Stanowski na rowerze. Czy jedzie po dobrej stronie w kwestii przepisów?

Obara_1024x1024 (1).jpg
Autor:
Filip Obara
stanowski.jpg
Źródło: Facebook/OficjalneZero

Po utracie prawa jazdy Krzysztof Stanowski złożył przykładną samokrytykę, zaś gwóźdź do tej dobrowolnej trumny wbił za jego pieniądze fanatyczny legalista, który od lat upaja się szczuciem na Polaków i robieniem z nich idiotów. Moim zamiarem nie jest bronienie Krzysztofa Stanowskiego, ale wskazanie na patologię, w której żyjemy.

Czy Krzysztof Stanowski powinien był jechać 110 w miejscu, gdzie stoją domy? Oczywiście, że nie. I zupełnie nie o to tu chodzi. Nie wchodząc w ten konkretny przypadek, uważam, że prawdziwy problem polega na tym, że żyjemy w państwie, które nawet nie to, że próbuje leczyć chorobę chorobą, ale wręcz korzysta z choroby, żeby stworzyć jeszcze większą chorobę. W takim państwie nie da się żyć i „legalnie” być normalnym. Bo przecież niemal każdy z nas zna kogoś, kto został ukarany wysokim mandatem za złamanie przepisu, który w konkretnym miejscu nigdy nie powinien zostać ustanowiony. Ale chodzi o coś więcej – nie tyle o miejsca, w których stawia się znaki, ale o ducha, jaki temu towarzyszy.

Problem skali

Podstawowy problem polega na tym, jak z jednej strony łatwo zostać nazwanym bandytą i ponieść karę jak bandyta, a jak – z drugiej strony – niemożliwe jest wymierzenie rzeczywistej sprawiedliwości prawdziwemu bandycie.

Zróbmy to razem!

Niedawno emocje u Polaków wzbudził wyrok 20 lat więzienia dla degenerata, który zabił głowę rodziny na obwodnicy Warszawy. Wszyscy podniecali się słuszną surowością sędziego i można dywagować, czy odebranie 15 lat życia (bo pewnie wyjdzie za dobre sprawowanie) to wystarczająca kara. Moim zdaniem nie, ponieważ w tamtym przypadku mieliśmy do czynienia z notorycznym ćpunem, recydywistą i prymitywem, który w pijackiej brawurze popisywał się przed laską, zasuwając ponad 200 na godzinę.

W tamtym przypadku naprawdę mówimy o działającym z rozmysłem cynicznym socjopacie, który stanowi zagrożenie. Odseparowanie takiego człowieka (choćby poprzez karę główną) byłoby przysługą dla społeczeństwa, a zarazem aktem miłosierdzia wobec samego winowajcy, ponieważ, stając wobec ostatecznej odpowiedzialności, zyskałby być może jedyną w swoim życiu szansę, by się opamiętać.

Co z tego, kiedy – jak wiemy – to „niehumanitarne”, by uwolnić całą społeczność od jednego zbrodniarza, a jemu samemu dać okazję do nawrócenia. Mam tu oczywiście na myśli wszystkich innych zbrodniarzy (przede wszystkim krzywdzących dzieci), którzy śmieją się z wymiaru (tak zwanej) sprawiedliwości, nie czując nad sobą widma ani szubienicy, ani publicznej chłosty, ani jakiegokolwiek realnego wstydu, którego mieliby doświadczyć.

Ale Bogu ducha winny Polak za kierownicą – o, proszę Państwa, to co innego. Takiemu nie wolno przepuścić i nie wolno dopuścić, by poczuł choć odrobinę swobody.

Podczas gdy w państwie o normalnych tradycjach prawnych, które nie doświadczyło okresu komuny, stanie na czerwonym świetle jest – w sposób oczywisty – warunkowe (o ile nie ma takiej potrzeby, nie stoimy), to w Polsce za przejechanie na czerwonym świetle (choćby w promieniu pół kilometra nie było żywej duszy ani poruszającego się pojazdu), możemy otrzymać 15 punktów karnych. Wystarczy nie zauważyć złośliwej kamery podłączonej do systemu mandatowego albo przyczajonego policjanta, żeby – nie stwarzając absolutnie żadnego zagrożenia – utracić prawo jazdy.

Jak bardzo przepisy oderwane są od rzeczywistości, świadczą też limity „dozwolonego” przez rząd spożycia alkoholu. Kilkaset kilometrów dalej – w państwach o normalnych tradycjach – można mieć we krwi 0,5 albo 0,8 promila, co oznacza możliwość normalnego spędzania czasu, wypicia kieliszka wina do obiadu i odpowiedzialnego powrotu do domu. Ale gdy cofniemy się o kilkaset kilometrów – do „naszej” rzeczywistości – to nagle okazuje się, że za normalne życie możemy zostać nazwani „przestępcami”, ponieważ dozwolona gdzie indziej ilość alkoholu, u nas jest już zaklasyfikowana jako przestępstwo. Pomijam już sam fakt absurdalności takich limitów i pytanie o to, czy państwo ma prawo w ten sposób je stanowić i egzekwować, czego nie ma w niektórych stanach amerykańskich i w krajach Ameryki Łacińskiej, gdzie trwają jeszcze resztki zdroworozsądkowej cywilizacji katolickiej.

I tak Polak, który wypił trzy kieliszki wina i ma nieco gorszą przemianę materii, zostaje bandytą, a prawdziwy bandyta, który z rozmysłem stwarza zagrożenie, paraduje w sądzie w T-shirtach kupowanych za cenę mojego starego Chryslera i śmieje się w twarz sędziemu i Polakom.

A co robi rząd? Nie przestaje bredzić o konieczności ciągłego zaostrzania przepisów, łamiąc przy tym już nie tylko zasady zdrowego rozsądku i szacunku dla obywatela, ale również przykazania Dekalogu. „Nie kradnij” odnosi się bowiem również do sytuacji, w której władza niesprawiedliwa chce zabrać Polakowi samochód za to, że przekroczył uznaniowo przez tę władzę określony limit alkoholu we krwi.

Problem pojęć

Dlatego, jeżeli Krzysztof Stanowski mówi o sobie, że jest debilem, to jego prawo. Kto mu zabroni? Tym bardziej, że analizując dostępne materiały, faktycznie można dojść do wniosku, że stworzył zagrożenie. Ale jeżeli ten sam Krzysztof Stanowski zatrudnia w swoim kanale człowieka o naturze pruskiego policjanta i sowieckiego propagandysty, który zawodowo trudni się promowaniem patologii przeregulowanych przepisów drogowych, to mamy do czynienia z problemem nieznajomości podstawowych pojęć i ślepotą na fakt, że zwierzchnicy narzucają policjantom konieczność wyrabiania normy finansowej poprzez czyhanie na kierowców w miejscach, w których akurat nie stwarzają zagrożenia. Sam Stanowski mówił o tym w swoim programie kilka tygodni temu, nabijając się z dwóch mandatów o łącznej wysokości 10 tysięcy zł dla emerytki ze Stargardu, która błędnie skręciła na ulicy swojego miasta i zorientowawszy się, że popełniła błąd, natychmiast się zatrzymała. Ale „pan władza” był bezlitosny.

Rządzący żerują na niewiedzy, podobnie jak bezczelni podjudzacze (być może nawet zadaniowani, a w najlepszym wypadku pożyteczni idioci), którzy twierdzą, że odpowiedzią na głupotę małej garstki ma być robienie głupców ze wszystkich.

Niewiedza dotyczy w tym wypadku natury prawa, a konkretnie różnicy pomiędzy prawem a przepisem. Prawo jest czymś ogólnym i takie ma być, ponieważ reguluje ogólne rozróżnienie pomiędzy tym, co należy czynić a czego należy unikać. Dobrze napisane prawo bazuje na podstawowych pojęciach sprawiedliwości, bezpieczeństwa, dobra wspólnego i moralności.

Tylko i wyłącznie te kategorie zobowiązują nas w sumieniu. Prawa natomiast mamy przestrzegać o tyle, o ile faktycznie zabezpiecza przestrzeganie zasad sprawiedliwości, bezpieczeństwa, dobra wspólnego i moralności. Prawo jest warunkowe. Może być dobrze albo źle napisane, a w określonej sytuacji może nie zachodzić okoliczność przewidziana prawem – wówczas nie ma powodu go przestrzegać.

Przepisy natomiast mają rangę niższą niż prawo, stanowią uszczegółowienie. Warunkowość ich przestrzegania jest zatem jeszcze większa. Pełnią rolę pomocniczą. W normalnej kulturze prawnej jest to oczywiste i każdy praworządny obywatel czy nawet policjant podchodzi do przepisów w sposób elastyczny i nierestrykcyjny. Tak jest – nawet w Unii Europejskiej – w krajach śródziemnomorskich, które szczęśliwie noszą na sobie wciąż widoczny ślad cywilizacji rzymskiej.

W kulturze pruskiego zamordyzmu – do której, niestety, z coraz większą ochotą aspirujemy – litera prawa i dosłowność przepisu stają się bóstwem domagającym się ofiary ze zdrowego rozsądku i ze stylu życia opartego na prawdziwej praworządności (której istota leży w sumieniu obywatela, a nie w strachu przed absurdalnie wysoką karą).

Proszę zwrócić uwagę, że nie mówię tu o wolności. Wolność jest czymś zupełnie innym – jest swobodą wyboru moralnego dobra i, co najwyżej, brakiem zewnętrznego przymusu. Rzecz dotyczy pojęć ważniejszych niż wolność osobista. Spór toczy się o istotę prawa i istotę moralności.

Obecny system jest zły nie tyle dlatego, że narusza czyjąś wolność, ale dlatego, że ignoruje wskazania prawa naturalnego i przyrodzonej sprawiedliwości. Dlatego, że abstrahuje od właściwych źródeł porządku prawnego, a wynosi uznaniowość władzy do poziomu absolutu. Dochodzi tu do podmiany podstawowych pojęć, do zakłamania rzeczywistości, do postawienia ludzkiego życia na głowie i przy okazji do rzeczywistej krzywdy – bo jeżeli zawodowy kierowca, który utrzymuje rodzinę, traci prawo jazdy, bo na jakimś wygwizdowie postawiono system kamer rodem z Chińskiej Republiki Ludowej, to władza ponosi przed Bogiem bardzo realną odpowiedzialność za to rażące nadużycie.

Mówimy tu o kategoriach dobra i zła, a nie o czyjejkolwiek swobodzie, dlatego argumenty wszelkiej maści liberałów (nawet odziewających się w „libkoński” oksymoron) uważam za chybione.

Problem szczucia

To, że żyjemy w Matrixie, zaczyna być widoczne nawet na poziomie żołądka. Dosłownie wczoraj przejeżdżałem przez gminę, w której uprawia się jabłka. Z tym, że nie ma to nic wspólnego z tym, co podpowiada nam pamięć, gdy myślimy: „sad jabłkowy”. Widok był zgoła surrealistyczny (żeby nie rzec, dystopijny). Dorodne, duże, równiutkie i piękne jabłka rosły na czymś, czego nawet nie określiłbym jako krzaki. Były to cieniutkie, pojedyncze gałązki, wsparte na grubszych od nich drewnianych podporach. Ilość i rozmaitość chemicznych trucizn niezbędnych do uzyskania takiego efektu – przy niesamowitym dodatkowo zagęszczeniu owych rachitycznych gałązek – jest wręcz trudna do wyobrażenia.

Przywołuję tę anegdotę, by dać tło dla puenty drogowych rozważań. W każdej dziedzinie życia podaje się nam „fejki”. Sztuczne jedzenie pozbawione wartości odżywczych, fejk newsy pozbawione prawdy i elementarnej logiki i – właśnie – przepisy oderwane od właściwych źródeł i właściwego rozumienia prawa.

Gdy zaś mówimy o wolności, tej zdrowej, prawdziwej wolności polegającej na tym, że nikt nie przeszkadza nam w praktykowaniu cnoty (sprawności moralnej) i wyborze istotnego dobra, to dopiero dochodzimy do zrozumienia, jak wielką szkodę wyrządza społeczeństwu szczucie w imię legalizmu, które ostatnio zadomowiło się również w Kanale Zero.

Nasza cywilizacja oparta jest (była) na filarach filozofii realistycznej (przekonania, że rozum ludzki ma zdolność do obiektywnego poznania i, co za tym idzie, do obiektywnego osądu) i prawa rzymskiego, które jest przeciwieństwem biurokratycznego przeregulowania i które szanuje ludzką godność, a nie poniża ją, wynosząc przepis ponad człowieka. Prawo w naszej cywilizacji służy(ło) raczej do wychowania obywatela niż do jego tresury; raczej do wyznaczenia ogólnych ram funkcjonowania niż do ujęcia w urzędniczo-policyjne kleszcze wszystkich przejawów ludzkiego życia.

Spór jest tu fundamentalny i dlatego szkodliwość publicznej działalności osób szczujących na normalnych kierowców jest niewyobrażalna.

Mentalne i materialne (prawne i faktyczne) zniewolenie narodu zaczyna się bowiem od kwestii prostych i przyziemnych. Można bez końca i z największym patosem rozprawiać o ideałach wolności i niepodległości, a w tym samym czasie tracić wszelką zdolność samostanowienia i popadać w najgorszą – bo przewrotnie zakamuflowaną pod płaszczem szantażu moralnego – tyranię.

Pogarda, z jaką samozwańczy strażnicy drogowego rygoru odnoszą się do paradygmatów cywilizacji łacińskiej i do przeciętnego Polaka, to prosta droga do totalitaryzmu i to takiego, który sami sobie narzucamy przez mechanizmy uwewnętrznionej tresury.

Tam, gdzie cnotę obywatelską zastępuje pałka policyjna, przestajemy mieć do czynienia z rzeczywistym dobrem i jest to bodaj najgorszy skutek tej błędnej i bezideowej postawy – tego opacznego, płytkiego i krótkowzrocznego rozumienia prawa.

Filip Obara

przejscie (1).jpg
Oprac. PCh24.pl

Filip Obara: Cywilizacja trwa tam, gdzie ludzie przechodzą na czerwonym świetle

Żyjemy w państwie, w którym policjant mający strzec prawa nie ma zielonego pojęcia, czym jest prawo. Zostaliśmy poddani tak daleko idącej tresurze behawioralnej, że nie widzimy nic dziwnego w staniu na czerwonym świetle, mimo że ulica jest całkiem pusta. Tu zaczyna się nasze zniewolenie i tu możemy złamać kajdany, w których trzyma nas system wszechwładnego państwa. Kto z nas nigdy nie był zatrzyma...Czytaj dalej
AdobeStock_836179233_popr-wolnosc-klatka.jpg
Źródło: stock.adobe.com

8 filarów wolności [PO TYM POZNASZ, ŻE NIE JESTEŚ NIEWOLNIKIEM!]

Złota polska wolność. Czy te słowa są czymś więcej niż historycznym frazesem? Dzisiejszą chorobą polskiej duszy jest zanurzenie w abstrakcyjnym – żeby nie rzec, kłamliwym – pojęciu wolności. Utożsamiamy ją wyłącznie z polityką. Podczas gdy wolność to stan, który powinniśmy... czuć pod stopą. Na własnej ziemi. We własnym domu. We własnym samochodzie. Korzystając z tego daru, którego źródłem jest pr...Czytaj dalej
rodzice-wladza-dzieci.jpg

Filip Obara: Dzieci „własnością” państwa. O czym nie chce wiedzieć Tusk?

Najnowsza odsłona sprawy rodziny Klamanów, której dzieci zostały – bez powodu – odebrane przy użyciu przemocy i przekazane szwedzkim służbom, pokazuje, jak zatrważająca i wołająca o pomstę do nieba jest skala zbrodni przeciwko władzy rodzicielskiej, jakie popełnia rząd w Warszawie. Uznaniowość i absurdalność tych bezprawnych działań wymaga poważnej refleksji na temat zmian prawnych, które – na poz...Czytaj dalej
Obara_1024x1024 (1).jpg
Autor:
Filip Obara
Zróbmy to razem!
Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.
Wybierz kwotę: