a przepisem. Prawo jest czymś ogólnym i takie ma być, ponieważ reguluje ogólne rozróżnienie pomiędzy tym, co należy czynić a czego należy unikać. Dobrze napisane prawo bazuje na podstawowych pojęciach sprawiedliwości, bezpieczeństwa, dobra wspólnego i moralności.
Tylko i wyłącznie te kategorie zobowiązują nas w sumieniu. Prawa natomiast mamy przestrzegać o tyle, o ile faktycznie zabezpiecza przestrzeganie zasad sprawiedliwości, bezpieczeństwa, dobra wspólnego i moralności. Prawo jest warunkowe. Może być dobrze albo źle napisane, a w określonej sytuacji może nie zachodzić okoliczność przewidziana prawem – wówczas nie ma powodu go przestrzegać.
Przepisy natomiast mają rangę niższą niż prawo, stanowią uszczegółowienie. Warunkowość ich przestrzegania jest zatem jeszcze większa. Pełnią rolę pomocniczą. W normalnej kulturze prawnej jest to oczywiste i każdy praworządny obywatel czy nawet policjant podchodzi do przepisów w sposób elastyczny i nierestrykcyjny. Tak jest – nawet w Unii Europejskiej – w krajach śródziemnomorskich, które szczęśliwie noszą na sobie wciąż widoczny ślad cywilizacji rzymskiej.
W kulturze pruskiego zamordyzmu – do której, niestety, z coraz większą ochotą aspirujemy – litera prawa i dosłowność przepisu stają się bóstwem domagającym się ofiary ze zdrowego rozsądku i ze stylu życia opartego na prawdziwej praworządności (której istota leży w sumieniu obywatela, a nie w strachu przed absurdalnie wysoką karą).
Proszę zwrócić uwagę, że nie mówię tu o wolności. Wolność jest czymś zupełnie innym – jest swobodą wyboru moralnego dobra i, co najwyżej, brakiem zewnętrznego przymusu. Rzecz dotyczy pojęć ważniejszych niż wolność osobista. Spór toczy się o istotę prawa i istotę moralności.
Obecny system jest zły nie tyle dlatego, że narusza czyjąś wolność, ale dlatego, że ignoruje wskazania prawa naturalnego i przyrodzonej sprawiedliwości. Dlatego, że abstrahuje od właściwych źródeł porządku prawnego, a wynosi uznaniowość władzy do poziomu absolutu. Dochodzi tu do podmiany podstawowych pojęć, do zakłamania rzeczywistości, do postawienia ludzkiego życia na głowie i przy okazji do rzeczywistej krzywdy – bo jeżeli zawodowy kierowca, który utrzymuje rodzinę, traci prawo jazdy, bo na jakimś wygwizdowie postawiono system kamer rodem z Chińskiej Republiki Ludowej, to władza ponosi przed Bogiem bardzo realną odpowiedzialność za to rażące nadużycie.
Mówimy tu o kategoriach dobra i zła, a nie o czyjejkolwiek swobodzie, dlatego argumenty wszelkiej maści liberałów (nawet odziewających się w „libkoński” oksymoron) uważam za chybione.
Problem szczucia
To, że żyjemy w Matrixie, zaczyna być widoczne nawet na poziomie żołądka. Dosłownie wczoraj przejeżdżałem przez gminę, w której uprawia się jabłka. Z tym, że nie ma to nic wspólnego z tym, co podpowiada nam pamięć, gdy myślimy: „sad jabłkowy”. Widok był zgoła surrealistyczny (żeby nie rzec, dystopijny). Dorodne, duże, równiutkie i piękne jabłka rosły na czymś, czego nawet nie określiłbym jako krzaki. Były to cieniutkie, pojedyncze gałązki, wsparte na grubszych od nich drewnianych podporach. Ilość i rozmaitość chemicznych trucizn niezbędnych do uzyskania takiego efektu – przy niesamowitym dodatkowo zagęszczeniu owych rachitycznych gałązek – jest wręcz trudna do wyobrażenia.
Przywołuję tę anegdotę, by dać tło dla puenty drogowych rozważań. W każdej dziedzinie życia podaje się nam „fejki”. Sztuczne jedzenie pozbawione wartości odżywczych, fejk newsy pozbawione prawdy i elementarnej logiki i – właśnie – przepisy oderwane od właściwych źródeł i właściwego rozumienia prawa.
Gdy zaś mówimy o wolności, tej zdrowej, prawdziwej wolności polegającej na tym, że nikt nie przeszkadza nam w praktykowaniu cnoty (sprawności moralnej) i wyborze istotnego dobra, to dopiero dochodzimy do zrozumienia, jak wielką szkodę wyrządza społeczeństwu szczucie w imię legalizmu, które ostatnio zadomowiło się również w Kanale Zero.
Nasza cywilizacja oparta jest (była) na filarach filozofii realistycznej (przekonania, że rozum ludzki ma zdolność do obiektywnego poznania i, co za tym idzie, do obiektywnego osądu) i prawa rzymskiego, które jest przeciwieństwem biurokratycznego przeregulowania i które szanuje ludzką godność, a nie poniża ją, wynosząc przepis ponad człowieka. Prawo w naszej cywilizacji służy(ło) raczej do wychowania obywatela niż do jego tresury; raczej do wyznaczenia ogólnych ram funkcjonowania niż do ujęcia w urzędniczo-policyjne kleszcze wszystkich przejawów ludzkiego życia.
Spór jest tu fundamentalny i dlatego szkodliwość publicznej działalności osób szczujących na normalnych kierowców jest niewyobrażalna.
Mentalne i materialne (prawne i faktyczne) zniewolenie narodu zaczyna się bowiem od kwestii prostych i przyziemnych. Można bez końca i z największym patosem rozprawiać o ideałach wolności i niepodległości, a w tym samym czasie tracić wszelką zdolność samostanowienia i popadać w najgorszą – bo przewrotnie zakamuflowaną pod płaszczem szantażu moralnego – tyranię.
Pogarda, z jaką samozwańczy strażnicy drogowego rygoru odnoszą się do paradygmatów cywilizacji łacińskiej i do przeciętnego Polaka, to prosta droga do totalitaryzmu i to takiego, który sami sobie narzucamy przez mechanizmy uwewnętrznionej tresury.
Tam, gdzie cnotę obywatelską zastępuje pałka policyjna, przestajemy mieć do czynienia z rzeczywistym dobrem i jest to bodaj najgorszy skutek tej błędnej i bezideowej postawy – tego opacznego, płytkiego i krótkowzrocznego rozumienia prawa.
Filip Obara










